Zeszłej zimy umówiłam się z kolegą na wieczorny spacer. Mimo niesprzyjającej pogody spacerowaliśmy do 3-4 w nocy. Jestem raczej spokojną osobą i dużo nie przeklinam. Gdy już byliśmy niedaleko mojego domu, usłyszałam jakiś dźwięk. Nie bardzo mi się to spodobało, ale szłam twardo, nie zwracając uwagi. Nagle coś wyskoczyło z wielkiej zaspy i zaczęło biec w naszą stronę. Była to w zasadzie mała kuleczka śnieżna, czyli nic innego jak mały kociak, ale ja stanęłam jak wryta krzycząc "O ku*wa, to mnie przecież zaraz upie*doli!". Mina kolegi - bezcenna. Po czym odskoczyłam i wylądowałam w śniegu niczym orła cień - porażka porażek.
Biedny kociak albo się zgubił, albo go ktoś wyrzucił. Umówiliśmy się, że za kim pójdzie kot, ten da mu tymczasowe schronienie i poszuka właściciela.
Od tego dnia mam nowego futrzastego członka rodziny :)
A od pół roku faceta ;)
Dodaj anonimowe wyznanie
Urocze wyznanie :)
Beznadzieja. To jest wyznanie jakie? Bo chyba nie anonimowe?