Dorabiałam sobie na recepcji basenowej wypasionego hotelu i kompleksu mieszkalnego w dużym mieście. Nuda, ludzie po prostu przychodzili na basen, a ja dawałam im ręczniki. Jak wspomniałam, był to tez kompleks mieszkalny, „apartamenty” za sporą kasę, korzystać z basenu mogli mieszkańcy, jak i goście hotelu. Wielu właścicieli mieszkań je po prostu wynajmowało. Któreś mieszkanie zostało wynajęte romskiej rodzinie. Normalna rodzinka, dwójka dzieci, ubrani w markowe ciuchy, trochę złota na ciele, bardzo życzliwi. Codziennie korzystali z basenu, w końcu za to płacili.
Co ważne, jak zmieniali się mieszkańcy lub ktoś zakupił mieszkanie, to ja automatycznie dostawałam dane takich osób, żeby nie było problemu z wpuszczaniem.
I tak mijały dni, rodzinka pluska się na basenie (jednak widoku na basen nie miałam), nagle dostaję telefon na recepcję. Przytoczę mniej więcej sens słów, ale było to bardzo dziwne: „Kogo ty wpuściłaś, jak śmiałaś, wygoń ich”. I tyle. Nie miałam pojęcia kto to, zaraz się rozłączył. Po chwili z basenu wyszedł facet, kojarzyłam go, podobno on ten cały kompleks zaprojektował. Patrzył się na mnie dziwnie i nawet nie podziękował za rzeczy. No OK.
Za jakiś czas przyleciała jakaś babka, dyrektorka kompleksu czy coś. Zaczęła się na mnie wydzierać, że kogo ja wpuszczam, że goście uciekają przestraszeni. Wytłumaczyłam jej, że państwo mają wszystkie kody i karty, w tym na korzystanie ze strefy basenowej. Wynajmują mieszkanie i sama zostałam o tym powiadomiona, a ich dane były wprowadzone do bazy. Zapowietrzyła się i poszła.
Od ochroniarza dowiedziałam się, że sam pan prezes do mnie dzwonił. Zadzwonił do niego architekt z basenu i poskarżył się, że jakieś „brudasy tu pływają”.
Byłam wściekła. Planowałam na drugi dzień się zwolnić. Okazja jednak pojawiła się już wieczorem. Spadł duży deszcz i piękny hotel zaczął na moim pietrze przeciekać. Lało się okropnie, niedaleko basenu. Powiadomiłam panie sprzątające, żeby poratowały jakimiś wiadrami, bo nie daję rady z jednym i nie wiem już gdzie je podkładać. Otworzyła się winda i wysiadł mężczyzna. Nie musiałam go wcześniej widzieć, żeby wiedzieć, że to słynny pan prezes, takie rzeczy się wie. Najpierw spojrzał na mnie jak na gówno, a potem zaczął krzyczeć, że czemu tu leci woda (no ciekawe), mam się ruszyć i coś z tym zrobić, powinnam stać z wiadrem i z mopem i zapier*dalać. Jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął. Byłam w szoku i nie wytłumaczyłam mu, że od 2 godzin właśnie zapie*dalam, a powinnam być przy swoim stanowisku. Rzuciłam wiadrem w pi*du, wzięłam rzeczy, spisałam jeden numer telefonu i wyszłam. Powiadomiłam tylko ochroniarza.
Wiem, że była mała afera w związku z Romami i moim nagłym odejściem. Napisałam rodzince, że jak coś, to mogę zeznawać. Podziękowali, ale nie zgłaszali tego. A ja nawet dostałam całą wypłatę. Szok.
Dziś mój kot postanowił pójść na polowanie i uznał, że świetnym pomysłem będzie zademonstrowanie mi swojej zdobyczy akurat w momencie, kiedy pracowałem przy komputerze. Straty? Laptop zalany colą (niestety nie do odratowania) i głębokie rany na moich rękach, zadane mi przez rozjuszonego szczura, który wbrew pozorom wcale nie był martwy. Właśnie wróciłem od lekarza. Dostałem zastrzyki na tężec i wściekliznę. Kot absolutnie nie robi wrażenia skruszonego...
Koleżanka mojej dziewczyny straciła dziecko. Przeżyło tylko dwa dni.
Jesteśmy na pogrzebie, tak sobie przed całą "uroczystością" rozmawiamy i moja ukochana mówi:
- Nie bez powodu mówi się, że najmniejsze trumny niesie się najciężej.
A ja jak ten głupi, odpowiedziałem jej na to bardzo mądrze, a mianowicie:
- A co, te trumny robi się z jakiegoś kamienia? Może z marmuru, jak myślisz?
Dużo osób to słyszało. Równie dużego zbiorowego facepalma to ja nigdy nie widziałem.
Dziś mój tata oznajmił mi, że moja metoda ukrywania komputerowego folderu z pornosami jest beznadziejnie wręcz naiwna. Teraz nie wiem, co mnie bardziej przeraża - to, że ojciec wie o mojej kolekcji filmów z karłami czy to, że gdzieś w moim komputerze jest jeszcze lepiej ukryty folder z pornosami mojego taty...
Miesiąc temu skakałam na bungee. Być może widzieliście filmik, jak instruktor trolluje skaczącego, mi zrobili to samo.
Podczas odchylania się do skoku jeden ze śmieszków rzucił mi linę i krzyczał, że jestem nieprzypięta. Co tu dużo mówić, razem ze mną leciał deszcz, posikałam się w majty.
A więc historia moich rodziców: poznali się na wykopkach, po kilku miesiącach wpadka, więc trzeba się zaręczać. Ojciec pieniędzy wtedy dużo nie zarabiał, ale postanowił zagrać romantyka i kupić pierścionek pomimo zapewnień mamy, że ślub idzie i szkoda wydawać pieniądze.
Więc kiedy mój dumny rodziciel, który do miejsca zamieszania przyszłej żony ma około 150 km, wyszedł z pociągu, dopadł go niesamowity głód. W głowie włączył się kalkulator, ponieważ w kieszeni tylko 100 zł przeznaczone pierwotnie na pierścionek i BUM! Pomysł jest. Tata wchodzi do jubilera i mówi do ekspedientki: "Proszę o najpiękniejszy pierścionek jaki pani ma, tu mam 100 zł, proszę tylko liczyć się z tym, że za resztę chcę sobie kupić zapiekankę". Kobieta w śmiech i suma summarum nawet mu cenę zniżyła :) Mama zadowolona z pierścionka, a ojciec z zapiekanki.
Romantyzm level master.
Kilka razy byłam z moją siostrą w lumpeksie, moja siostra ma oko do takich spraw i bardzo często znajduje jakieś markowe ubrania, albo nawet z metką.
Pewnego razu postanowiłyśmy udać się do tego samego działu, żeby przeglądać koszulki. Rozmawiałyśmy obok siebie, przeglądając zawartość półek, do momentu, w którym na chwilę odwróciłam się w drugą stronę, bo zauważyłam jakąś ciekawą rzecz. Gdy wróciłam do poprzedniej pozycji, moja siostra wzięła do ręki jedną z koszulek, a ja wypaliłam do niej z tekstem "Nie bierz, i tak nie będzie ci pasować" (oczywiście dla żartu). Gdy tylko popatrzyłam do góry, zamiast mojej siostry zauważyłam jakąś dziewczynę, która patrzyła na mnie, jakby chciała mi coś zrobić...
Głupio mi było jak nie wiem, w końcu spaliłam buraka i po cichym "przepraszam" poszłam do wijącej się ze śmiechu siostry :)
Przypomniała mi się moja wycieczka szkolna w podstawówce, czwarta klasa, wszystkie dzieciaki uradowane wizją tygodniowego wypadu w góry, ja także.
Naszymi opiekunami mieli być pan dyrektor i dwie nauczycielki.
Trzeci dzień wycieczki. Ognisko. Większość z nas specjalnie nie jadła obiadu, by wieczorem móc się rozkoszować pyszną kiełbasą i ziemniakami przy akompaniamencie gitary. Po zakończonej uczcie wszyscy udali się do pokojów, by następnego dnia być w pełni sił na zwiedzanie Zakopanego. Tej nocy nie spałam zbyt dobrze, podobnie połowa innych osób. Rano niepokojące objawy ustąpiły, mi chyba jako jedynej, bo ok. 18 osób miało biegunkę i wymioty. Zostali w ośrodku z panem dyrektorem oczekując na lekarza, gdy ja wraz z resztą grupy pojechaliśmy spacerować po Krupówkach.
W trakcie drogi poczułam bulgotanie w brzuchu, zaczęło mi się robić słabo, w te pędy wygrzebałam z dna plecaka woreczki... no i stało się, mnie także dopadło zatrucie. W trakcie jazdy kilkanaście razy puściłam soczystego pawia.
Po dotarciu na miejsce ani razu nie otrzymałam pomocy ze strony opiekunów, jedyna osoba, która się mną zainteresowała i poszła do publicznej toalety, bym tam mogła kontynuować swoje męki, to pani przewodnik z biura podróży.
Jakoś dotrwałam do końca, wróciliśmy do ośrodka, zapadła decyzja: resztę wycieczki spędzę w izolatce. Cały dzień leżałam w samotności i oczekiwałam powrotu do domu, od dyrektora i pozostałych opiekunów dostałam zgodę tylko na wychodzenie do toalety, by opróżnić zawartość miski z wymiocinami stojącej obok łóżka. Odebrano mi telefon, bym przypadkiem "nie zadzwoniła do rodziców i ich niepokoiła, mają pewnie swoje obowiązki, a tobie zaraz przejdzie". Co jakiś czas przynoszono mi kilka sucharków i wodę. Gdy poprosiłam o lekarza, usłyszałam, że niestety, ale już był w ośrodku pod moją nieobecność i więcej nie przyjedzie, bo ma innych pacjentów. Stan mojego odwodnienia dyrektor sprawdzał lekkim uszczypnięciem skóry na dłoniach, po czym stwierdził, że wszystko jest w porządku.
Na ratunek przyszedł mój kolega, zakradł się do izolatki i użyczył swojego telefonu. Zadzwoniłam do mamy, na skraju wyczerpania opowiedziałam jej o całym zajściu. W ośrodku wraz z tatą była za 3 godziny, bez żadnych rozmów z dyrektorem czy nauczycielkami wzięła mnie do samochodu i od razu pojechałyśmy do szpitala. Okazało się, że mam podejrzenie zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych, silne odwodnienie, i wiele innych. W szpitalu spędziłam miesiąc, w tym czasie robiono mi liczne badania, by upewnić się, że mojemu życiu już nic nie zagraża.
Po całej sprawie mama wybrała się do szkoły, dyrektor wstawił się za nauczycielami, kuratorium nas zignorowało, bo nie było dowodów, tak że nikt żadnych konsekwencji nie poniósł.
A sanepid wykrył w kiełbaskach salmonellę.
Podczas wakacji 2019 roku z chłopakami postanowiliśmy przeżyć coś ciekawego i spać na łące w namiocie. Natura, męska przygoda, wyrwanie się spod kurateli rodziców - w sumie czemu nie.
Wszystko było fajnie, do czasu kiedy gdzieś o 02:00 rano zaczęła się ulewa i zerwał się wiatr. Było nas czterech, więc cały namiot raczej nie mógł odlecieć, jednak nikt się nie spodziewał, że namiot przerwie się w pół...
Cały dach odleciał, a my zaczęliśmy moknąć na środku łąki. Wbiegliśmy więc do pobliskiego lasu i staliśmy tam do 06:00 rano, kiedy ulewa się skończyła.
Tak mi zbrzydł pobyt na łonie natury, że przez następny tydzień nie wychodziłem z domu :)
Powiem krótko...
Za zajęcie pierwszego miejsca w konkursie ortograficznym dostałam słownik ortograficzny.
Dodaj anonimowe wyznanie