#mUtQD

Mój tata poza domem jest szanowanym człowiekiem. Wysoko postawionym zawodowo i bardzo wszechstronnym. Dość dobrze zarabia, chociaż wiele rzeczy robi nie w terminie i to strasznie złości moją mamę . Rodzice pracują razem - mają swoją firmę, ale mama nie jest szczęśliwa. To nie była jej dobrowolna decyzja. Wiele razy czuje się jak niewolnik i służąca mojego taty, on często ją poniża i krzyczy. Oczywiście z wulgaryzmami. Nie tylko z resztą na mamę. Mam starszego o 7 lat brata - teraz studiuje i mieszka w Warszawie. Tata w jego dzieciństwie wykorzystywał go do pracy i oczywiście poniżał. Trzeba jednak powiedzieć, że potrafił momentami być dobrym ojcem. Zabierał go na wyprawy i spędzał z nim czas.

Tata od 17 lat wykańcza dom i choć już w nim mieszkamy, wciąż nie ma bramy i salonu. Sąsiedzi patrzą na nas i pewnie się śmieją, a ja i mama wstydzimy się kogokolwiek zapraszać i mówić gdzie mieszkamy. Tata wszystko chce robić sam i blokuje nam możliwość samodzielnego wykończania i wzięcia do pracy majstra. Kiedy tylko chcemy to zrobić, przezywa nas od pustaków, którzy nie myślą nad tym co robią i nie umieją sami wykorzystać swoich umiejętności i oszczędzić pieniędzy.

Zawsze się boję kiedy słyszę tatę, bo nie wiem kiedy wybuchnie, a jego ton głosu już przyprawia mnie o dreszcze. W każdym momencie nasłuchuję każdego jego słowa - nawet jeśli jest to drugi koniec domu.

Chciałabym z kimś się tym podzielić, ale wszyscy na zewnątrz szanują mojego tatę i nie wiem, czy w cokolwiek uwierzą. Mam dobrego trenera, który mnie wspiera, ale nie wie o sytuacji w domu. To na pewno ma wpływ na wyniki w sporcie, ale nie wiem, czy umiem o tym rozmawiać i czy w ogóle powinnam. Co jeśli znienawidzi mojego tatę, a on nie zawsze przecież taki jest. Trzeba też powiedzieć, że wyglądamy na dość zamożnych ludzi - oczywiście jeśli ktoś nie widział bałaganu na podwórku i wnętrza do połowy wykończonego domu. Dodam jeszcze, że mój tata wszystko jest w stanie nam przetłumaczyć na swoje, bo on, jak sam mówi, nigdy nie popełnia błędu i jest świetnym ojcem, oczywiście nie musi nad sobą pracować i robi wiele dobrego, a my powinniśmy cieszyć się z tych warunków, jakie mamy.

To przerażające, bo w domu jest wiele też dobrych chwil i przyznam, że niechętnie chcę go opuścić, mimo tego koszmaru w niektórych momentach. I to najgorszy problem - kiedy jest bardzo źle, decyduję się porozmawiać z kimś o tym, ale zanim zdążę to zrobić, w domu dzieje się też wiele radosnych sytuacji, które dają mi fałszywą nadzieję, że będzie lepiej. I nigdy nie mam siły w dobrych momentach, by rozmawiać o tych ciężkich :(

#m6KJD

Kiedy moja siostra była malutkim człowieczkiem (takim, który nie potrafi robić nic innego jak żreć, robić w gacie, drzeć się i spać), ja miałem trochę ponad 3 lata. Nie wiem jak i czemu, ale od jej samego urodzenia rozumiałem ją doskonale. Wydawała tylko dźwięki i darła się, a ja zawsze wiedziałem czego ona chce.

Pewnego dnia wydzierała się jak opętana w kuchni. Rodzice próbowali ją uspokajać na wszelkie sposoby, ale bez efektów, no chyba że można do nich zaliczyć jeszcze większą dawkę decybeli. W końcu bezradni zawołali mnie.

Wchodzę do kuchni. Mama patrzy na mnie błagalnym wzrokiem, a ja robię klasycznego facepalma i mówię:
- Ludzie! To jest moje dziecko czy wasze? - Po czym podchodzę do lodówki, wyjmuję ogórka i wsadzam siostrze do wózka. Umilkła natychmiastowo.

#qhd9d

Moi teściowie to straszliwe sknery.

Zacznijmy od tego, że zarabiają we dwójkę powyżej 20 tysięcy na miesiąc. Wiem to, bo pieniądze to ich ulubiony temat rozmów, chwalą się tym na lewo i prawo, a potem żalą się, że na nic ich nie stać. Próbowałam im sto razy tłumaczyć, że mnie to peszy, bo w mojej rodzinie o pieniądzach, zarobkach i wydatkach po prostu się nie rozmawia. Argumenty męża też - grochem o ścianę. Pieniądze są najważniejsze.

Wszystko kupują na kredyt - elektronikę, auta, meble, ostatnio nawet ciuchy. O dziadkach męża mówią w jednym kontekście - kiedy wreszcie umrą, bo "dom w centrum sprzeda się za dwa miliony jak nic". Kiedy organizowaliśmy wesele wspólnie z rodzicami, teściowie wszystko spychali na nas i moich rodziców, bo ich przecież nie stać. Mój telefon im się nie podoba, bo nie najtańszy, jak ich, tylko nieco lepszy innej marki. Często gdy jesteśmy u nich z mężem, sami kupujemy sobie jedzenie, bo teściowie od razu mają wyrzuty, że muszą na nas wydawać pieniądze. Mąż zgubił scyzoryk swojego taty - od razu była awantura, że musi odkupić.

Spędzaliśmy u nich ostatnie święta. Zrobiliśmy sami wszystkie dania, kupiliśmy składniki, dekoracje, kupiliśmy prezenty.
Od razu mówię - nigdy nie zależało mi na wypasionych prezentach, przecież to w założeniu mają być miłe drobiazgi, wyrazy dobrej woli.
Wiecie, co dostaliśmy?
Ubrania z taniej sieciówki. Z przecen. Z pourywanymi guzikami, wadami towarowymi. Z metkami i cenami...
Przykre.

#qgAkm

Kiedy byłam małym gówniarzem ze wczesnych lat podstawówki, dowiedziałam się co to seks (nie wszystko o nim, ale jego ogólny sens). Nie pamiętam jak to się stało i dlaczego już w tak młodym wieku chciałam zobaczyć seks w internecie, ale w końcu ciekawość wygrała.

Gdy zdarzyła się chwila, w której zostałam sama w domu, dokładnie sprawdziłam wszystkie pomieszczenia, aby upewnić się, że na pewno nikogo nie ma i wykorzystałam sytuacje do zaspokojenia mojej ciekawości. Podeszłam do komputera i włączyłam przeglądarkę. Podekscytowana, ale jednocześnie pełna obaw, walczyłam ze sobą kilka minut, czy zrobić to czy nie. W końcu się przemogłam i wpisałam do przeglądarki "sex.pl" (tak, przez X, pewnie gdzieś zauważyłam taką pisownię).

Nagle przed oczami stanęła mi półnaga długowłosa blondyna, z ogromnymi zderzakami i znikomym ubraniem, a obok napis wszystkim znany, dotyczący minimalnego progu wiekowego oraz wielki przycisk "WYCHODZĘ". Ja, jako średnio wtedy rozwinięta umysłowo dziewczynka pomyślałam, że internet dowiedział się, iż nie mam osiemnastu lat. Tak bardzo przestraszyłam się, skąd on to wie, że w jednej sekundzie wyłączyłam przeglądarkę i z bijącym sercem podbiegłam do drzwi balkonowych rozejrzeć się, czy ktoś zaraz po mnie nie przyjdzie, żeby mnie ukarać za tak karygodne zachowanie. Stałam przy balkonie krótką chwilę, przysięgając w duchu, że już nigdy więcej nie wejdę na żadną stronę z gołą panią, tylko niech Internet po mnie nie przychodzi.

Internet nie przyszedł, żaden jego wysłannik również, a ja, dziękując całym sercem, nie wpisałam już nigdy w przeglądarkę słowa "seks".

PS. Całe szczęście istnieją strony pornograficzne bez tego słowa w tytule... Ale przecież dziewczyny nie oglądają porno ;)

#a9wRP

W sieci jest sporo hejtu na lekarzy, którzy nie chcą pracować, tłumacząc, że boją się COVID-u.

Tak się złożyło, że mój narzeczony jest lekarzem.
Tak się złożyło, że również nie pracuje z powodu COVID-u, ale prywatnie przyjmuje.
Powód?

Oddział w szpitalu, dyżury po 12-18-20 godzin, zero wsparcia, wyposażenie marne. Potem najlepiej bez przerwy i odpoczynku na SOR, bo tam też potrzeba lekarza. I to wszystko za pensję, której podstawą jest 200 zł więcej niż najniższa krajowa. Do tego dochodzą premie itp., fakt, w sumie można "wyciągnąć" 3500-4000 zł. Ale co jak przyjdzie L4? Dłuższe niż tydzień albo dwa? Co wtedy?

OK, teraz się zastanów - jesteś mechanikiem. Pracujesz u Janusza biznesu, którego warsztat jest w opłakanym stanie, narzędzia są stare, ty zasuwasz całymi dniami, żeby zarobić 4000 zł.
Ale możesz też nie pracować u Janusza biznesu, możesz sam naprawiać auta i masz do tego sprzęt, który wziąłeś w leasing i w razie potrzeby możesz (ze stratą, ale zawsze mniejszą niż kupić) go oddać.
Pracując połowę z tego co u Janusza, zarabiasz 3-4 razy tyle.

Lekarze są zwykłymi ludźmi, mój narzeczony jest zwykłym człowiekiem - ma plany, marzenia i poświęcił lwią część życia na to, by zostać tym kim jest.

Dla tych, którzy nie zajarzyli mojej pokrętnej logiki.
Państwo to Janusz biznesu - wyzyskuje na maxa pracowników, płacąc byle jak i wieszając na nich psy za każdym razem, gdy coś jest nie tak.
Prywatna praktyka to jak prywatny biznes - nie starasz się, nie rozwijasz, to znikasz z rynku. A że jest drogo? A co jest tanie w tych czasach? Malarz za pomalowanie mieszkania chciał 4500 zł. A to raptem 60 m kwadratowych... I malarze są spoko, a lekarze nie?
Państwo robi wszystko, żeby nas podzielić, bo tylko podzielonym społeczeństwem łatwo się rządzi, a że oni rządzić nie umieją, to dzielą jak najbardziej, żeby było im lżej.

#Tzj4i

Moja siostra ma troje dzieciaczków :) Najstarsza miała wtedy 12 lat, młodszy 9 lat, a najmłodsza miała około 3 lat, mówiła już i w ogóle całkiem kumate dziecko. Więc ta właśnie Milenka bawi się z mamą w domu i mama nagle mówi:
- Koniec zabawy, trzeba iść gotować obiad, bo przyjdzie zaraz Gaba ze szkoły i powie:
"mamo, jestem głodna". Przyjdzie Grzesiek ze szkoły i powie: "mamo jestem głodny".
Na końcu przyjdzie tata z pracy i powie...

W tym momencie Milenka wchodzi mamie w słowo i krzyczy:

- Monika, lej piwo!

Mama Monika płakała ze śmiechu...

Dzieci potrafią być szczere :D

#GMbBn

Zawsze przed każdym skorzystaniem z toalety patrzę do środka, czy nic tam nie ma, bo boję się, że jak już usiądę, to wyskoczy stamtąd wąż i ukąsi mnie w tyłek.. :/

A to wszystko tylko dlatego, że kilka lat wcześniej w lokalnej gazecie/telewizji była pokazana kobieta, która znalazła węża swojego sąsiada w swojej toalecie.

#ZgGbi

Z moim chłopakiem byliśmy parą już 3 dobre lata.
Dzień zaręczyn był dniem wyjątkowym - dodam, iż mieszkałam w bloku na trzecim piętrze. Dzień jak co dzień, umówieni byliśmy jak co weekend na wieczór.
Przed godziną 17 upewniając się, że jestem na 100% w domu, mój chłopak zrobił coś bajecznie "dziwnego".

Mój wtedy jeszcze chłopak załatwił sobie zwyżkę, która podniosła go na trzecie piętro, zapukał do okna, a ja niemal zeszłam na zawał, widząc go po drugiej stronie okna z bukietem i pierścionkiem!

Atrakcja była niezwykła, bo i ludzie z innych bloków mieli niezwykłe widowisko - takie rzeczy nie zdarzają się na co dzień.
Jesteśmy po ślubie już 5 lat i nadal tak samo szczęśliwi jak w ten bajeczny i jakże szalony dzień! :)

#JUpcs

Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale od jakiegoś czasu mam wrażenie, że moja dziewczyna cieszy się z moich porażek.

Może zabrzmię jak jakiś snob, ale mam zdecydowanie trudniejsze studia od niej. Nie znaczy to, że jej studia są mniej ważne, po prostu przez 3 lata studiowania jej egzaminy opierały się na testach abcd, albo zadaniach typu uzupełnij lukę, i zazwyczaj testy były takie same, jak w poprzednich latach. Wiadomo, trzeba mieć wiedzę, ale jednak łatwiej jest zdać tego typu egzamin.
Ja studiuję na jednej z najlepszych uczelni technicznych, więc czasem jest dosyć ciężko, kiedy siedzę po 12 godzin nad projektami, czy drugi tydzień z rzędu zarywam nocki, ucząc się do sesji.

Potrafi być na mnie zła, bo nie mam dla niej czasu w trakcie sesji albo zaraz przed nią, bo "przecież jestem taki mądry, to powinienem bez problemu to zdać, a nie szukać wymówek". Wkurzyła się na mnie, kiedy przed świętami pojechałem raz na snowboard, bo właściwie miałem jedyną okazję na to ze względu na pogodę, obostrzenia i studia - była zła, że wolałem jechać zamiast spędzić czas z nią (nie, nie chciała jechać ze mną).

Jej znajomy ostatnio pisał egzamin na kamerkach, jest na tej samej uczelni co ja, miał nawet tego samego prowadzącego, tylko jest na innym kierunku. I został złapany za ściąganie, bo pisały mu ten egzamin dwie inne osoby. Kiedy się o tym dowiedziałem, to powiedziałem jej, że no jakoś nie jest mi przykro, bo wiedział z jakim ryzykiem się to wiąże (ma niezaliczony przedmiot bez możliwości poprawy i musi brać waruna) i gdyby mu się chciało uczyć, to by zdał (jest raczej typem imprezowicza, praktycznie codziennie widziałem, jak wrzucał zdjęcia z jakichś domówek na insta, a ten egzamin naprawdę nie był jakiś nie do przejścia).

Dziś dostałem wyniki mojego egzaminu, do którego uczyłem się dwa tygodnie. Napisałem go na 11.5, a od 12 było zaliczenie. Pierwsze słowa mojej dziewczyny? "Trudno, jakby ci się chciało uczyć, to byś zdał".

Pomijam już fakt, że nie jest w stanie zrozumieć, że nie mogę po prostu jak ona dzień przed egzaminem przejrzeć testów z poprzednich lat, bo pytania są otwarte, obliczeniowe + teoria i jeśli ktoś tylko zerknie kilka razy na testy, to nie ma nawet po co przychodzić. Owszem, raz na jakiś czas zdarzy się jakiś łatwy egzamin, jak na razie przez 3 lata miałem dwa egzaminy abcd z przedmiotów, które właściwie były kompletnie bezużyteczne, więc prowadzący poszli nam na rękę. Ale zazwyczaj muszę siedzieć i się uczyć przynajmniej miesiąc przed sesją. A ona jest zła, bo nie wychodzimy na imprezy i tym podobne.
W sumie nie ma tu żadnej puenty, po prostu chciałem się wyżalić.
Dodaj anonimowe wyznanie