Od trzech lat biorę lek, który powoduje u mnie senność, zmęczenie, problemy z koncentracją, bóle głowy. Niestety bez tego leku nie mogę funkcjonować i jak pominę choćby jeden dzień brania, to jest po prostu ciężko.
Nie ma innego leku, który by mi pomagał i nie wywoływał tych samych działań ubocznych. I tak już mam zmniejszoną dawkę do niezbędnego minimum, ale to niewiele pomogło.
W ciągu dnia przesypiam jakieś 10-12 godzin, a i tak chodzę zmęczona, ziewam i chce mi się spać. Nie mogę się skupić na pracy. W połowie dnia muszę się jeszcze położyć na godzinną drzemkę. nawet energetyki nie pomagają. Jak jeden dzień nie wezmę tego leku, to te objawy mijają, ale zaraz pojawiają się inne, dużo gorsze, które ten lek hamuje. Tak źle i tak niedobrze.
Znajomi zarzucają mi lenistwo, nieogarnięcie itp. itd. Dwa razy już wyleciałam z pracy za to, że wychodziłam na zewnątrz, żeby nie zasnąć i byłam niewydajna. A to wszystko wina leku, na który jestem skazana.
Proszę, poświęćcie te 5 minut na przeczytanie do końca!
Jakiś czas temu powróciłem do przeglądania Anonimowych. Mimo wiecznego zainteresowania tym, co sądzą w danej sprawie inni, zacząłem unikać czytania komentarzy. Zupełnie nie mogę zrozumieć skąd tyle jadu w wypowiedziach niektórych użytkowników.
Z tego co zrozumiałem, idea tej strony jest taka, że każdy może podzielić się tym, co chce z siebie wyrzucić. Czasem pojawia się post, który zupełnie mnie nie obchodzi, więc nie plusuję i idę dalej. Jeśli trafiło na główną, to najwyraźniej podobało się innym. Nie zawsze każda śmieszna czy żenująca historia trafia w mój gust. To, że napiszę w komentarzu "japie*dole, i to trafiło na główną??" nie zdejmie nagle tego posta z głównej. Nie wniesie też zupełnie nic pozytywnego do życia ani mojego, ani autora postu czy innych użytkowników.
Czasem może tutaj napisać ktoś, kto po prostu nie ma bliskich osób czy potrzebuje wsparcia, słowa otuchy, a w komentarzu porada niemająca sensu, a na końcu "tak naprawdę to nie jest poradnia psychologiczna". Czy naprawdę ludziom, którzy już są w dołku, trzeba ten dół swoim wyśmiewaniem pogłębiać? Jeśli nie macie siły kogoś wesprzeć, napisać gdzie może szukać pomocy w najbliższym otoczeniu, to przewińcie dalej. Nie traćcie niepotrzebnie swojego czasu.
Kolejny temat: "mam inne zdanie".
Warto zauważyć, że jeżeli w agresywny sposób zaczniemy przekonywać kogoś do swojego zdania - czy też jego tok myślenia wyśmiewamy - to często rozpoczyna przepychanki w komentarzach, które doprowadzają tylko do nikomu niepotrzebnej gównoburzy. Każdy z nas jest inny - przez to, czego doświadczył w życiu oraz emocje tym doświadczeniom towarzyszące.
Co możemy zrobić z tym, że się nie zgadzamy z autorem posta?
Możemy zrozumieć, że nie zawsze nasze zdanie jest jedynym słusznym. Możemy próbować zrozumieć tę drugą osobę. Jeśli nie rozumiemy, to można kulturalnie zapytać, co ktoś miał na myśli. Jeśli się nie zgadzamy, to można podyskutować, ale z szacunkiem. Czasem może udać nam się przekonać kogoś, a czasem i my spojrzymy na jakiś temat z innej strony i zupełnie zmienimy swoje zdanie. Czasem może nie wyjść nic, co jak już pisałem nie znaczy, że ktoś z nas się myli. Po prostu mamy inne spostrzeżenia i jest to zupełnie naturalne.
Podstawową wartością jaką powinien kierować się człowiek jest szacunek do drugiego człowieka i wolność każdego z nas, jeśli ta wolność nie zabiera wolności i szacunku innym.
Trzymajcie się ciepło i przemyślcie, czy naprawdę warto siać nienawiść. Czy to, że kogoś zgnoję ma jakiś sens? Nie każdy potrafi pisać składnie, czasem się trafi jakiś błąd ortograficzny czy historia, która według nas NA PEWNO musi być zmyślona.
Szanujmy innych i starajmy się ten świat zostawić choć trochę lepszym! Miłego dnia <3
Moja eks Aleksandra (przez rok z nią mieszkałem) mówiła, że jest psychologiem kryminalnym. Ba, nawet wychodziła i wracała o tych samych godzinach, żeby nie było podejrzeń, a okazało się, że się prostytuuje, a wykształcenie ma średnie zaledwie i jedyne co umie to dawanie dupy, bo analfabetka nawet SMS-a bez błędu nie umie napisać. I pomyśleć, że ja jej żałowałem, gdy chodziła na nocki do pracy, a tu proszę, dupili ją aż miło.
Na profilowym ma, że pracuje w straży granicznej i na uniwersytecie, a na towarzyskich Białystok wystawia ogłoszenia.
Teraz mam przez nią same kłopoty, straciłem koło 10 tysięcy w sprzęcie i mam sprawę w sądzie, bo okradła mieszkanie, które wynajmowaliśmy, a właściciele oskarżyli mnie o współpracę z nią. Wszystko wyprzedałem żeby jej pomóc, gdy mówiła, że nie ma pieniędzy, miała oddać, to znalazła sobie młodszego z dłuższym bolcem, a potem pobiegła na psy i zrobiła zakaz zbliżania i kontaktu cwaniara, żebym przypadkiem się nie domagał zwrotu kasy. Zdradliwa miotła teraz ukrywa się jak szczur w apartamentach na Jurowieckiej i nawet telefonu odebrać nie chce, blokuje, bo stara prukwa zajęta bolcami za hajs. Żenada.
Historia ta miała miejsce kilka dobrych lat temu. Miałem wtedy chyba 18, czy tam 19 lat i dostałem wezwanie na komisje wojskową do WKU. Tam oczywiście sami znajomi już siedzieli, bo wezwania na komisje szły regionami, że tak powiem od wioski do wioski. Jak to wśród znajomych wiadomo różne kawały i inne podśmiechujki.
Gdy zostałem w końcu wezwany z wesołym nastrojem wchodzę do środka. Po rozebraniu się do majtek, lekarz karze stanąć mi na wadze. Zmierzył mnie najpierw i wyszło jakieś 183cm, a na wadze aż.. 64kg. Koleś z komisji zapisujący wyniki popatrzył się na mnie i mówi :
- 64kg na takiego chłopa? No bez jaj.
Ja natomiast bez zastanowienia chlapnąłem tekstem zainspirowanym kawałem o krasnoludku:
- Aa bez jaj to 30 będzie :)
Najpierw popatrzyli na mnie ze zdziwieniem, a następnie w śmiech. Tak głośny, że wychodząc z pokoju następna grupka chłopców miała strach w oczach wchodząc do środka.
Kilka lat temu wraz z mamą i babcią pojechałyśmy do szpitala do dziadka w odwiedziny. Dziadek miał bardzo poważną operację i dlatego po niej jeszcze przez dość długi czas musiał pozostać w szpitalu. Babcia też jest starszą, schorowaną kobietą poruszającą sie o kulach.
Nigdy nie zapomnę tej sytuacji jaką wtedy zobaczyłam. Gdy weszłyśmy do dziadka, babcia podeszła do niego i tak pięknie pocałowała go w usta, zupełnie jakby mieli 20 lat. Rozkleiło mnie to zupełnie. Babcia z taką czułością poprawiała poduszki dziadkowi, czesała mu włosy, trzymała za rękę. Popatrzyłam na tych dwoje schorowanych ludzi, ledwo się poruszających i pomyślałam że właśnie to jest ta prawdziwa miłość, o której każdy z nas marzy. Bo miłość to codzienne życie i pokonywanie przeszkód, a nie tylko patrzenie sobie w oczy.
Kiedyś zapytałam się babci jak to jest, że z dziadkiem są już tyle lat po ślubie i nadal w sobie zakochani, a w dzisiejszych czasach ludzie tak łatwo się rozstają, mimo że też świata poza sobą nie widzieli? Babcia odpowiedziała mi wtedy: "Bo widzisz dziecko jak mogłabym go zostawić jeśli obiecałam mu, że będę z nim w zdrowiu i w chorobie, w dobrej i złej doli, aż do końca życia? A ja zawsze dotrzymuję obietnic które złożyłam sobie, dziadkowi i Bogu".
Moi dziadkowie są razem już 56 lat. Boję się dnia kiedy któreś z nich odejdzie bo wiem że wtedy umrze także cząstką tej drugiej osoby, która zostanie tu na ziemi.
Grałem w drużynie koszykarskiej w liceum. Akurat miał być finał województwa. W drużynie grał też mój dobry kolega. Przynajmniej tak o nim myślałem do momentu, w którym okazało się, że spotyka się z dziewczyną, która zawsze mi się podobała, o czym doskonale wiedział.
Dzień meczu, wszyscy bardzo zmotywowani. Walczymy ile sił, ale nie idzie najlepiej, po koledze widać, że nie jest w formie. W przerwie przycisnęło go do kibelka. Po powrocie napił się z bidonu i krótko potem znów zaczął drobić stopami, zrobił się zielony na twarzy, oblał się potem i znów ruszył do toalety. Na boisko już nie wrócił, resztę meczu spędził w łazience.
Pod jego nieobecność wygraliśmy mecz, bo ja grałem jak uskrzydlony, zostałem bohaterem drużyny, trener mnie wyściskał z radości, wszyscy mi gratulowali.
Koledze nie powiedziałem, że dosypałem mu środki przeczyszczające do napoju izotonicznego. Ot, taka kara za nieprzestrzeganie niepisanej zasady, że dziewczyn kumpli się nie rusza. Nawet jeśli nie są formalnie ich dziewczynami.
Parę lat temu w ciepłe i słoneczne lato wczesnym wieczorem postanowiliśmy z przyjacielem wybrać się nad rzekę płynącą przez nasze miasto, na jakieś piwko. Stojąc z piwem, zagadani, zauważyliśmy zbliżający się do nas patrol policji. Byli zbyt blisko, żeby próbować uciekać. Podeszli, przedstawili się i powiedzieli: "Poprosimy dowody". Spojrzeliśmy z kumplem na siebie i udając, że usłyszeliśmy "Poprosimy do wody" bez wahania weszliśmy do rzeki. Rozbawieni policjanci za kreatywność darowali nam.
Typowa historia o typowych problemach nastolatka.
Nie mogę znieść mojego ojca. I o ironio, to nie ja się zachowuję jak nastolatek, tylko on. Cały czas uważa się za najmądrzejszego i uważa wszystkich innych (włącznie ze mną i resztą rodziny) za debili. Mówi nam to wprost, a jeśli się z nim nie zgadzamy, to oczywiście argument, że jesteśmy debilami.
Chyba go w końcu uświadomię, że po kimś mój debilizm musiałem odziedziczyć.
Pewnej zimowej nocy (gdzieś 01:00) wracałem od kolegi po dość dobitnym świętowaniu nie wiem sam już czego. Ostatni autobus odjechał o 23, więc pozostało mi przejść się do mieszkania (zaledwie 7 km) przez nieźle zasypane śniegiem miasto.
Idąc postanowiłem skrócić sobie drogę na przełaj przez park. Po drodze znalazłem portfel. Zaglądam do środka a tam dość spora ilość pieniędzy. Odruchowo rozejrzałem się, ale nikogo nie było. Przypomniałem sobie wszystkie seriale kryminalne i ten o księdzu też. Wpadłem na pomysł, że wytropię tę osobę po śladach.
Po chwili tropienia ujrzałem idącą sobie spokojnie niewiastę. Przyśpieszyłem i pierwsze słowa jakie wydusiłem z siebie to "Ej czekaj!". Dziewczyna odwróciła się, zobaczyła biegnącego kolesia który każe jej czekać i wymachuje czymś w ręku. Jak na zawołanie odwróciła się i pobiegła niczym Usain Bolt. Moja samoocena wtedy z spadła na dno Rowu Mariańskiego. W 3 sekundy dziewczyna przebiegła z 30 metrów i nagle wyłożyła się na łopatki. Pierwsze co zrobiłem to salwa śmiechu. Podszedłem do dziewczyny. Nie mogłem pohamować śmiechu, dopóki nie zobaczyłem, że leży nieprzytomna.
Pierwsze co to sprawdziłem czy oddycha, a potem zadzwoniłem po pogotowie. Zdjąłem kurtkę i postanowiłem okryć poszkodowaną. Za jakieś 10 min przyjechała ekipa ratowników, zbadali dziewczynę i ocucili ją. Pierwsze co od niej usłyszałem to "Poje**ło cie koleś?". Ja wręczyłem jej zgubę. Liczyłem na coś jak w filmach, ale dostałem tylko zapalenia płuc bo stałem przez 20 min w samej bluzie.
To będzie wyznanie o koronawirusie, więc jeśli masz dosyć tematu, pomiń je.
Mam 17 lat. Chodzę do drugiej klasy liceum, a raczej chodziłam, dopóki nie zauważyłam u siebie niepokojących objawów. Miała je także moja siostra. Wkrótce okazało się, że mogłyśmy mieć kontakt z osobą zarażoną, więc całą rodziną postaraliśmy się o skierowanie na testy na covid. Tutaj nasuwa się pierwsza refleksja: ile osób postąpiłby tak samo jak my, a ile zignorowałoby to i poszło w świat rozsiewać potencjalnego wirusa?
Same testy to też dosyć śmieszna sprawa. Wstaliśmy wcześnie rano, żeby udać się do punktu, ale przed nami stało już jakieś 100 samochodów. W owym punkcie obowiązywał limit 120 testów dziennie. Musieliśmy więc pojechać do innego, w którym w kolejce czekało się już na nogach, a nie w aucie. Było zimno, padał deszcz, a na chodniku w niewielkich odstępach stali sobie potencjalnie zakażeni wirusem ludzie. Jeśli ktokolwiek z nich jednak nie miał korony, to po takiej przygodzie raczej na pewno już miał.
Na koniec opowiem, jak wygląda funkcjonowanie szkoły. Nie będę wchodzić w szczegóły, ale tyle zastępstw to ja nie miałam przez całą podstawówkę. Dwóch nauczycieli ma koronę, reszta się zwyczajnie boi. Jedna z nauczycielek z przejęciem żaliła nam się, że przecież niektórzy mają w domu chorych i starszych rodziców. Sanepid podobno każe potencjalnie chorym pracownikom oświaty przychodzić do szkoły aż do otrzymania wyniku testu.
Mając w perspektywie maturę, nie do końca chciałabym powrotu nauki zdalnej, lecz raczej nie ma innego wyjścia. Warunkiem koniecznym powinno być jednak odchudzenie podstawy programowej, na co nie ma szans, bo apele o to są już zewsząd i wciąż nic nie dają.
Morału ani apelu nie ma. Dbajcie o siebie.
Dodaj anonimowe wyznanie