Wracałam do domu tramwajem. Obok mnie siedziała starsza pani, a naprzeciw mnie siedział facet w niebieskiej koszuli w kratkę i brązowych spodniach. Nie będę kłamała, był całkiem przystojny, dlatego jak przesiadł się obok mnie i przywitał zrobiło mi się gorąco. Standardowo zapytał, gdzie jadę, o pogodę, itp. Nagle wypalił ze stwierdzeniem: "Ja ogólnie najbardziej z warzyw to lubię ziemniaki. Lubisz ziemniaki?". Nie wiedziałam, co mam powiedzieć, więc przytaknęłam i czekałam na kontynuację jego jakże błyskotliwej wypowiedzi. "Mam dla ciebie ziemniaka". Uśmiechnęłam się myśląc, że to żart, ale nagle on wyjął z kieszeni przepołowionego ziemniaka i mi go podał skórką zwróconą do mnie. Zażenowana powiedziałam "nie, dziękuję, może kiedy indziej". Chłopak powiedział tylko, że szkoda i położył tego ziemniaka koło mnie, po czym poszedł.
Całej sytuacji przysłuchiwała się staruszka siedząca obok mnie. Zauważyłam, że co chwilę na mnie spogląda, ale nie wiedziałam, o co chodzi. Nagle krzyknęła do mnie: "Dziewczyno, na ziemniaku jest napisany numer!". Rzeczywiście, tym razem ziemniak był obrócony przekrojoną częścią do mnie. Było na nim coś zapisane. Jeśli był to numer, to niestety nie był już zbyt widoczny. W tym momencie zauważyłam tego faceta idącego chodnikiem już za oknem... Podryw imponujący, ale mało skuteczny.
Sylwester. Domówka u znajomych. Wszyscy już nieźle wcięci. Ja jak zawsze uważana za tę najbardziej pogrzaną wybrałam się na spacer, nie informując o tym nikogo. Wyszłam z domu w samej sukience, bez kurtki, bez butów.
Po dwugodzinnej nieobecności towarzysze mojej imprezy znaleźli mnie na tarasie przed domem ubraną w męską kurtkę, z jednym męskim butem, przytuloną do dwóch flaszek wódki weselnej.
Chyba nigdy się nie dowiem na czyje wesele się wkręciłam i kto był tak miły, że obdarował mnie swoją częścią garderoby ;)
Z reguły w dzieciństwie byłam grzecznym dzieckiem. Kłamstwa, afery i kłótnie to nie była moja bajka. Do czasu...
Ponad 10 lat temu, mając 5 lat na karku, jechałam z mamą samochodem (istotne jest tu, że był to samochód dziadka) do lekarza na badania. Podczas jazdy były śpiewy, śmiechy i żarty, aż nie zatrzymała nas policja. Mama bezstresowo odsuwa szybę i zaczyna się standardowa rozmowa z policjantem. Po usłyszeniu prośby o podanie dokumentów zaczyna się wertowanie wszystkich schowków. Jak się okazało, nie było niektórych dokumentów od samochodu, bo dziadek miał je ze sobą, miny mamy nie zapomnę do końca życia. Na szczęście jej ukochana córeczka wpadła na genialny pomysł...
Zaczęłam się dusić i kaszleć. Tak, specjalnie. Z małych zielonych oczu zaczęły płynąć łzy, a między oddechami błagania o pomoc. Mina policjanta oczywiście bezcenna. Mama wyczuła, o co mi chodzi i zaczęła szukać w torebce inhalatora, a potem krzyczeć, że go nie wzięła, a mam atak astmy. Policjant kazał jechać szybko do domu i uważać, bo 2 km dalej stoi następny patrol, ale przekaże, żeby nas nie zatrzymywać.
Za to "małe" przedstawienie dostałam wielki domek dla lalek, którego wcześniej nie chcieli mi kupić. A jednak kłamstwo czasem się opłaca.
Kilka miesięcy temu zmyśliłem wyznanie i umieściłem je na tej stronie. Zostało dobrze przyjęte i trafiło na główną. Dzisiaj w pracy słyszałem, jak jeden koleś opowiadał moje wyznanie jako historię, która rzekomo przytrafiła się jego znajomemu.
Dla ułatwienia w napisaniu tej historii przyjmijmy, że moja mama nazywa się Anna Nowak i mieszka w Pępkach Górnych - małej miejscowości, w której każdy każdego zna i wszystko wie.
Moja mama przez jakiś czas była wielką fanką wszelkich radiowych gier SMS-owych. I pewnego dnia odbiera telefon z nieznanego numeru, a tam odzywa się męski, głęboki i radiowy głos:
- Dzień dobry. Czy rozmawiam z panią Anną Nowak?
- Tak, słucham?
- Gratulujemy pani Aniu! Została pani wylosowana w naszej loterii, w której główną nagrodą jest samochód! Musi pani odpowiedzieć na nasze konkursowe pytanie, ale wiem, że pójdzie ono pani bez najmniejszego problemu. Gotowa?
Tu nastąpił głośny pisk radości ze strony mojej mamy, poprzedzany wszelkimi westchnieniami "O Boże!", "Nie wierzę!", "Ale się denerwuję..." i jeszcze więcej pisku.
- Uwaga, pytanie konkursowe brzmi: Czy to pani w zeszłym tygodniu zostawiła telefon do naprawy w komisie w Pępkach Górnych?
- Tak... - moja mama z wielkiego przejęcia i pełna emocji odpowiedziała odruchowo, chociaż jak można zgadnąć, jej entuzjazm zaczął uciekać jak powietrze z rozwiązanego balonika.
- Aniu, to przyjdź dzisiaj po niego, bo samochodu to raczej nie wygrasz.
Wiem, że z początku może to zabrzmieć okropnie, ale cieszę się, że moja macocha poroniła.
Dlaczego? Do tego jest wiele powodów.
Głównym powodem jest sam ich wiek. Mój ojciec (alkoholik, który swoje idiotyzmy w życiu zrobił i na pewno zrobi) ma na karku już 50 lat, a jego niedługo przyszła żona - 42 lata. Kobieta nigdy nie rodziła wcześniej, ogółem bardzo fajna babka, czasem mogę z nią wytrzymać dłużej niż z własnym ojcem. Więc dlaczego się cieszę, że dziecka ni budiet?
Jak już wspomniałam, alkoholizm to ciężka choroba, powodująca u alkoholików zanik szarych komórek, po alkoholu u mojego ojca wszystkie zwoje mózgowe się wyprostowały. Kobiety w podobnym wieku co macocha mają nikłe szanse na urodzenie zdrowego dziecka (co nie znaczy, że zerowe, ale to pierwsze dziecko mimo wszystko), a mój ojciec "chorego dziecka mieć nie będzie". Co gdyby się takowe urodziło? Samotna kobieta po czterdziestce z upośledzonym dzieckiem.
Rozumne, że ojciec chciałby mieć też rodzinę z kolejną kobietą "jego życia", ale ma trójkę zdrowych, mądrych i wspaniałych córek (skromność overload), na które nie daje nawet złamanego grosza. Jego narzeczona zgodziła się dopłacać mojej mamie do alimentów, żeby nie tłuc się po sądach, ale od wizji posiadania dziecka - zero.
Wiem, że to okropne cieszyć się ze śmierci, ale nic według mnie pozytywnego w tym nie było. Może oprócz imienia.
Wybacz mi, Kostek.
Lekcja religii w klasie pierwszej technikum. Sala lekcyjna wąska i podłużna - dwa rzędy, z czego po obu stronach 3 pierwsze ławki puste. Siedziałem w czwartej, za mną moi koledzy, raczej niezbyt rozgarnięci w tematyce religijnej. Katecheta dał nam krzyżówki, które mieliśmy uzupełniać przy pomocy Biblii, na ocenę, samodzielnie bądź parami w ławkach.
Siedzę i piszę, gdy czuję pukanie w ramię. Odwracam się, koledzy potrzebowali pomocy. Naturalnie się odwróciłem i tak, aby katecheta nie widział, podpowiadam, co mają wpisywać. Jeden z naszych już skończył, idzie oddać pracę nauczycielowi, więc skorzystaliśmy i cicho daliśmy mu znać, aby przyszedł i pomógł.
I taki oto widok: dwóch nieudolnych uczniów, my pochyleni nad ich ławką mówimy, co mają pisać. Nagle dobiegł nas groźny głos katechety:
- Co to ma być?!
Bez namysłu odparłem:
- Miłosierdzie!
To zaczęło się jakiś rok temu. Na fb napisał do mnie koleś. Myślę sobie, że to kolejny, który chce tylko popisać, czy tam poznać się i tyle. Lecz tym razem się myliłam :)
Dodam jeszcze, że nigdy nie byłam jakoś przesadnie chuda czy gruba, po prostu mam normalny wygląd, ale zawsze można coś polepszyć (na przykład pozbyć się tłuszczyku z niektórych części ciała).
Pisało się nam super i myślałam, że coś z tego może być. Dowiedziałam się, że on codziennie po kilka godzin ćwiczy i pływa. Po prostu sportowiec - to bardzo mi zaimponowało. Postanowiłam, że gdzie ja z takim wyglądem do niego. Tak więc zaczęłam od dziesięciominutowych codziennych przebieżek. Nienawidziłam tego, ale mówiłam sobie, że robię to dla niego. Chcę dobrze wyglądać dla niego.
Spotkaliśmy się pierwszy raz i na żywo rozmawiało nam się super. Po prostu ideał. Niestety mieszkamy od siebie ponad 200 km, więc bardzo ciężko było spotykać się tak, żeby nam pasowało. Wiadomo, on pracuje, ja też pracuję. Po pewnym czasie urwał nam się kontakt. Po prostu przestaliśmy ze sobą pisać.Pomyślałam, że on sobie kogoś znalazł, więc nie chciałam się narzucać i pisać do niego.
Mimo braku kontaktu biegałam dalej. Dwieście metrów truchtania zamieniło się w 3 km, później biegałam więcej. Wmawiałam sobie, że robię to dla niego, bo przecież może kiedyś jeszcze się spotkamy i chcę wtedy wyglądać dobrze. Po pół roku dzień bez biegania był dla mnie dniem straconym. Pokochałam to robić i myślałam tylko o tym, żeby pójść znowu na trening. To było jak uzależnienie.
Pewnego dnia on tak po prostu się odezwał. Tak wyszło, że to ja pojechałam do niego do domu. Zobaczyłam jak on żyje i wtedy doznałam olśnienia. Nie ma takiej opcji, żebyśmy byli razem. On żył w luksusie, miał super pracę, samochód, mieszkanie. Ja do niego nie pasowałam. Mieszkałam jeszcze wtedy z rodzicami. Biedna dziewczyna z prostej wioski. Pochodziłam z ubogiej rodziny. Miałam wtedy 22 lata, szukałam pracy, na studia ciężko pójść, bo z kasą trudno, ale chciałam zarobić i za rok rozpocząć naukę.
Czas mijał, a ja zaczęłam się bardziej skupiać na treningach. Po roku dzień bez biegu na 10 km to coś strasznego. Pokochałam bieganie całym sercem. Może i to wyznanie niektórzy uznają za głupie, ale to dzięki temu chłopakowi pokochałam sport. Teraz robię to dla siebie, a nie dla niego. Za pół roku biorę udział w zawodach :) Chcę tylko powiedzieć, że na naszej drodze pojawiają się niekiedy tacy ludzie, którzy zmieniają nasz świat na lepszy. Mimo że nie jestem z nim, to cieszę się, że pojawił się na mojej drodze i dzięki niemu odkryłam moją pasję.
Kilka lat temu byłam w bardzo dziwnym związku. Przez pewien czas było pięknie i kolorowo, a następnie tragicznie - i tak w kółko. Głównym powodem naszych kłótni był alkohol, po którym mój chłopak robił się bardzo agresywny, wiecznie oskarżał mnie o zdrady, co skutkowało tym, że nie pozwalał spotykać mi się ze znajomymi (jeśli nawet gdzieś wyszłam, to śledził mnie lub wydzwaniał, bo przecież mogłabym go zdradzić...).
Pewnego dnia miarka się przebrała, zwyzywał mnie od najgorszych i zaczął mnie szarpać, co spowodowało siniaki na moim ciele, następnie zaczął się śmiać i stwierdził, mi się należało...
Miarka się przebrała. Po tym incydencie stwierdziłam, że pierwszy i ostatni raz facet podnosi na mnie rękę i postanowiłam zakończyć ten związek, bo uważam, że skoro facet podniósł raz rękę, to zrobi to ponownie.
Przez dobre pół roku błagał o przebaczenie, warował pod moim domem, pisał jak bardzo mnie kocha, a gdy nie odpisywałam pisał, jak bardzo mnie nienawidzi, dzwonił kilkadziesiąt dziennie. Chciałam zgłosić to jako stalking, ale wiedziałam, że w polskim systemie prawa i tak to nic nie da.
Po ciągłym napastowaniu byłam na skraju załamania nerwowego, więc postanowiłam się zemścić. Wybrałam z Google najpiękniejsze zdjęcia audi i wystawiłam w cenie o kilka tysięcy mniejszej niż najtańszy samochód z tego rocznika na bardzo znanej stronie z ogłoszeniami, podając jego numer telefonu. Wiedziałam, że były nie może go zmienić, gdyż jest to jednocześnie jego prywatny i służbowy numer.
Telefony się rozdzwoniły, już pierwszego dnia miał 200 połączeń, a ogłoszenie było ważne przez 2 tygodnie. Skąd to wiem? Bo głupek napisał o tym na fejsie. A najlepsze jest to, że nie wpadł na to, że to ja. No i przez chwilę w minimalnym stopniu mógł się poczuć jak ja, ale przynajmniej od tego czasu miałam spokój.
Jestem jak kot. Śpię, jem, śpię, sram, śpię, jem, śpię i myślę tylko o sobie.
Dodaj anonimowe wyznanie