W sobotni poranek jechałam poznańskim tramwajem, kiedy to na jednym z przystanków, do tramwaju usiłował z trudem wjechać młody, około 20-kilkuletni chłopak na wózku inwalidzkim.
Ku mojemu zdziwieniu dwóch "kolesi" bez najmniejszego zawahania ruszyło mu z pomocą, "zaparkowali go" obok siebie i wrócili do wcześniejszej rozmowy. Tramwaj odjechał. Cały czas zerkałam na tego chłopaka, na jego twarzy pojawiło się szczęście.
W pewnym momencie, kilka przystanków dalej, chłopak nagle patrząc w górę, poklepał "kolesia" po nodze, na wysokości swojej twarzy mówiąc:
- Zaraz wysiadam, pomożecie mi?
- Jasna sprawa - odpowiedzieli.
Tramwaj się zatrzymał, "kolesie" złapali wózek z dwóch stron, pomogli mu wydostać się na zewnątrz i zobaczyli coś niesamowitego - ten bezcenny, znaczący wszystko uśmiech na jego twarzy...
Jak niewiele trzeba, aby stał się cud.
Mam 39 lat choć wyglądam na mniej. Pracuję w korporacji na kierowniczym stanowisku z niezłą pensją. Ukończone studia, 15-letni syn i niestety wdowiec od 3 LAT. Wina naćpanego 18-latka w wozie ojca.
W każdym razie moja korpo szuka ludzi na stanowisko jeszcze wyższe od mojego, ale wymogiem są studia kierunkowe i 5 lat doświadczenia w zawodzie (uprawnienia).
Cóż, zaryzykowałem i zapisałem się na studia. Weekendowo, ale zawsze. W każdym razie udzieliło mi się życie studenckie. Nie ukrywam, że nie szukam kobiety za żonę, ale swoje potrzeby mam i potrzebuję zaspokojenia seksualnego.
I powiem, że kobiety w okolicy mojego wieku już mnie nie kręcą. Studiując robimy wypady oczywiście przed zakazami na jakieś imprezy. I ja okazałem się ciachem. Facet ułożony i dojrzały i nie wyglądający jak 40-letni Janusz z brzuchem. Z figury przypominam Chrisa Hemswortha, ale to zasługa trybu życia. W każdym razie jak koledzy znajdują sobie na kryzys wieku średniego jakąś utrzymankę czy inną używkę, ja na pełnym legalu wyrywam koleżanki z uczelni. Rok temu na pierwszym roku sypiałem z 19-latką i o rok starszą koleżanką. Bo same mówiły "ich koledzy są nudni i tacy niedojrzali".
Ciekawe czy ktoś to czyta ze znajomych.
A wyznaję to bo mój kolega z pracy, 42 lata, wyznał mi, że na jakimś portalu poderwał 29-latkę i pewnie niedługo zaliczy. Ta ona jego konto prędzej.
Pewnego jesiennego popołudnia, mój kolega wpadł do mnie pożyczyć notatki do egzaminu. Oznajmił, że poczeka w przedpokoju, a towarzystwa dotrzymywał mu mój pies - Beethoven. Kiedy wracałam z zeszytem zdziwiłam się, słysząc że z kimś rozmawia. Zwłaszcza, że rodzice akurat gdzieś wyszli. Wyjrzałam ostrożnie przez drzwi na korytarz i zobaczyłam, jak mój kolega głaszcze Beethovena.
- Słuchaj stary... pilnuj, żeby nic jej się nie stało, dobrze? Przecież nam obojgu na niej zależy - podrapał psa za uchem, a ja weszłam do pokoju.
Tak, jesteśmy razem. Teraz mija piąty rok :D
Od dłuższego czasu nie widzę sensu życia. Nie interesuje mnie zakładanie rodziny, nie mam żadnych pasji, celów w życiu ani marzeń. Życie to szkoła, praca, dom, a potem emerytura. Musisz pracować, żeby mieć pieniądze, za które kupujesz produkty niezbędne do życia, opłacasz mieszkanie itd. Na swojej drodze spotykasz ludzi, mniej lub bardziej denerwujących. Ja jestem typem samotnika - aspołecznego introwertyka, a kontakty z innymi wolę ograniczać do minimum. Nie mam jednak barier komunikacyjnych, czasem z grzeczności mogę porozmawiać z nieznajomym, jeżeli mnie zaczepi. Czasem potrafię się nie odzywać do kogoś dość długo, szczególnie jeżeli dzieli nas jakiś dystans, nie mamy szansy spotkać się twarzą w twarz. Bo nie lubię rozmawiać ze znajomymi za pomocą komunikacji pośredniej. Poza tym często wychodzą z tego jakieś niedomówienia. Staram się jednak ograniczać kontakty międzyludzkie do potrzebnego minimum, ponieważ nie odczuwam zbyt dużej potrzeby przebywania w czyimś towarzystwie. I tak mam czasem problemy z oddawaniem emocji, często gdzieś są w środku, ale ich po mnie nie widać. Poza tym potrafię też odpłynąć w świat swoich chaotycznych myśli, albo po prostu się zawiesić.
W towarzystwie nie odzywam się, jeżeli nie widzę takiej potrzeby, szczególnie jeżeli dyskusja jest na poziomie jednego wielkiego dna. Poza tym, jeżeli nie robię żadnych min, a "twarz pozostaje w spoczynku", to wyglądam na smutną, zmęczoną. Stąd też ludzie twierdzą, że jestem nieśmiała, poważna, małomówna. Niektórzy znajomi na siłę poznawali mnie z innymi. Zdarzało się, że rzucali mnie na głęboką wodę, mówiąc, że na spotkaniu będzie tylko jedna osoba, a potem okazywało się, że to impreza z ludźmi, którzy a) mnie irytują b) są mi całkiem obcy lub c) jedno i drugie. Niektórzy także próbowali mnie z kimś zeswatać. Ja nie odczuwam potrzeby tworzenia związku, tym bardziej że po przebywaniu z kimś zbyt długo, ta osoba mnie irytuje - mam jej dość. Tak, z rodzicami jest to samo, stąd też często odburkiwałam im jakieś odpowiedzi, więcej czasu spędzając u siebie w pokoju. Nawet się zastanawiam, co to znaczy kochać i czy ja to potrafię.
Ktoś mi kiedyś powiedział, że mam depresję. Potrafię się cieszyć z życia - światem przyrody, chociaż i nawet on mnie irytuje. Od dziecka mam słomiany zapał do wszystkiego. Myślę sobie, to jest fajne, będzie teraz moim hobby, po czym zostaje i tak porzucone. Nie mam żadnych talentów ani specjalnych umiejętności. Z moją niezdarnością i lekkim roztrzepaniem (i zamyśleniem), często przydarzają mi się żenujące sytuacje lub zdarza mi się coś popsuć. Znajomi się z tego śmieją, a i ja razem z nimi. Udaje mi się poprawić innym humor, pomimo tego, że preferuję bycie odludkiem. Ostatnio jednak oczekują ode mnie zbyt wiele, a ja po prostu nie mam na nic chęci i zastanawiam się, po co się urodziłam.
Rok 1345 p.n.e., podstawówka. Każdą lekcję spędzaliśmy w sali matematycznej, nieważne, czy to polski, czy właśnie liczenie (no dobra, wf był na sali gimnastycznej), więc była wypełniona przedmiotami typowymi dla umiejętnego Pitagorasa.
W mojej klasie był jeden kolega, przezwiskiem "Bryła".
Pewnego dnia do klasy wparowało dwóch osiłków i niskim głosem rzucili:
- My po Bryłę.
Zaskoczony i zrezygnowany kolega wstał i chciał udać się w stronę kolesi, na co zdezorientowane osiłki dodały:
- Nie nie, my po taką geometryczną...
Mam zaburzenie snu. Inaczej mówiąc zamiast normalnie kłaść się spać o 21-23, idę spać około 4-6 rano. A że mam zakaz siedzenia do późna, to układam poduszki i koce pod kołdrą i na jedną z poduszek nakładam perukę, w razie gdyby mama zajrzała do pokoju.
Idealna metoda, by spokojnie spędzić resztę nocy na oglądaniu i pisaniu z ciekawymi ludźmi.
Pracuję w ochronie. W sklepie twierdzącym, że jest nie dla idiotów. W weekend najczęściej stoję przy bramkach lub patroluję sklep. Stojąc za kasą, kulturalnie mówiąc dzień dobry i do widzenia (co z resztą jest u nas wymogiem od Dyrektorki), zauważam czteroosobową rodzinę. Kobieta, mężczyzna, syn, córka. Syn najpewniej cierpiący na zespół Downa. Mówiąc dzień dobry, ten chłopak uśmiechnął się i podał mi rękę. Oczywiście uścisnąłem ją, uśmiechając się do niego. Jego zadowolona mina tylko poprawiła mi humor.
Później, gdy ta rodzina stała przy kasie, by zapłacić za zakupy, akurat przechodziłem obok nich. Chłopaczek zauważył mnie i kiwał ręką, bym podszedł, uśmiechając się. Podszedłem, znów podaje mi rękę. Wiadomo, uścisk, uśmiecham się. Potem zrobił coś, co mnie rozbroiło. Wyrwał niemalże swoją dłoń od dłoni matki i rozszerzył ręce, chcąc się przytulić. Rodzice zaraz do niego, że tak nie można itd. Odpowiedziałem tylko: Nic się nie stało - i go przytuliłem. Radość była wypisana na jego twarzy.
Czemu to opisuję? By przekonać innych, by byli otwarci dla innych. Małe gesty dają mnóstwo szczęścia. Wiem to po uśmiechach całej rodziny, gdy przytuliłem tego chłopca. :)
Zapewne mnie sromotnie tu zlinczujecie albo dacie mi złote rady pokroju "Weź się w garść" bądź "Bądź mężczyzną", ale cóż, czuję, że muszę się wyżalić, bo już od dawna trzymam to wszystko w sobie.
Nigdy w życiu nie czułem się kochany ani szczęśliwy. Zawsze żyłem według zasady "Umiesz liczyć? Licz na siebie", którą wpajała we mnie cała rodzina, szkoła i doświadczenie mojego krótkiego, niespełna 19-letniego życia. O ironio, zawsze mi brakowało bliskości innych ludzi, zawsze pragnąłem przytulania, rozmowy bez powodu, bycia zagadanym przez innych, troski innych o mnie. Wstydzę się tego jak cholera, ale przez całą tę sytuację nie mogę znieść widoku ludzi szczęśliwych, śmiejących się w grupie przyjaciół czy idących za rękę, bo od razu zżera mnie zazdrość i żal do samego siebie, że nie jestem taki jak oni. Spytacie, dlaczego nic nie robię, żeby się zmienić? Otóż robię, a przynajmniej starałem się robić... Próbowałem wychodzić do ludzi, zagadywać bez powodu - nieskutecznie, zawsze byłem zbywany czy wprost ignorowany. Próbowałem korzystać z aplikacji pokroju GG czy Tindera, na których oczywiście nikt mi nie odpisywał. Po jakimś czasie po prostu sobie odpuściłem i przez to mój brak umiejętności komunikacji międzyludzkiej tylko się pogłębiał.
Tak więc podczas gdy ludzie wokół mnie chodzą na imprezy, bawią się, kochają i są szczęśliwi, ja rozwiązuję kolejny arkusz za arkuszem maturalnym z przedmiotu, z którego i tak pewnie nigdy nie skorzystam w regularnym życiu, bo nauka to już jedyne co mi zostało. Jest spora szansa, że nie dożyję przyszłego roku, samotność to okropne uczucie. Ci, którzy są szczęśliwi, proszę, doceńcie to, co macie. Ci skłóceni z przyjaciółmi czy ukochanymi - pogódźcie się, wyciągnijcie rękę, nawet nie wiecie jak wiele macie i ile to znaczy.
Części anonimowej nie ma, wybaczcie...
Od lat jestem wielką fanką skoków narciarskich. Mój mąż, wiedząc o mojej pasji, co jakiś czas robi mi prezenty w postaci różnych gadżetów związanych ze skokami.
W moje urodziny przyszedł do domu z bukietem kwiatów i dużym, kolorowym pudełkiem, w którym ewidentnie coś się ruszało. Jakież było moje zdumienie, kiedy się okazało, że w pudełku jest mały kotek. Miał czerwoną obróżkę z doczepioną karteczką. Było na niej napisane MACIEK.
Mąż powiedział:
- Niestety, nie udało mi się dostać nigdzie Kamila Stocha, ale za to załatwiłem dla ciebie Macieja Kota.
Znajomi robią teraz wielkie oczy, kiedy im mówię, że Maciek Kot zamieszkał u mnie w domu...
Może wydać się to głupie, ale mam problem, który pewnie część z was też ma, a mało się o tym mówi. Od początku.
Od zawsze byłam "za chuda". Nikt nie mówił, że jestem szczupła, tylko chuda. Nieważne ile i co bym zjadła. Tabliczka czekolady naraz, częste fast foody, kebab, dużo mięsa, mało warzyw. Nigdy nie byłam na diecie. Zmieniło się to na studiach. Nawet starałam się patrzeć na to, czy jem zdrowo, słodyczy nie jadłam, bo nie było mnie na nie stać, tak samo jak na gazowane napoje. Jednak metabolizm się zmienił, tryb życia też i waga wzrosła. Potem poszła ciąża i kolejne kilogramy. Z bycia "za chudą" stałam się osobą z lekką nadwagą. No, może więcej niż lekką, ogólnie jakbym miała 5-10 kg mniej, to byłaby to waga idealna.
Tu pojawia się problem. Nigdy się nie odchudzałam, nie musiałam pilnować wagi i nie umiem się odchudzać. Jest wiele kobiet, które jak ja mogły jeść wszystko i być chudym, ale w pewnym momencie coś się zmieniło i teraz jest kilka nadprogramowych kilo. Dodatkowo byłam kiedyś bardzo sceptycznie nastawiona do nowych smaków, a teraz lubię eksperymentować. Staram się jeść zdrowo, ale nie umiem odmawiać sobie rzeczy, zwłaszcza że większość życia byłam chwalona za jedzenie więcej.
Dodaj anonimowe wyznanie