Kilka lat temu latem byłam z koleżankami na festynie. Zjadłam kilka lodów, wypiłam kubeł oranżady, no i zachciało mi się skorzystać z toalety, więc poszłam do pobliskiego toi-toja. Niestety, miałam ubraną bluzkę z długimi frędzlami, takimi do kolan...
Frędzle powchodziły mi w tyłek i uwaliły się od gówna.
Gdy wyszłam, moje koleżanki pokładały się ze śmiechu, ludzie z obrzydzeniem patrzyli na brązowe frędzle, które zostawiały śmierdzące ślady na moich nogach, a ja czerwona jak burak zasuwałam przez plac festynowy, żeby jak najszybciej dostać się do domu.
Największy wstyd w moim życiu.
Sytuacja miała miejsce jakieś 15 lat temu, kiedy byłam jeszcze brzdącem uczęszczającym do 1 klasy podstawówki. Jedną z umiejętności, które miałam tam posiąść, było rozwiązywanie prostych zadań matematycznych. Pamiętam, że każde dziecko miało swój zeszycik, w którym obliczało zadane działania. Zeszyt był następnie zabierany przez nauczycielkę do oceny. Po jednym z takich sprawdzianów byłam z siebie bardzo zadowolona, bo obliczenia nie sprawiły mi wielkiej trudności. Byłam więc bardzo zdziwiona, kiedy zeszyt wrócił do mnie z niezbyt wysoką oceną.
Okazało się, że przy kilku równaniach nauczycielka przyznała mi zero punktów. Były to zadania na odejmowanie typu 3-5, 2-7. Jako wynik tych działań podałam odpowiednie liczby ujemne. Zapytałam nauczycielki, dlaczego nie otrzymałam punktów za moje rozwiązania, a ta odpowiedziała, że powinnam wpisać 0, bo nie uczyliśmy się jeszcze liczb ujemnych...
Lunatykuję. Oto kilka z moich historii:
1. Kiedy miałam może 7 lat, spałam u babci, z nią. W nocy wstałam, babcia ma lekki sen, więc od razu się obudziła. Spytała, gdzie idę. Odpowiedziałam, że do domu. Babcia musiała ganiać za mną po klatce schodowej.
2. Często, ale to bardzo często budzę się bez bielizny (śpię tylko w majtkach i bluzce, tak mi wygodniej).
3. Hit ostatniej pełni. Rano wstaję, na szybkości przed pracą szukam telefonu. No kurde, przecież podłączyłam go na noc pod ładowarkę... Po 20 minutach go znalazłam. Pod łóżkiem, w pustej paczce po chipsach. Kiedy kładłam się spać, paczka była jeszcze nieotwarta...
Fakt ogólny: bywają zabawne momenty, ale ja nie czuję się dobrze z moim lunatykowaniem. Mój chłopak, kiedy zobaczył, jak w nocy wstaję i po prostu wychodzę jak zombie na ganek, przeraził się. Nie wspominałam mu o lunatykowaniu, bo miałam nadzieję, że wyrosłam z tego, od dłuższego czasu nic się nie działo.
Niestety, jestem lunatykiem wędrownym, który lubi wychodzić przez sen z domu. Czasem boję się zasypiać.
Ostatnio wróciłam z treningu taka mega wykończona. Ledwo żywa, śmiem rzec. Mój ojciec wraca z pracy, podchodzi do mnie i pyta, czy pojadę z nim na myjnię umyć auto. Moje wykończenie wraz z siedemnastoletnim zaćmieniem mózgu sprawiły, że odparłam: - Ale pojedziemy samochodem?
Dla takiej miny ojca warto żyć! :)
Jestem osobą, która ma od kilku lat szkołę za sobą. Piszę to, ponieważ z rodzicami przeglądałem wspólne zdjęcia z wakacji, wycieczek. I w przeciwieństwie do dzieciństwa nie ma mnie na zbyt wielu.
Niestety dlatego, że w okresie szkoły średniej byłem zakompleksiony. Wcześniejsze dojrzewanie "oszpeciło" mnie jak na tamten wiek wcześniejszym zarostem, włosami na nogach, co było obiektem docinków ze strony rówieśników, zwłaszcza w szatni, gdy się przebieraliśmy na WF. Czasami na złość robiono mi zdjęcia wbrew mojej woli, co wryło mi się w psychikę i czułem się brzydki, choć gdy teraz na spokojnie patrzę na moje zdjęcia sprzed lat, nie miałem ku temu powodów.
I jest mi smutno nie tyle z powodu problemów z łajdakami rówieśnikami, co przez fakt, że bardzo kocham moich rodziców i częste unikanie, wymigiwanie się od zdjęć podczas wspólnych wyjazdów spowodowało, że przez własne kompleksy z tych lat nie mam zbyt wielu pamiątek w postaci zdjęć. Pewnie wielu napisze, że to moja wina, że mogłem być silniejszy psychicznie. Może tak. Niestety, byłem słabym człowiekiem i nie mogłem sam sobie dać rady.
Mój tata przez wiele lat był w wojsku - stopień starszy chorąży. W 2002 lub 2003 roku rozwiązano kilka jednostek wojskowych w całej Polsce, między innymi jednostkę, w której pracował tata. W związku z tym, że zwolnili wielu zawodowych żołnierzy, nie dla każdego znalazło się miejsce w innych, działających jednostkach. Mój tata nie miał szczęścia i wylądował na bezrobociu.
Rano. Tata miał w czymś pomóc mamie, a facet jak to facet - lubi czasem pospać :) Więc mamuśka wpada do sypialni i stara się go obudzić: "Marek, wstawaj... Marek! Marek, wstań wreszcie...". Jako że tata ma mocny sen, mama mogłaby tak stać nad nim cały dzień. W końcu nie wytrzymała i wrzasnęła: "CHORĄŻY XXX, BACZNOŚĆ!!!".
W życiu nie widziałam, żeby ktoś tak szybko się obudził i wyskoczył w wyra! :D
Nie kocham swojego dziecka.
Ola była planowana. Bardzo planowana. Staraliśmy się o dziecko przez ponad 5 lat. Gdy zobaczyłam dwie kreski na teście, bardzo się ucieszyłam. I to by było na tyle z ciążowych radości. Sam pierwszy trymestr był całkiem w porządku, poza zmęczeniem. Kiedy na pierwszym usg zobaczyliśmy bijące już serduszko, mąż ścisnął mnie za rękę wzruszony, a ja się tylko uśmiechnęłam. Nie czułam nic, żadnego instynktu macierzyńskiego, żadnej radości, bardziej ciekawość. Wszyscy znajomi, nawet koleżanki w pracy gadały jedynie o mojej ciąży i dzieciach. Ja chciałam spotkać się na kawę, pogadać o tym, co słychać, poplotkować, a nie ciągle mielić o moim brzuchu. Przy drugim usg widzieliśmy już fikające w brzuchu dziecko, ruszające rączkami i nogami. Przyznaję, to było fascynujące i takie nierealne, jednak nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Kiedy po porodzie położyli mi dziecko na piersi stwierdziłam, że jest brzydkie jak noc. Całe opuchnięte, pomarszczone, czy to na pewno moje? :)…
Zaczęłam się trochę niepokoić, gdzie ten cholerny instynkt. Chyba powinnam już zacząć kochać to tak bardzo wyczekane dziecko, prawda? Tak się nie stało. Ani miesiąc później, ani dwa, ani pół roku później. Kiedy w końcu jako tak zaczęło bardziej reagować na bodźce, uśmiechać się do mnie, pomyślałam, że może jednak w końcu się polubimy. Nie zrozumcie mnie źle, ja nie nienawidziłam mojego dziecka, z czasem je nawet polubiłam, ale nigdy go nie pokochałam jak np. swojego psa. Nie wyobrażam sobie życia bez niego, bez spacerów rano, zabaw z piłeczką i domu bez jego zapachu. Natomiast jeśli chodzi o moja córkę, to zajmuje się nią, bo wiem, że trzeba ją nakarmić, przewinąć, pobawić się. Nie robię tego z niechęcią. Robię to, bo chcę, bo decydując się na dziecko wiedziałam, że tak będzie. Jednak nie czuję tej wielkiej miłości. Przytulam, bujam, rozmawiam, uśmiecham się do niej, ale jeśli miałabym wybrać czyje życie uratować, to z pewnością byłby to mój pies…
Rozmawiałam o tym z psychologiem. Nie widzi w tym nic złego, twierdzi, że miłość jeszcze przyjdzie, ale ja czuję się, że zawiodłam w byciu matką. Przekopałam wiele stron i wiem, że nie tylko ja nie pokochałam od razu swojego dziecka, jednak u mnie trwa to już ponad rok, a ja nadal tylko lubię swoją córkę. Nie żałuję decyzji o dziecku, ale boję się, że nigdy nie pokocham jej tak jak powinna kochać matka.
Kilka tygodni temu, w niedzielny poranek szykowaliśmy się z mężem do wyjścia z domu. Chciałam założyć pewną spódnicę, której już przez jakiś czas nie ubierałam i o zgrozo, okazało się, że przybyło tłuszczyku i w spódnicę się nie zapnę. Wiadomo czarna rozpacz, łzy leją się strumieniami, a ja wyję jak bizon przeklinając sama siebie za niepohamowanie miłości do czekolady.
Wtedy mój mąż oznajmił mi, że on i tak ma w planach od poniedziałku przejść na dietę, bo brzuszek piwny zrósł i mój luby źle się z tym czuje, więc jeżeli ja też nie najlepiej się mam z obecną figurą to możemy odchudzać się razem. On będzie wspierał mnie, ja jego i wiadomo we dwoje zawsze raźniej. Myślę sobie czemu nie, skoro on i tak miał to w planie. Jakoś tak lżej mi się zrobiło na sercu a i uśmiech powrócił na twarz.
Jak powiedzieliśmy tak też się stało. Od poniedziałku zero słodyczy i napojów gazowanych, dużo zdrowego jedzonka, racjonalne żywienie, itp. Mój mąż nie brał już do pracy kanapek z białego pieczywa wysmarowanych masłem, albo sałatek z toną majonezu. W zamian codziennie przygotowywałam mu lekkie przekąski z dietetycznych produktów. Jeździliśmy razem na siłownie, czasem nawet ćwiczył ze mną w domu przy filmikach Ewy Chodakowskiej :p No i cóż tak minęły nam trzy tygodnie.
Wczoraj jednak, gdy przechodziłam obok garażu, przez uchylone drzwi zaważyłam, że mój mąż pije piwo podczas majsterkowania. Myślę sobie, co jest grane? Wiadomo piwo to skarbnica kalorii, a on mówił, że chce się odchudzić. Nie dawało mi to spokoju, więc wieczorem w łóżku zaczęłam go wypytywać. W końcu przyznał się, że wcale nie miał w planach diety i zmiany trybu życia.
Po prostu gdy zobaczył mnie płaczącą nad tą spódnicą to, jak to on określił "serce mu pękło na pół" i czuł, że musi coś zrobić. Wiedział, że żadne słowa typu "dla mnie jesteś piękna", czy "nie jesteś gruba" nic nie dadzą. Na szybko więc wymyślił tą historyjkę z dietą, aby wesprzeć mnie w walce z nadprogramowymi kilogramami. A ja przez 3 tygodnie "katowałam" go ciemnym pieczywem, kiełkami, razowym makaronem i chudziutkim mięskiem, a on ani razu nie zaprotestował, nie skrzywił się i jeszcze wychwalał jakie to pyszne i że jestem najlepszą kucharką na świecie. Na koniec, gdy już zgasiliśmy światło i każde z nas ułożyło się do spania, dodał jeszcze coś co całkowicie zmiękczyło mi serce: "Dla mnie na prawdę jesteś piękna taka jaka jesteś i wcale nie uważam, że powinnaś się odchudzać".
Pozostaje mi tylko powiedzieć jedno: kocham mojego męża :)
Jestem weterynarzem, od 7 lat pracuję w niedużym, osiedlowym gabinecie w średnim mieście. Weterynarię wybrałem nie dlatego, że nie dostałem się na medycynę (a z tym przekonaniem o lekarzach weterynarii spotykam się zdecydowanie zbyt często, niestety). Był to mój świadomy wybór, spełnienie marzenia, które nosiłem w sobie od dziecka. Uważam, że jestem dobry w tym, co robię, nadal mam w sobie dużo zaangażowania, stale się dokształcam i pogłębiam wiedzę.
Wykształciłem u siebie także pewną bardzo przydatną umiejętność. Potrafię szybko i dobrze odczytywać właścicieli zwierząt. Łatwo zgaduję, komu pies czy papuga są absolutnie obojętne, kto ma prawdziwą, bliską więź ze swoim przyjacielem, a kto podchodzi do niego z mniej lub bardziej jawną niechęcią. Z trzech metrów widzę, które zwierzę jest bite lub okrutnie traktowane, nauczyłem się też rozpoznawać ludzi, którzy dopuszczają się różnego rodzaju przemocy wobec swoich pupili.
W dotychczasowej karierze spotkałem kilku naprawdę piekielnych właścicieli zwierząt. Jednak zupełnie inaczej podchodzę do agresywnych przemocowców, a inaczej do właściciela świadomego konsekwencji swoich decyzji dla zwierzęcia, ale mającego je w... poważaniu, bo „to przecież tylko zwierzę”. W tej kategorii mamy papugi, niewypuszczane z zawsze za małych klatek, samotne welony w szklanych kulach, psy trzymane na metrowych łańcuchach itp.
Są też tacy, którzy wiedzą, że nie zapewniają zwierzakowi tego, czego potrzebuje lub popełniają szkodliwe w skutkach błędy, ale uważają, że nie mogą nic z tym zrobić. To np. właścicielka kota z ponad 10 kg otyłością, która nie zmieni diety pupila, bo „on jest taki głodny i nieszczęśliwy”, albo mopsa z alergią, który karmiony jest najtańszą karmą z dyskontu, bo „inne są za drogie”, a sama gotować nie chce.
Oczywiście niektórzy właściciele są po prostu niedoinformowani, nie znają podstawowych zasad opieki nad danych zwierzakiem. Dosyć często udaje mi się przekonać ich do zmian.
Nie zapomnę jednak pani, zwyczajnie wyglądającej kobiety 40 +, która pojawiła się w gabinecie z kotem. Właściwie z żywym trupem - obciągnięty skórą szkielet, zapadnięte matowe oczy, zanik mięśni. Dramat. Nie sądziłem, że uda mi się go uratować, ale miał w sobie jeszcze trochę życia i ogromną wolę walki. Okazało się, że pani przygarnęła kociaka. Miał 4 miesiące, kiedy do niej trafił, w całkiem dobrym stanie. W ciągu kolejnych 4 stracił 1/3 wagi, zamiast znacznie ją zwiększyć. Dlaczego? Pani kiedyś przeczytała w magazynie, że najzdrowiej jest jeść na posiłek tyle, ile mieści się w zaciśniętej pięści. Zatem uznała, drogą dedukcji i analizy porównawczej, że kot powinien dostawać 4-5 SZTUK chrupek suchej karmy. Dwa razy dziennie.
I tyle.
Nie mogła zrozumieć, gdzie popełniła błąd...
Od roku pracuję i studiuję zaocznie. Mieszkam z rodzicami, bo zarabiam za mało, by mieszkać samemu.
Koledzy z pracy nabijają się ze mnie, że oddaję połowę pensji rodzicom, uważają, że jestem frajerem. Sami kasę przewalają na fajki i piwo, żywią się jakimiś zapiekankami i kebabami.
A ja wracam do domu i czeka na mnie domowy obiad i satysfakcja, że pomagam rodzicom, którym się nie przelewa.
Dodaj anonimowe wyznanie