Od dziecka jestem bardzo związana ze swoim ojcem. Zawsze był dla mnie autorytetem, dawał mi dużo miłości w taki fajny, ojcowski sposób.
Niestety, po powrocie z pracy za granicą bardzo się zmienił. Najpierw pił, potem przerzucił się na dopalacze. Nie wiedziałam jak reagować, więc nie zrobiłam nic. Starałam się nadal podtrzymywać więź, chociaż często mówił kompletnie bez sensu. Mama zachowywała się jakby nie widziała problemu, zresztą zwykle nie było jej w domu.
Pewnego wieczoru siedziałam u siebie w pokoju i rozmawiałam z kimś przez internet, kiedy nagle usłyszałam jakby spadł duży, ciężki przedmiot. Zbiegłam na dół i zobaczyłam swojego ojca leżącego pod schodami. Sprawdziłam, czy oddycha i umieściłam go w pozycji bezpiecznej. Nie było z nim kontaktu. Zadzwoniłam po karetkę. Mamy nie było w domu, więc tylko lakonicznie poprosiłam ją, żeby wracała, nie mówiąc, co się dzieje.
Dalej wszystko pamiętam jak przez mgłę. Mama przyjechała i przejęła nadzór nad ojcem. Później przyjechało pogotowie. Ojciec ocknął się i mówił kompletnie bez sensu. Było mi strasznie wstyd.
Tacie nic się nie stało, stracił tylko węch na wiele lat. Po tym wydarzeniu przestał brać dopalacze. Pomimo wszystkiego, co się wydarzyło (a wydarzyło się wiele, też z mojej winy), obecnie jest dla mnie jedną z najbliższych mi osób.
Gdy byłam mała, zapamiętywałam dźwięk kodu wpisywanego na domofonie do otwierania drzwi.
Ostatnio znalazłam mój notesik z dzieciństwa, a w nim taką notatkę:
"kod do domu: tuut tut tut tut tuut tuuut tuut tuuuuut".
Zapisałam sobie, żebym przypadkiem nie zapomniała.
Pewnego dnia z uśmiechem na twarzy postanowiłem otworzyć paczkę herbatników z galaretką malinową w czekoladzie. Już czułem zapach pysznych ciasteczek, jednak po chwili poczułem, że coś tutaj jest nie tak...
Opakowanie było złożone z czterech przegródek na ciasteczka. W każdej przegródce miało znajdować się parę ciasteczek.
Jedna z przegródek okazała się pusta...
Życzę wam, aby nigdy was to nie spotkało. To było okropne.
Mam 23 lata, za chwilę bronię magisterkę. Od 1,5 roku mieszkam z chłopakiem, dogadujemy się i docieramy w każdej sferze, jednakże moi rodzice nie akceptują moich wyborów, bo są nieco starszej daty, nie dopuszczają do siebie takich "grzesznych " rozwiązań jak mieszkanie ze sobą przed ślubem i najchętniej schowaliby mnie w szafie.
Tak że pozdrawiam młode pary, które mają zjebane święta, bo rodzice ciągle męczą ich pytaniami o ślub i o dzieci tylko dlatego, że te pary mieszkają ze sobą razem i (póki co) są szczęśliwe, myślą o ślubie, ale nie w najbliższej przyszłości.
Trzymajcie się tam, ja już zdążyłam się zachłysnąć czerwonym barszczem w wigilię i nalewką wiśniową w Boże Narodzenie.
Mój brat jest od niedawna inżynierem. Na Wigilię pojechaliśmy do dziadków, przybyli również krewni, których można określić jako piąta woda po kisielu. Niby kiedyś widziani, ale na komunii kuzynki, a i to nie jest pewne. Gdy dowiedzieli się o tytule Michała, od razu poprosili go o pomoc w naprawie samochodu. Po odmowie byli bardzo oburzeni, tym bardziej, że nie pomógł nawet argument koronny "no co ty, rodzinie nie pomożesz?".
W czym był problem? Nawet nie w tym, że nie mieli zamiaru zapłacić ani grosza. Michał jest inżynierem górnictwa...
Leżeliśmy sobie z moją dziewczyną oglądając film, kiedy zaczęliśmy się łaskotać, dźgać palcami i wygłupiać. Jak zwykle na końcu skończyło się tym, że leżała uwięziona w moich ramionach. Dostała buziaka w czoło, a że lubię tego krasnala wkurzać, to zapytałem tak znikąd:
- Co byś zrobiła, gdybym z tobą zerwał?
Na co ona z szyderczym uśmiechem:
- Wróciłabym do swojego byłego.
Eeee, przyznam zatkało mnie. Mruknąłem pod nosem i odwróciłem się, na co ona odpaliła:
- Bo przecież wtedy ty byłbyś moim byłym.
Mój "foch" skończył się tak samo szybko, jak się zaczął.
Wieczorem kiedy jak zwykle razem robiliśmy kolację przyznała, że widziała taki tekst kiedyś na jakiejś stronce i zawsze chciała mi to powiedzieć! :D
Jakiś czas temu ojciec kupił dziadkom ich pierwszą komórkę. Wiadomo, jakiś prosty model z dużymi przyciskami. W weekend wpada ich odwiedzić, sprawdzić, czy wszystko w porządku. Siada sobie w pokoju, a dziadek nic się nie odzywa. To się ojciec pyta, co on taki jakiś wkurzony. Nic, zero odpowiedzi. Na to z tyłu odzywa się babcia:
- Aaaa, wkurzony jest, bo wyświetliło mu się na telefonie, że ma nową wiadomość w skrzynce, poleciał na klatkę sprawdzić, a tam nic nie było.
Na szczęście ojciec wyjaśnił dziadkom na czym polega SMS, więc już nie kursują do skrzynki za każdym razem.
Od dawna jestem dorosły, ale odkąd skończyłem szkołę nie mam żadnego hobby. Nie dlatego, że nic mnie nie interesuje, tylko nie umiem znaleźć sensu w większości czynności. W dzieciństwie zmuszano mnie do różnych konkursów czy olimpiad, z których nic nie miałem (ewentualny dyplom był dla mnie mniej wartościowy niż kawałek papieru toaletowego). Sprawiło to, że zacząłem bardzo restrykcyjnie wybierać na co przeznaczam swoją energię.
Efekt jest taki, że w nic nie chcę wkładać wysiłku, bo w mojej głowie to się zwyczajnie nie opłaca. Kolarstwo? Po co. Taniec? Po co. Golf? Po co, przecież nikogo nie zbawię, trafiając piłką do dziury. Jakiekolwiek DIY - po co, przecież mogę kupić. Wspinaczka? Po co, przecież nie muszę nigdzie włazić. Jogging? Mogę podbiec do pracy, to ma sens, bo raz, biegnę po coś, a dwa, będę tam wcześniej. Ale tak po prostu wyjść i biegać, tracić energię dla tracenia energii, a potem wrócić do domu? No absurd. Każdy jeden sport jest dla mnie idiotyzmem, każda gra stratą czasu, jeszcze artystów szanuję, coś tworzą i zostaje namacalny ślad, ale nie mogę zrozumieć ludzi, którzy spędzają czas trenując np. rzut oszczepem. Koleś, RZUCASZ KIJEM NA ODLEGŁOŚĆ - po co??? Ja osobiście czas wolny spędzam oglądając seriale czy coś, jedyna forma rozrywki, którą akceptuję to taka, w której jestem biernym odbiorcą. Nie wyobrażam sobie wysilać się robiąc coś, za co mi nie płacą.
Wbrew pozorom to nie jest jakiś hejt z mojej strony na ludzi, którzy praktykują te wszystkie rzeczy. Ja też próbowałem, naprawdę próbowałem, bo ile można oglądać Netflixa. Niestety moje myślenie bierze górę i jedyne co czuję robiąc cokolwiek to wściekłość i wrażenie, że tracę czas. Czasami zazdroszczę innym, że potrafią się zaangażować w jakieś szachy czy nawet łowienie ryb.
A Wy po co robicie to, co robicie? Może jakiś argument do mnie trafi...
Jak się roznosi wirus? Ano tak.
Pewne miasto w zachodniej Polsce, granica z Niemcami. Jest sobie stołówka szkolna, na której pracuje kilka pań. Okazuje się, że cztery z nich są zakażone, wiec idą do domku. Reszta pracuje normalnie, sanepid nic nie kazał zamykać, bo w tym czasie jak szkoły zamknięte, przygotowują jedzenie dla zachodnich sąsiadów, więc co tam, Niemca można zakazić. Pozostałe pracownice nawet nie zostały skierowane na kwarantannę, nie mówiąc o testach.
Jedna z nich za kilka dni zaczyna narzekać na brak węchu i smaku. Ale ona tego nie zgłosi, na test nie pójdzie, bo całą rodziną trafią na kwarantannę i mężuś nie będzie mógł zarabiać ojro przez 2 tygodnie. W tym czasie posyła młodsze dziecko do przedszkola, jak gdyby nigdy nic. Odwiedza rodzinę...
Nie wiem, jak to nawet skomentować, naprawdę nie wiem.
Gdy byłam mała, miałam tak około 6 lat, moja sąsiadka miała taką szopę/pracownię, w której robiła takie kozackie cukierki. Raz do niej przyjechała jakaś kuzynka z dziećmi i ta kuzynka pozwoliła mi jednego sobie wziąć.
Następnego dnia zobaczyłam, że drzwi do tej pracowni są otwarte, wiec weszłam, napchałam cukierkami wszystkie możliwe kieszenie i uciekłam.
Oczywiście rodzice się dowiedzieli i potem była drama :))
Dodaj anonimowe wyznanie