#vgr5j

Kiedyś miałem dość przypałową sytuację, która po czasie wydaje mi się dość zabawnym zbiegiem okoliczności.
Poszedłem do urzędu miasta, aby załatwić pewną sprawę. Obsługiwała mnie taka gruba pani w okularach, która jąkała się w bardzo charakterystyczny sposób. I tak też jąkając się poprosiła mnie o dowód osobisty, na co ja spełniając tę prośbę rzekłem „P-p-p-p-roszę”. Urzędniczka spojrzała na mnie spod okularów i rzekła: „Cz-czy-czy p-p-pan ro-robi s-s-sobie ze m...m...m...mnie ża-ża żarty?”. Z całą powagą odparłem więc: „A-a-al-l-leż s-s-skąd t...t...t...ten po-po-po-pomysł, d-d-d-r-r-oga p-p-p-ani?”.
Zostałem wyrzucony z urzędu, sprawy, którą miałem załatwić, nie załatwiłem. Wracając do domu pomstowałem pod nosem – czemu akurat mnie, jąkałę, który od lat usiłuje wyleczyć się ze swej przypadłości, musiała obsługiwać babka z identycznym zaburzeniem mowy?

#6lzC9

Byłam przykładną żoną przez ponad dekadę, dopóki ten zupełnie nieudany związek nie ulał mi się po tym, gdy odkryłam wieloletni romans mojego byłego już męża z moją byłą przyjaciółką. Ogólnie - postanowiłam zrzucić ciążące mi podwójne poroże za jednym zamachem.

Przez cały ten pieprzony czas, a przypominam, że czasu i okazji było sporo, nigdy nie otrzymałam od mojego byłego nic z okazji moich urodzin, bez okazji tym bardziej. Żeby była jasność, NIC oznacza w tym przypadku NIC. I spoko, zawsze usprawiedliwiałam to jakoś, życzenia złożone zawsze były, więc pamiętał. Zresztą nie jestem roszczeniowym typem, no i samowystarczalna jestem na tyle, że jeśli coś bardzo mi się podoba, potrafię sobie to wcześniej lub później sprawić.

Może to dziecinne, ale kiedy od wspólnych znajomych dowiedziałam się o tym, że standardem w nowym związku mojego eks prezenty dla nowej są na porządku dziennym, a z okazji urodzin tylko takie na totalnym wypasie, poczułam się po raz kolejny, jakby ktoś walnął mnie w pysk.

Pierwszy raz w życiu zapragnęłam być dla kogoś tak ważna, tak kochana, tak warta czegokolwiek, żeby ten ktoś chciał mi coś dać. Doszłam do wniosku, że pomijając fakt, iż mój były był i jest pod pewnym względem typowym pizdokleszczem, to jednak jego traktowanie mnie było moją winą. Pozwoliłam na to, uległa i wyrozumiała. Samowystarczalna. Wiecznie go usprawiedliwiająca.

Raz jedyny chciałabym umieć odpuścić takie podejście i w jego miejsce stać się wymagającą, roszczeniową panną, której jakiś typek chce zaimponować, pokazać, że mu zależy, czy nawet próbuje kupić drogimi prezentami.

Okropne uczucie. Na tyle nowe i kijowe dla mnie, że mam ochotę tym zwyczajnie rzygnąć.
No i wyznanie anonimowe, bo za nic w świecie nie przyznam się głośno do tego, że jestem zwyczajnie zazdrosna... nawet za te pieprzone prezenty.
:/

#3mMy4

To było w 2004 roku. Byłem wtedy brzdącem, który z chęcią chodził do przedszkola. Jak większość moich rówieśników kochałem bawić się różnymi zabawkami. Pewnego dnia siedziałem sobie z grupą kolegów i układaliśmy takie obrazki z kolorowych kwadracików, coś na wzór mozaiki. Przyłączyła się do nas wtedy koleżanka, ale jako że nie przepadałem za dziewczynami, kazałem jej się od nas odczepić i żeby poszła sobie gdzieś indziej. Ona wtedy powiedziała: "Jesteś dla mnie bardzo niemiły, będziesz się musiał z tego wyspowiadać". Słysząc to słowo pierwszy raz w życiu zapytałem co to.
- Będziesz musiał iść do księdza i powiedzieć mu o tym, inaczej trafisz do piekła.
- Ale jak to, do księdza? Ja się wstydzę - odpowiedziałem.
- Wiesz, możesz po prostu codziennie rano modlić się do obrazka z Panem Jezusem i mówić jakiś jeden grzech.
- Ale ja nie wiem jakie grzechy popełniłem i boję się, nie chcę iść do piekła - odpowiedziałem wystraszony.
- Na pewno jakiś masz, jak np. biłeś siostrę, to musisz za to pokutować bardzo długo. Inaczej trafisz do piekła.

Po tej rozmowie resztę dnia siedziałem bardzo smutny, ukradkiem płakałem i nic nie jadłem, bałem się, że naprawdę trafię do piekła i bałem się też o tym powiedzieć rodzicom, dlatego codziennie rano kiedy wstawałem, odwracałem się do obrazka Pana Jezusa i modliłem się i mówiłem przy tym "Ja biłem swoją siostrę". Trwało to przez 3 lata, do momentu przygotowań do I Komunii Świętej, kiedy zrozumiałem jak bardzo się myliłem. Przez 3 długie lata wyznawałem grzech bicia siostry, której nigdy nie miałem.

#BaaF8

Działo się to, gdy miałam może z 6 albo 7 lat. Poszłam z mamą do kwiaciarni, pewnie po jakiś bukiet czy coś, ale już nie pamiętam. I tak sobie czekamy, aż do kwiaciarni wchodzi chłopak, na oko 10 lat, z dziadkiem. Ten dziadek był tak mną zachwycony, że kupił jedną różę i powiedział swojemu wnukowi, żeby mi ją dał. Ja wniebowzięta byłam, bo pierwszy raz różę dostałam.

No a teraz druga część historii.

Ponad rok temu poznałam chłopaka. Zgadnijcie kto to był...                                        Och, jednak przeznaczenie miało na nas oko :P

#3UwWH

Kiedy byłam młodą dorastającą dziewczyną, lubiłam zaszyć się w łazience. Było to pomieszczenie tylko dla mnie - mogłam być sama, miałam gwarancję intymności. Niestety moi rodzice w pewnym okresie stwierdzili, że zbyt długo siedzę w łazience po kąpieli bądź za długo się kąpię. Znaleźli na to złotą metodę. Wchodzili w dwie osoby (tata i mama), łapali mnie nagą za ręce i za nogi i wyciągali z wanny, porzucając nagą na środku domu, na korytarzu. Nie mieszkaliśmy sami, mieszkał z nami dziadek. Upokorzenie, wstyd, w końcu miałam te 16, 17, 18, a potem 19 lat.

To co robili wpływa na mnie do tej pory. Bardzo brzydzę się sobą, dotykiem partnera i wciąż towarzyszy mi okropne uczucie, gdy to wspominam.

Było i jest mi bardzo przykro. Nigdy nikomu o tym nie mówiłam. Jest mi z tym bardzo źle, nikt z rodziny (parę osób wiedziało - babcia, siostra taty, ale nikt mnie nie ochronił przed tym) nie zareagował, a to tak bardzo boli.

#ub8bD

Były święta. Wraz z mężem pojechaliśmy do moich rodziców. Siedzimy wszyscy przy stole, rozmawiamy, jemy, pijemy. Mąż próbuje wypieków mojej mamy, kiedy nagle trach, coś strzeliło mu w ustach. Wszyscy patrzymy na niego z przerażeniem, a on wyjmuje z buzi kawałek zęba. Otwiera buzię, a tu nie ma pół jedynki! Okazało się, że natrafił na kawałek pestki i ząb nie wytrzymał. 
Po paru chwilach przeglądam zeszyt z przepisami mojej mamy. Na ostatniej stronie natrafiłam na przepis na ciasto o podejrzanej nazwie "Zemsta teściowej". Pytam mamy, co to za ciasto, na co ona śmiejąc się, że przecież to jest właśnie to ciasto, które zrobiła, a na którym mój mąż złamał sobie zęba! Do tej pory tłumaczy nam, że ta pestka nie była tam wrzucona specjalnie, ale i tak jej nikt nie wierzy ;)

#VtGoD

Ja i kuzyn mamy po 30 lat. Zawsze miałem z nim świetne relacje, całe dzieciństwo razem.
Kuzyn ukończył ekonomię i obecnie zajmuje stanowisko kierownicze w firmie w Warszawie. Przez to też ma mało czasu (a i odległość robi swoje), ale przy rodzinnych spotkaniach zawsze mam z nim temat do rozmów.
Ja pracuję po firmach serwisowych - niestety często je zmieniam z powodu proponowanych pensji i zaczynam coraz bardziej irytować się faktem, że prywatne firmy najchętniej by wcale nie płaciły, a pracownik idealny to alkoholik, ale za to z najniższą krajową, lub Ukrainiec bez języka i wymagań, na trzy miesiące. Coraz poważniej rozważam wyjazd za granicę (ofert pod moją branżę jest mnóstwo).

I tu wkracza moja rodzinka.

Od rodziców przy każdej możliwej okazji słyszę wyrzuty dlaczego nie jestem taki jak kuzyn, każdy mój problem o jakim się dowiedzą kwitują, że kuzyn takich problemów nie ma, bo on jest KIMŚ! Wprost słyszę, że powinienem brać pierwszą lepszą pracę, cieszyć się, że "jest robota" i żyć byle do pierwszego starczyło, bo i tak jestem nikim i zawsze będę nikim.
Żeby było bardziej groteskowo, kuzyna określają mianem - tu cytat - WIELKI PAN.
Kuzyn ma doskonałe wykształcenie, doskonałą pracę, doskonałe życie i jest WIELKIM PANEM, a ty? Babraj się dalej w smarach, nie to co WIELKI PAN.

I tak przy każdej okazji wesoły oberek.

W sklepie z elektroniką kombinują, żeby nie zrealizować gwarancji? A co będą z takim jak ty rozmawiać? Co innego, gdyby problem miał kuzyn, bo to WIELKI PAN.
Kurier oddał paczkę pod zły adres? A co się dziwisz, co to za klient z ciebie, co innego gdyby zamówił kuzyn, bo to WIELKI PAN.

Ciotka z wujkiem z rozkoszą regularnie napędzają tę maszynkę, składając całej rodzinie raporty co tam u ich nieskazitelnego syna robiącego karierę w Warszawie.
A wszyscy krewni z moimi rodzicami na czele słuchają tego niemal jak w transie, dopytując jeszcze o szczegóły (całe ich pokolenie po zawodówkach, ja chociaż mam maturę).
KIMŚ jest kuzyn! WIELKIM PANEM! Nosi ze sobą służbowego laptopa! Dzwoni do niego sam dyrektor! Zachwyt jak nad żywym bogiem!

Zbliżają się święta, czyli kuzyn znów będzie chciał spotkać się z całą rodziną, bo pracuje paręset kilometrów stąd, często od rana do nocy, często w weekendy, często przerywając urlop, i wprost mówi, że tęskni.
A ja mimo że zawsze świetnie się z nim dogadywałem, od kilku lat dosłownie go nienawidzę - tylko dlatego, że przy każdym spotkaniu z rodzicami słyszę jak to ja jestem gównem i się mnie WSTYDZĄ - gdybym był taki jak kuzyn, to by było coś! Nawet w tematach nijak z nim związanych, choćby o jedzeniu, potrafią przypomnieć mi, że to on jest człowiekiem sukcesu.
WIELKIM PANEM.

Tak oto nienawidzę najlepszego kuzyna, mimo że nic nie zrobił. Mimo że mam z nim same dobre wspomnienia, podświadomie życzę mu źle, bo mam już dość przypominania mi o jego doskonałości.

#VX1r6

Mam niecałe 160 cm wzrostu, a mój chłopak ponad 180. Ostatnio rozmawialiśmy o pogodzie. O tym, jak zapowiadają się kolejne dni, czy w końcu spadnie śnieg i tak dalej. Chwila dialogu, po czym ukochany zadaje mi pytanie:
- A jaka tam pogoda na dole? Bo u mnie wietrznie.

I jak tu go nie kochać? ;)

#Ppqzn

Czuję się rozdarty. Z boku wszystko wygląda nieźle - mam trzydzieści kilka lat, wspaniałą żonę, siedmioletnią córkę i kota. Mieszkamy w domu po dziadkach żony, ładnie go wyremontowaliśmy, oboje pracujemy i dajemy radę. Nasza córka jest zdrowa, ładna i bystra.
Problemem jest moja rodzina. Mieszkają zaledwie piętnaście kilometrów od nas. Kocham matkę, ale ojca nienawidzę. Odkąd pamiętam pił i bił mnie, rodzeństwo i matkę, powód zawsze się znalazł. Kiedy wzywaliśmy policję było tylko gorzej, na rodzinę nie ma co liczyć, sąsiedzi nie chcieli się wtrącać. W szkole też olewali temat.

Obecnie mój ojciec jest tak zapijaczony, że ledwo kontaktuje. Całymi dniami się szlaja i awanturuje, dość często do domu odwozi go policja. Nie myje się, załatwia w majtki, rzyga na siebie. Śmierdzi na kilometr i to niemal dosłownie. Nie da się z nim rozmawiać, bo tylko bełkocze bez sensu, już parę razy miał zwidy. Matka boi się wysłać go na przymusowy odwyk, chociaż nieraz ją namawiałem. W dodatku we wsi są wyklęci, bo mój brat poszedł w ślady ojca i po pijanemu potrącił dziewczynę z małym dzieckiem. Dziewczyna niestety zginęła, jej synek resztę życia spędzi na wózku. Brat się powiesił. Siostra absolutnie nie chce mieć z rodzicami do czynienia, nie potrafi wybaczyć matce, że nas nie ratowała. Nie widziała się z rodzicami od kilkunastu lat, zresztą mieszka na stałe za granicą i prawie nie przyjeżdża do Polski.

Przynajmniej raz w tygodniu matka dzwoni do mnie i błaga, żebym przyjechał, bo ojcu odbija. Proszę i tłumaczę jej, żeby go nie niańczyła, żeby wystąpiła o przymusowy pobyt w szpitalu. Nie chce się zgodzić. Propozycję wizyty u psychologa uważa za wymysły.
Unikam tych wizyt jak mogę, ale czasem bardzo się o nią martwię. Dawniej jeździłem tam co drugi dzień po pracy, ale po kilku kłótniach z żoną robię to rzadziej. Żona uważa, że dla dobra wszystkich powinienem odpuścić. Wiem, że denerwuje się tym, że wizyty u rodziców mnie wykańczają, wie, że matka nie pozwala sobie pomóc. Oczywiście nie zabieram tam ani jej, ani naszej córki.

Z jednej strony kocham matkę i boję się, że ojcu kiedyś tak odwali, że ją zabije, ale z drugiej strony chcę odpuścić i mieć spokój, bo czuję się wykończony.
Marzę o tym, że mój ojciec wreszcie się zapije.

#ZleQ9

Z Bartkiem przyjaźnię się od przedszkola. Razem chodziliśmy do podstawówki, razem imprezowaliśmy w liceum, poszliśmy razem na politechnikę. To jemu z zapartym tchem opowiadałam o swoim pierwszym pocałunku, a on mi o dziewczynie, która go rzuciła. Porównywaliśmy swój pierwszy raz, wyjeżdżaliśmy razem na wakacje, chodziliśmy do kina, ale nic nigdy więcej między nami nie było. Potem ja związałam się z kimś na 2 lata, on w międzyczasie jeździł po świecie, więc nasz kontakt trochę się rozluźnił. Bardzo długo się nie widzieliśmy i gdy spotkaliśmy się ponownie polało się baarrdzo dużo wódki. I tak przespaliśmy się ze sobą. Nie było niezręcznie, ale stwierdziliśmy oboje, że to tylko jednorazowy incydent. I tak też było do czasu gdy okazało się, że jestem w ciąży.

Po długich namysłach zdecydowaliśmy, że zatrzymamy dziecko. Bliżej nam było do 30 niż 20 i stwierdziliśmy, że co tam, bierzemy ślub… Oboje nie jesteśmy typem romantyka. Ja nie szukałam męża, nie chciałam mieć rodziny ani pięknego domku z ogrodem. Ślub nie zmieniłby dla nas wiele. Gdy urodził się nasz syn, było inaczej niż się spodziewałam. Dziecko nie płakało. Wstawaliśmy do niego 2-3 razy w nocy, a resztę czasu spędzaliśmy na gadaniu i graniu na konsoli. Uzgodniliśmy, że on nie przyprowadza do domu żadnych dziewczyn, a ja żadnych facetów. Wiadomo, w takiej sytuacji ciężko znaleźć było kogoś na dłużej, jednak obojgu nam wystarczyły niezobowiązujące znajomości.

Dziś mija 10 lat, odkąd jesteśmy małżeństwem. Bardzo udanym. Prawie nigdy się nie kłócimy, zawsze siebie wspieramy i oboje nad życie kochamy naszego syna. Bartek od dwóch lat ma stałą partnerkę na seks, która zna sytuację i jej to pasuje. Ja raz na jakiś czas spotkam się na trochę przyjemności z kolegą z pracy. Może to nie jest normalny model rodziny, ale nikt nikogo nie krzywdzi, kochamy się na swój sposób i myślę, że przed nami jeszcze wiele szczęśliwych lat małżeństwa.
Dodaj anonimowe wyznanie