#78HO6

Pewnie prawdziwi anonimomaniacy wiedzą, że dresa po dresie się nie ocenia :)
Chciałbym dorzucić swoją opinię na ten temat.

Zacznę od tego, że w klasie mieliśmy typowego dresa. Trzy białe paski nosił z dumą, do tego palił i prawdopodobnie pił (tak słyszałem). Na lekcje chodził jak koszula kujona - w kratkę. Ogólnie typ spod ciemnej gwiazdy.

Była środa i na czwartej lekcji mieliśmy iść obejrzeć jakieś przedstawienie, tak jak zazwyczaj Eugeniusza (losowe imię dla dresa ;D) nie było w szkole. Każdy nauczyciel na swojej lekcji oczywiście się pytał gdzie on jest, wszyscy zgodnie powiedzieli, że był w szatni, czyli pewnie się rozmyślił i wrócił do domu grać w CS Go.

Matematyka, wszyscy szczęśliwi, że tracimy tak nudny przedmiot, idziemy powolutku, żeby jak najwięcej czasu ubyło, do sali teatralnej. Po posadzeniu zadka w niewygodnym szkolnym fotelu, rozglądam się i oczom nie wierzę. Eugeniusz siedzi na scenie i trzyma skrzypce.
Cała klasa oczy jak kokosy, do tego okazało się, że nie trzymał ich tylko dla szpanu, potrafił grać! Swoją drogą bardzo dobrze!

Chyba nikogo kto nałogowo czyta anonimowe nie zdziwi ta sytuacja :D

#5RbNi

Moja dziewczyna posiada kalkulator, który ma o wiele więcej funkcji niż ten podstawowy. Używa go na uczelni.

Dziś chciałem zsumować i podzielić dość długa listę zakupów (nadal się składamy i dzielimy zakupami), więc wziąłem jej kalkulator.

Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy podchodzi do mnie i głaszcze kalkulator i mówi "Przepraszam, tak, wiem nie jesteś do tego stworzony".

Ja wiem, że ludzie z polibudy są dziwi, ale aż tak?!

#69xsZ

Mam 16 lat, mój chłopak 17. Jesteśmy razem 10 lat. Tak, 10 lat. Brzmi dziwnie, prawda? Przed Wami historia miłości dzieci... z oddziału onkologicznego.

Mając 5 lat zachorowałam na raka. Najlepsze lata dzieciństwa spędziłam w szpitalu. Nie można się dziwić, że na początku pobyt tam był dla mnie koszmarem. Gdy miałam 6 lat, na moją salę przywieziono o rok starszego chłopca, u którego niedawno wykryto raka. Wysoki jak na swój wiek, jeszcze miał swoje cudowne blond włosy. Widziałam, że był przerażony. Jako że byłam już oswojona z tym miejscem, postanowiłam oprowadzić nieznajomego po sali, świetlicy i oddziale. I tak zaczęła się nasza "miłość".
Cały czas chodziliśmy za rączkę, bawiliśmy się, ganialiśmy po oddziale, kiedyś nawet dał mi wisiorek z misiem, który mam do dziś ("Mama mówiła, że ci się spodoba" :)).

Po wielu latach leczenia, po chemiach, operacjach, po których wspieraliśmy się nawzajem, oboje pokonaliśmy chorobę (mi udało się to wcześniej, przez 1,5 roku bywałam w szpitalach jako gość). Połączył nas koszmar onkologii. Nigdy nie zapomnę, jak płakałam, gdy mój 8-letni chłopak walczył na OIOM-ie. Ale mimo to, nie mam pretensji do świata o to wszystko. W końcu gdyby nie choroba i cierpienie, nigdy byśmy się nie poznali :)

#R7GZs

Mieliśmy w szkole matematyczkę, która przyszła do nas na zastępstwo, generalnie straszna sieka była z babką. Jakoś przeżyliśmy te pół roku i jako dobra klasa postanowiliśmy pani podziękować.

Udaliśmy się do niej z kwiatami, na co stary babsztyl mówi rozżalonym głosem:
- Nie wiem, czy powinnam przyjąć te kwiaty za wasze zachowanie - i generalnie smęci strasznie.
Po czym mój kolega odpowiada lekko poirytowany tym wszystkim:
- Kupiliśmy pani róże, bo pokrzywy przez zimę nie rosną.

#dC5vr

Mam bardzo twardą, grubą skórę na piętach.
Czasami łapię fazę na skrobanie pięt, ale do pumeksu brak mi cierpliwości, więc robię to... maszynką. Zwyczajną maszynką do golenia. A kiedy jestem u rodziców, używam takiej wielorazowej, co ją tata kiedyś kupił - jest o wiele wygodniej, zarówno "zgolić" skórę, jak i pozbyć się resztek z maszynki.
Co robię z tymi "wiórkami"? Takie prosto z pięty, jeszcze wilgotne, lubię przesypywać między palcami, sklejać w kulki, a niektóre gryzę. Gdy wyschną, zazwyczaj nimi grzechoczę, wydają taki śmieszny dźwięk.
I trzymam je w specjalnym woreczku. Raz nawet sprzedałam jakiemuś fetyszyście z internetów.

#2OSg6

Od podstawówki chodziłem do jednej szkoły z pewną koleżanką. W technikum (koniec 1 klasy) zaiskrzyło. Byliśmy w siebie bardzo zapatrzeni, ale mimo to każde z nas miało swobodę tzn. żadne z nas nie robiło awantury z powodu wyjścia na imprezę/spotkanie ze znajomymi bez tej drugiej osoby. Tak sobie żyliśmy razem, a wszyscy dookoła mówili, że jesteśmy dla siebie stworzeni.

Półtora roku później, będąc u niej w domu, oglądaliśmy film. Potem zaczęliśmy się całować, atmosfera robiła się powoli gorąca, więc stwierdziłem, że skoro wolna chata itd. to to najlepszy moment na nasz pierwszy raz. Kiedy zacząłem ją rozbierać, Ola się odsunęła i stwierdziła, że chce się jeszcze z tym wstrzymać jakiś czas. Ja jak to młody szczyl, któremu hormony buzowały, nie mogłem tego zrozumieć. Po pół godziny pod byle pretekstem wyszedłem od niej. Przez następny tydzień rozmawiałem z nią coraz mniej, nie pisałem do niej, z wielką łaską poszedłem z nią do kina, aż po wspomnianym tygodniu przestałem z nią rozmawiać.
Z początku pisała, dzwoniła i pytała o co mi chodzi, czy to z tego powodu, że mu odmówiłam, ale nie odpowiadałem. W szkole mnie dopadła, ja tylko wymamrotałem "nie". Po jakimś czasie dała sobie spokój, ale czasami widziałem, że na przerwach na mnie zerkała, ja zresztą też.

Zacząłem się spotykać z dziewczynami, które po dwóch dniach znajomości pchały się do łóżka, a potem koniec znajomości. Było ich pełno w moim życiu. Po ukończeniu szkoły zarówno ja, jak i Ola poszliśmy na studia, z Facebooka dowiedziałem się, że ona do Warszawy, ja zaś do Poznania.

Tak sobie lata płynęły, wróciłem do mojego domu rodzinnego.
Od znajomych ze szkoły średniej czasami słyszałem, że moja była ma chłopaka, że świetnie sobie radzi i takie tam.

Kilka tygodni po powrocie ze studiów zmarła moja sąsiadka z naprzeciwka, urocza (dość majętna) starsza pani, z której wnukiem w dzieciństwie bardzo często grywaliśmy w piłkę, ale potem kontakt się urwał, bo wyjechał.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy podczas koszenia trawy przed domem zobaczyłem, jak pod dom zmarłej sąsiadki podjechał samochód, z którego wysiadł mężczyzna z kobietą, którą skądś znałem.

Tak. Mężczyzna to wnuk starszej pani, a kobieta to Ola. Mieszkam teraz w sąsiedztwie z moją byłą, do której chciałem wiele razy zadzwonić, pogadać, przeprosić i prosić o wybaczenie, ale brakowało mi odwagi.

Mam nieustatkowane życie, mieszkam z mamą, zawaliłem ostatni rok studiów, mam beznadziejną pracę, a codziennie muszę patrzeć, jak kobieta mojego życia w zaawansowanej ciąży, uśmiechnięta, przechodzi przed moim domem. A ja dzisiaj płacę alimenty na 4-letnie dziecko, którego nie znam, widziałem tylko 2 razy w życiu, a jego matki nawet nie pamiętam.

Jestem idiotą.

#djnIy

Mój najlepszy przyjaciel Krystian dziś powiedział mi, że zamierza oświadczyć się Marcie, dziewczynie, z którą jest od 2 lat. On nie wie jednak, że Marta zamierza z nim zerwać, bo zakochała się w Pawle, który w noc sylwestrową wyznał, że kocha mnie od czasów podstawówki. Ja tymczasem pragnę Krystiana, który traktuje mnie jak siostrę.

#pUl5G

Moja była, ówczesna narzeczona, zostawiła mnie po dość burzliwej końcówce naszego związku. Nie byłem wówczas idealnym partnerem, ale kochałem ją bezgranicznie. Tak czy siak okazało się, że już ładnych parę miesięcy przed rozstaniem flirtowała dość mocno z kolegą z pracy, a ponadto szukała pocieszenia w ramionach mojego najlepszego wówczas kumpla (wszyscy troje znaliśmy się ze studiów) - co prawda się z nim nie przespała, ale i tak czułem się zdradzony podwójnie.
W każdym razie już po naszym rozstaniu (z którym kompletnie nie potrafiłem się pogodzić) wielokrotnie się ze mną kontaktowała. Głównie po to, żeby stwierdzić, iż przeze mnie nigdy nie będzie mogła mieć dzieci (WHAT?!). Oczywiście niezbyt długo po naszym rozstaniu czekała, aby zamieszkać z kolegą z pracy, o którym mowa wyżej. Niezbyt długo też Bóg czekał ze spełnieniem cudu w postaci ciąży, która jej się przydarzyła (WHAT?!). Słyszałem, że podobno są razem całkiem szczęśliwi.

Jakiś rok temu moja kuzynka i dobra przyjaciółka opowiedziała mi, jak to na wyjeździe integracyjnym w swojej nowej pracy poznała BARDZO blisko jednego kolesia. "On wcześniej pracował tam, gdzie twoja była, więc pewnie się znają".
Nom, znają się. Są podobno szczęśliwym małżeństwem...

Moja była ani ode mnie, ani od mojej kuzynki nigdy nie dowiedziała się o zdradzie swojego męża. To pewnie byłoby bardzo przyjemne uczucie rozbić ich związek. Ale jeszcze przyjemniejszym uczuciem jest świadomość, że ona kocha go zapewne bezgranicznie tak jak ja kiedyś ją i pewnego dnia przeżyje całkiem niemiłe rozczarowanie.

A swojej byłej koniec końców jestem bardzo wdzięczny. To była moja pierwsza, dorosła miłość, ale kochałem ją tak bardzo, że nie potrafiłem nabrać do tego uczucia dystansu i robiłem wieeeele głupich rzeczy, aby tę miłość udowodnić, co dość często bywało żałosne...
W niecały rok po rozstaniu z nią poznałem swoją obecną żonę. Z błędów młodości i związku z poprzednią kobitą wyciągnąłem masę wniosków. Dzięki temu jestem obecnie nieprawdopodobnie szczęśliwy. Dwa miesiące temu urodziła nam się córka, za tydzień wspólnie przeprowadzamy się do innego kraju i traktujemy to jako fantastyczną przygodę.

Gdyby moja była mnie wtedy nie zostawiła i nie dała mi swoim postępowaniem tak okrutnej nauczki na przyszłość, pewnie nigdy nie poznałbym swojej obecnej żony. Dlatego z wdzięczności nigdy nie powiem jej o zdradzie jej męża. A fakt, że w dłuższej perspektywie moje milczenie może jej w przyszłości przysporzyć jeszcze więcej cierpienia, to już nie mój problem, no nie?

#D9zxk

Ponieważ walczę z depresją, udałam się autobusem do oddalonego od mojej miejscowości miasta, aby odbyć spotkanie z psychiatrą. Poradnia znajduje się na dość rozległym terenie szpitala, którego nie znam. Ponieważ niebawem miała wybić godzina mojej wizyty, zaaferowana szukam danego miejsca biegając od jednego skrzydła do drugiego. Począwszy od chirurgii, skończywszy na porodówce.
Kiedy w końcu odnajduję dane miejsce, jestem dosłownie "na styk" umówionej godziny. Budynku poradni także nie znam, ponieważ to dopiero moja druga wizyta. Gubię się w jego korytarzach, aż w końcu trafiam.
Mijam różnych powykręcanych ludzi, jak to na psychiatrii, lecz staram się tym nie przejmować. Wbiegam po schodach, rozpinam zamaszyście kurtkę i wpadam jak burza - ponieważ należę do osób nerwowych i energicznych. Spiesząc się wyglądam jak wariatka, z czego nie zdaję sobie jeszcze sprawy. Rozglądam się pobieżnie, widzę krzesełka, tablica … OK, ale nie ma niezbędnej mi rzeczy, za którą się rozglądam.

Podchodzę do recepcji, siedzi w niej blondyneczka w średnim wieku o miłej twarzy, która uśmiechem maskuje zmieszanie (choć pewnie pod stołem ma paralizator w razie W. ). Patrzę na nią z poważną miną, aby nie wyjść na laika, ta spogląda na mnie znad okularów jeszcze bardziej skonsternowana. Wreszcie pyta:
- W czym mogę pomóc?
A ja wypalam:
- Przepraszam, ale gdzie ja się tu mogę powiesić?

Oczywiście chodziło mi o wieszak na kurtki, ale sądząc po przerażonej minie recepcjonistki, ta w obecnej sytuacji zrozumiała mnie dosłownie. Wybucham śmiechem i tłumaczę pani, że chodziło mi o wieszak na kurtki, ta jednak chyba mi nie uwierzyła. Spoko, dostałam mocne leki.

#9Vcu7

W gimnazjum miałam dość ekscentrycznego nauczyciela od geografii. Raz tak się złożyło, iż pan powiedział nam, że musi coś załatwić i trochę go nie będzie, więc mamy być cicho. Wiadomo, że kiedy nauczyciel mówi tę formułkę i wychodzi za drzwi, wszyscy zaczynają gadać i robić różne dziwne rzeczy. Tym razem także tak było, ale kiedy nasz poziom głośności dobiegał górnej granicy - przywódczy kolega kazał nam się zamknąć. Stwierdził, że jesteśmy za głośno i jeżeli będzie tak dalej, szanowna pani wicedyrektor zapewne znowu przyjdzie na nas nakrzyczeć (a nikt nie lubił słuchać o tym, że skończymy na ulicy).

Zaproponował grę w króla ciszy. Wszyscy patrzyli na niego z powątpiewaniem, a jego koledzy zaczęli się sprzeczać, co powinna zrobić osoba, która się pierwsza odezwie. Stanęło na tym, że wszyscy mają być cicho, a pierwsza osoba, która się odezwie będzie musiała lizać pachy X (X był kolegą o dość dużych rozmiarach, wiecznym uśmiechu, głupich pomysłach, no i oczywiście był bardzo potliwy). Jakoś nikt nie śmiał się odzywać, chłopcy nadal świrowali, ale przynajmniej w ciszy.

Kiedy wszedł do klasy pan od geografii, był totalnie zdziwiony. Wszyscy oczywiście mieli przylepione uśmiechy do twarzy. Pan stwierdził, że jesteśmy bardzo cicho i że nie spodziewał się tego po nas. No i zaczął prowadzić lekcję, my oczywiście ciągle się śmialiśmy, a jak już pan ogarnął, że nikt nic nie powie, to już leżeliśmy ze śmiechu. W końcu na prośbę pana, żeby wyjaśnić co się dzieje, kolega podszedł do tablicy i napisał: Król ciszy, kto przegra liże pachy X.

Pan popatrzył na nas z obrzydzeniem i jakież było zdziwienie nas wszystkich, gdy pan odwrócił się i napisał na tablicy: NIE BYŁO MNIE, OD TERAZ JA TEŻ GRAM.

Do końca lekcji nie padło ani jedno słowo.
Dodaj anonimowe wyznanie