Moja żona dużo podróżuje w ramach obowiązków służbowych. Ma do tego służbowy samochód. Najczęściej wraca do domu na noc, ale czasem zdarza się, że śpi w hotelu i wraca na drugi dzień. Tym razem zapowiadało się na długi wyjazd, może nawet z dwoma noclegami. Ponieważ miałem wolne w pracy postanowiłem spakować siebie i dzieciaka (3 lvl) i pojechać razem z nią, wyjazd służbowy połączyć z rodzinną wycieczką.
Najpierw Poznań. Żona wyrzuciła nas blisko mostu Lecha, bo niedaleko miała sprawy. Niedaleko jest osiedle, więc z młodą poszliśmy szukać placu zabaw. Znaleźliśmy. Zabawa była przednia, jak dobra zabawa znaczy, że ręce i buzia, nie wspominając o kolanach, brudne i w kolorze ziemi. Jednak spotkanie żony zaczęło się przedłużać, a ja jak na złość nie wziąłem portfela. Zaczynamy się robić niebezpiecznie głodni, a połówka ma wciąż wyłączony telefon. Mało tego młoda zaczyna się robić zmęczona bo pora na spanie już dawno minęła. Usiadłem z nią na przystanku bo między blokami wszedł cień i zrobiło się zimno, a przystanek osłaniał nas od wiatru i był w słońcu. Młoda zmęczona, brudna, ja zmęczony i brudny, oboje wyglądaliśmy jak bezdomni. Trzymam ją na kolanach i próbuję uśpić, ale jest głodna i rozdrażniona i nagle tak mocno rozgoryczona zaczyna płakać i krzyczeć "mamusiu czemu nas zostawiłaś, wróć do mnie".
Nagle przechodząca kobieta wkłada mi do leżącego obok kubka po kawie dwie piątki, a po chwili kolejna osoba dyszkę. Musieliśmy wyglądać naprawdę żałośnie. Z jednej strony wstyd mi było, z drugiej mogłem młodej kupić jedzenie i picie, a potem spokojnie utulić do snu. Efektem tej historii jest to, że od tamtej pory wydaję sporo pieniędzy na różne "zrzutki" "się pomaga" i inne. To tylko 20 złotych, które otrzymałem, a moje życie nie było zagrożone, ale czuję od tamtej pory ogromną wdzięczność za to co mam.
Żona się znalazła, spotkanie mocno się przedłużyło.
Dzisiejszej nocy śniło mi się, że moja kuzynka i jednocześnie najlepsza przyjaciółka wpadła. Rano opisałam jej to w smsie. Po południu zadzwoniła i powiedziała, że z ciekawości zrobiła sobie test. Zgadnijcie jaki wynik... JESTEM PROROKIEM!
Wyznanie będzie zawierać kilka wulgaryzmów.
To tak na wstępie.
Na pewno jest tu wiele osób, które są bezpośrednio lub pośrednio "związane" ze służbą zdrowia. A to sami pracują, ktoś z rodziny lub jakiś znajomy. W moim przypadku jest to moja mama. Jedni wiedzą mniej, drudzy więcej jak pandemia/epidemia wygląda od środka.
Wkur**ają mnie ci wszyscy "antycovidowcy". Ch** mnie strzela jak słyszę, że tak naprawdę nie ma żadnego wirusa, a to wszystko jest wymyślone przez rząd, żeby nas kontrolować. A jak już będzie szczepionka to nie będą się szczepić bo tam będą czipy!!! Nie ma wirusa bo nie znają nikogo, kto by był chory. Nie chodzą w maseczkach, nie utrzymują dystansu - jeb*** egoiści. Nikt z nich nie pomyśli, że te wszystkie rekordy są właśnie przez nich, że ktoś może nie wrócić z pracy bo jest zarażony covidem. Dzięki tym niedowiarkom lekarze będą musieli wybierać kto umrze, a kogo będą ratować. I kocham te wszystkie kłamstwa rządu z typu "respiratorów wystarczy dla każdego", "mamy wszystko pod kontrolą", "lekarzom, pielęgniarkom, ratownikom medycznym i salowym nie chce się pracować". Noż kur**!!!!
I są jeszcze "specjaliści" na fb - znają się na wszystkim najlepiej i w dupie mają badania naukowców, ludzi, którzy są chorzy, umierają i tych co ich ratują.
Ludzie, ogarnijcie się i stosujcie się do zaleceń.
Maseczki na ryj i dwa metry od siebie.
Dziękuję za uwagę!
Miałem kiedyś psa. Ojciec wziął go, gdy miałem rok. Mały szczeniaczek. Kiedy rodzice szli, ze mną w wózku, na spacer do parku, Kora w jedną stronę szła, a w drugą wracała na moich kolanach.
Zawsze, kiedy było mi smutno, przychodziła i mnie pocieszała. Spała zawsze w moim pokoju, najpierw na podłodze, czekając, aż zasnę, a potem właziła na łóżko. Co jak co, ale owczarek niemiecki w łóżku trochę miejsca zajmuje. Kiedy uczyłem się grać na gitarze kładła się i słuchała, z zamkniętymi oczami. Czasami specjalnie urywałem w połowie utworu, żeby zobaczyć jej reakcję; podnosiła wtedy głowę i pytała wzrokiem, co się dzieje. Z pianinem było podobnie.
Kiedy rodzice zaczęli się kłócić i rozmawiać o rozwodzie, ja oczywiście siedziałem z uchem przy drzwiach i wszystko słyszałem. Wiedziałem, że ojciec zabierze Korę ze sobą. A ona do mnie przychodziła i ze mną leżała, lizała mi twarz gdy płakałem, czasem nawet szczeknęła, żebym przestał. Ze mną słuchała i chyba wiedziała co się dzieje, wiedziała, że nie będzie mogła więcej słuchać każdego dnia jak gram, że nie będzie mnie każdego dnia widzieć.
Ojciec zabrał psa ze sobą. Przychodził od czasu do czasu z nią, chodziliśmy na spacery, może raz na dwa tygodnie? Zawsze się cieszyła jak nigdy. Odstąpić ode mnie nie mogła. A potem pół drogi do nowego domu ojca piszczała.
Różnie się z nią działo. Najpierw trafiła do ojca, potem na jakiś czas do stryja, a potem znów do ojca. Pomiędzy moim domem a domem ojca jest około kilometra, a między domem stryja - półtora do dwóch. Kora była posłusznym i grzecznym psem. Nigdy nie uciekała. Ale gdy trafiła do stryja, po kilku dniach uciekła. Oczywiście larum podniesione, bo ruchliwe ulice pomiędzy domami. Po kilku godzinach była pod naszym domem. Przenocowała u nas i następnego dnia była już u stryja. Po dwóch tygodniach znów uciekła. Ojciec stwierdził, że zabierze ją do siebie, bo stryj nie umie jej upilnować. Więcej już nie uciekała.
Podobno psy przeczuwają swoją śmierć. Być może dlatego, gdy ojciec (co zresztą zawsze robił, gdy ją wyprowadzał) spuścił ją ze smyczy, by sobie pochodziła gdzie chce, uciekła biegiem na jego oczach. Zadzwonił do nas i kazał nam jej szukać i nawoływać. Mieszkam w kamienicy do której są dwa wejścia: od ulicy i od podwórza. Nawoływaliśmy od podwórza, bo tam częściej bywała. Nie było. Poszedłem od ulicy. Otworzyłem bramę i zobaczyłem parę błyszczących ślepi. Czekała, aż wpuszczę ją do jej domu. Przenocowaliśmy ją.
Dwa tygodnie później ojciec zadzwonił z informacją, że Kora zdechła. Do dziś okropnie mi żal, bo wiem, że sama wolałaby umrzeć na moich kolanach. Ile bym dał, by przeżyć jeszcze jeden dzień z nią. By zagrać jej jeszcze raz, dla psa, który był ze mną lat 13. Siadam czasem i gram dla niej. Chyba byłaby szczęśliwa, gdyby usłyszała, czego się nauczyłem.
Po wielu latach przypomniało mi się coś, co wydarzyło się w zerówce gdy miałam 6 lat, po prostu któregoś dnia to wspomnienie uderzyło mnie, jakby miało miejsce wczoraj. To był rok 1996 i panie pracujące w tym przedszkolu w małej miejscowości, ale chyba generalnie całe społeczeństwo nie bało się jeszcze tak o bezpieczeństwo małych dzieci.
Pamiętam jak dziś, jak w drzwiach klasy pojawiło się dwóch mężczyzn i poprosili moją nauczycielkę, żeby pozwoliła mi wrócić z nimi do domu. Mówili, że znają moich rodziców i że zostali po mnie przez nich wysłani. Pamiętam, że w tym momencie aż słabo zrobiło mi się ze stresu, bo widziałam ich pierwszy raz w życiu. Nauczycielka nie była przekonana, panowie poprosili ją o rozmowę ze mną na korytarzu i niechętnie wyraziła na to zgodę. W tym momencie poczułam jakby kamień spadł mi do brzucha, bałam się rozmawiać z obcymi i nie rozumiałam co się dzieje. Panowie posadzili mnie na drewnianym krzesełku, korytarz był duży i pusty, a drzwi wejściowe były bardzo blisko. Kucnęli naprzeciwko mnie i jeden przez drugiego zaczęli opowiadać szczegóły o mojej rodzinie, gdzie mieszkam i z kim, że mam starszego brata, że mama pracuje tam i tam, a tata tam i tam, jak nazywa się mój pies itd i żebym poszła z nimi, to zaprowadzą mnie do rodziców. Musiało to trwać krótko, ale dla mnie była to wieczność, zaczęłam cicho płakać i zdołałam tylko kręcić głową - faceci nie dotykali mnie, chcieli żebym sama podjęcia decyzję.
W tym momencie pojawiła się moja nauczycielka i powiedziała, że to czas na zajęcia i koniec rozmowy. Faceci jeszcze raz spróbowali ją przekonać, ale jej "nie" było stanowcze. Całe zdarzenie musiałam od razu wyprzeć z pamięci. Po 12 latach pewnego dnia po prostu mi się to przypomniało i opowiedziałam tę historię rodzinie, rodzice zaprzeczyli, żeby kogoś po mnie kiedykolwiek wysyłali. Moja mama stwierdziła, że musiało mi się to przyśnić. Ale ja pamiętam dokładnie ten strach i wiele szczegółów tego zdarzenia, nie tak jak pamięta się sny. To się wydarzyło i do dziś nie mam pojęcia dlaczego.
Poszłam z chłopakiem pooglądać meble w sklepie, który mieści się na dwóch piętrach. Ja zostałam gdzieś na dole i oglądałam meble do kuchni, a chłopak poszedł na piętro w celu pooglądania szaf. W pewnym momencie usłyszałam, jak ktoś szybko chodzi na górze, a potem zbiega z góry i z prędkością strzały wybiega na zewnątrz - to był mój chłopak, a za nim biegła sprzedawczyni, która jednak z pościgu zrezygnowała przy drzwiach wyjściowych. Zdziwiona wyszłam na dwór poszukać chłopaka i dowiedzieć, co się stało. Co się okazało?
Jako że sklep jest bardzo duży, to każdy klient ma “ogon” w postaci któregoś z pracowników, dzięki temu mogą szybko doradzić, mają też pewność, że nikt mebli nie uszkodził. Kiedy mój chłopak poszedł na górę, to za nim udała się jedna ze sprzedawczyń i dyskretnie chodziła za nim, niby to poprawiając poduszki, a niby to ścierając kurze. W pewnym momencie mój chłopak, ze znanych tylko sobie powodów, postanowił sprawdzić, czy da radę pozbyć się “ogona” i przyśpieszył kroku. Sprzedawczyni też. Więc on przyśpieszył jeszcze bardziej. Ona też. Zaczął poruszać się truchtem. Ona też. Aż w końcu puścił się sprintem po schodach, a sprzedawczyni pobiegła za nim…
Mój wujek molestował mnie, gdy byłam mała. Niedawno pod wpływem emocji w końcu się wygadałam rodzicom. Męczyło mnie to od dawna, a świadomość, że to miało miejsce nie dawała normalnie funkcjonować. Przychodził do nas, a ja bałam się wychodzić z pokoju.
Teraz jest w areszcie śledczym. Niby powinnam być spokojna, w końcu dostanie to, na co zasłużył. Gość zniszczył mi psychikę, zniszczył ją też kilku dziewczynom z mojej rodziny. Ja jako jedyna "odważyłam" się powiedzieć o tej sytuacji, a czuję się jak tchórz. Gdybym powiedziała o tym wcześniej, może nie krzywdziłby mojej 7-letniej kuzynki. Pójdzie do więzienia, wyjdzie i zrobi to ponownie.
Gwałt czy molestowanie uważam za bestialstwo gorsze od morderstwa. To niszczy i zabija od środka. Liczę tylko na to, że pod koniec odsiadki powieszą c*uja za jaja. To tyle..
Pewien czas temu, spotykałam się z chłopakiem poznanym w szkole. Kilka razy byliśmy u niego. Wszystko ładnie się zapowiadało. Postanowiłam zaprosić go do siebie. Pierwsze spotkanie przebiegło całkiem sympatycznie, lecz drugie to totalna porażka.
Mój tata ma ogromne poczucie humoru. Usiedliśmy w rodzinnym gronie (rozmowy, kawa, ciasto) i nagle słyszę, że mój kochany tata proponuję zakład mojemu chłopakowi. Od razu wiedziałam co się święci. Zakład brzmiał tak:
- Chcesz się założyć o flaszkę, że ugryzę się w dupę?
- OK, ale to niemożliwe.
Długo czekać nie musieliśmy. Tata wyjął sztuczną szczękę i ugryzł nią swój wielki tyłek. Mina chłopaka bezcenna. Za to ja myślałam, że spalę się ze wstydu.
Mam 22 lata jestem na terapii — dotyczy mnie syndrom DDA, problem bycia prześladowaną w szkole od podstawówki po gimnazjum, fobii społecznej, depresji, nerwic i ataków paniki.
Wiele już przerobiłam, natomiast jest coś... co mam wrażenie, że mi się tylko przyśniło, a tak naprawdę jest prawdziwe. To dla mnie ogromny ciężar się z tym dzielić, proszę, nie oceniajcie mnie.. Mnie samej sobie ciężko wybaczyć.
Dorastałam w pobliżu patologicznej rodziny (moja też była dysfunkcyjna, ale wciąż zdrowsza) samych chłopaków, gdzie rodziców nie interesował ich los. Alkoholizm? Jak najbardziej. Z tymi chłopcami dorastałam i często się bawiłam, razem z moim bratem.
Kiedy byłam malutka — może 3/4 lata najstarszy z tych chłopców zwabił mnie do drewnianej toalety na zewnątrz, coś mi obiecując (nie pamiętam co) i po prostu mnie zgwałcił. Ja nie wiedziałam co się ze mną dzieje, nie opierałam się, tylko czekałam, aż mi pokaże to coś, co miał mi pokazać... I nigdy nie pokazał. Wyszłam stamtąd z poczuciem wstydu i chęcią ukrycia się. Widział to mój tata i jedynie jak zareagował to śmiechem i dziwnymi pytaniami, którym chyba zaprzeczyłam. Mama się o tym dowiedziała i z tego co pamiętam, poszła do matki tych chłopaków. Co się działo dalej? Nie pamiętam.
Mam wielkie dziury w pamięci, natomiast pamiętam, że kilka lat później Ci chłopcy dalej to robili ze swoimi kuzynkami, które pochodzą z tej samej miejscowości.. I nie wiem dlaczego.. Ale i ja tam przychodziłam, z własnej woli. Pamiętam tylko jedną scenę, gdzie widziałam, jak Ci chłopcy uprawiali seks ze swoimi kuzynkami — o ile można to tym nazwać, bo to wciąż dzieci.
Pamiętam dalej, że ten proceder się skończył i chyba mnie to zasmuciło. I... pamiętam, że poszłam do jednej z tych dziewczyn (bo się wszystkie znałyśmy i bawiłyśmy) i brakowało nam tych ''wrażeń'' więc poszłyśmy do tych chłopców i zapytałyśmy, nie wprost o to. Wyśmiali nas.
Dalej pamiętam, że z jedną z tych dziewczyn się całowałam po kryjomu przed innymi (nie jestem lesbijką ani nie jestem biseksualna), ale ewidentnie bardzo chciałyśmy to robić?
Ja... nie wiem, co wtedy mi siedziało w głowie, dlaczego robiłam te rzeczy.
Zapomniałam o tych wydarzeniach na wiele lat, gdyż inne, kolejne traumatyczne przysłoniły tamte i.. nie wiem jak z tym żyć, jak sobie wybaczyć. Brzydzę się tym. Teraz jestem zupełnie inną osobą - seks jest dla mnie straszny, boję się wielu mężczyzn, bardzo szanuję swoje ciało i czasami samo rozmawianie z facetami przyprawia mnie o stres, a myśl o tamtych wydarzeniach wywołuje wymioty.
Pamiętam, że mama kiedyś sugerowała, że mogłam być molestowana przez mojego ojca - czy tak było? Nie pamiętam. Napisałam to wszystko jedynie by zaakceptować przeszłość taką, jaką jest, wybaczyć sobie i dalej pracować na terapii.
Dzięki za przeczytanie.
Jako dzieciak uczęszczałem do bardzo małej szkoły. Było w niej może kilkadziesiąt osób. W związku z tym był raczej luz, nauczycielki zgadzały się na wiele. Jedną z naszych ulubionych zabaw były wyścigi po korytarzu. Ktoś miał stoper i robiliśmy po kolei takie rundki. Na końcu korytarza był dywan.
Któregoś razu postanowiłem zakończyć swój bieg pięknym ślizgiem na kolanach, ale jako pierwszoklasista nie wziąłem pod uwagę, że ślizganie się po dywanie to raczej trudna sztuka. Akurat bieg dobrze mi poszedł, więc byłem nieźle rozpędzony. Tuż przed końcem korytarza podskoczyłem i wylądowałem na kolanach. Lądowanie oczywiście nie przebiegło tak, jak powinno. Moje kolana stanęły jak wryte, a ja odbiłem się i poleciałem jak kłoda głową do przodu.
Wyobraźcie sobie minę nauczycielki, która za ścianką z karton gipsu (uf!) akurat robiła sobie tosta, gdy przez ścianę przebiła się głowa siedmiolatka i rezolutnie wypowiedziała słowa:
- Ojej, psze pani! Chyba zrobiłem dziurę w ścianie. Czy to da się naprawić..?
Dodaj anonimowe wyznanie