#iDcOU

Nigdy nikogo nie zabiłem. Osobiście wyznaję zasadę, że po umyślnym i celowym (!) zabójstwie, sprawcę powinna dopaść kara w imię zasady "oko za oko". Mimo to ostatnio nachodzą mnie dziwne myśli.

W pracy mam starą, dużą i ciężką szklaną popielniczkę (wraz z kilkunastoma petami waży ponad 2 kg). Tak się zastanawiam, czy jakby uderzyć ją kogoś w głowę, pękłaby mu czaszka?

Także w pracy do zdejmowania plomb w bańkach używa się (pewnie repliki) noża do kałacha. Ma mechanizm, który umożliwia jego założenie na prawdziwej broni, dzięki czemu można go używać jako bagnetu. Sam kałacha nie mam, więc nie wiem, czy to będzie pasowało. Niemniej jest to gabarytowo porządny kawał ostrza, z wgłębieniami po obydwu bokach. Podobno po to, aby miała którędy uciekać krew przy wyjmowaniu noża z ciała ofiary. Ale czy to naprawdę zdaje egzamin? Czy ostrze nie zaklinowałoby się po wbiciu między żebra?

Czy ja jestem normalny?

#N1yQZ

Swego czasu pracowałam charytatywnie z niepełnosprawnymi dziećmi. Dzieci były różne - od małej niesprawności fizycznej, przez zespół Downa, po porażenie mózgowe. Była też jedna dziewczynka z autyzmem.

Od początku, jak inne chore na to osoby, była bardzo wycofana. Nie rozmawiała z nikim, bała się, siedziała sama. Z czasem jednak za misję postawiłam sobie cel - dotrzeć do tej dziewczynki.

Tak mijały miesiące współpracy, a dziewczynka coraz bardziej otwierała się. Po jakimś czasie rozmawiała ze mną, przytulała się, rysowała dla mnie rysunki.
Pewnego dnia nadeszła chwila, kiedy z przyczyn rodzinnych musiałam zakończyć pracę.

Minęło kilka dni, kiedy dostałam paczkę i dołączony do niej list. List okazał się być podziękowaniem rodziców za to, ile włożyłam wysiłku we współpracę z ich córką. Rodzice dziękowali, że wieloletnia terapia nie dawała dziewczynce nic, dopiero mój kontakt z nią przyniósł niebywałą poprawę. Dziewczynka zaczęła otwierać się na świat, nawet zaczęła bawić się z rówieśnikami.W paczce był piękny wazon od rodziców i rysunek od dziewczynki. Była na nim jej rodzina i ja trzymająca ją za rękę. A na dole podpis - "Jesteś moją ukochaną siostrą"!

Tak mijały lata, a dokładniej 5. Cały czas odwiedzamy się z 13-letnią już Mają. Jestem zapraszana na każdą uroczystość rodzinną, traktujemy się jak rodzina. A do jej mamy mówię ciociu.
Pomaganie jest piękne!

#UjqWH

Jedną z najbardziej irytujących rzeczy w obecnych czasach jest pewna grupa matek, matek, które myślą, że jeśli przeżyły poród, to powinno się im słać róże pod stopy, że są takie wyjątkowe, silne i do tego automatycznie dostają tytuł przodującego eksperta w dziedzinie rodzicielstwa. A jak ja to widzę, będąc również matką? Że są tak powszechne, jak potrzeby fizjologiczne... Bo kobiety rodziły od zawsze i dalej będą, bo rozłożenie nóg nie jest wybitnie wymagające.  Nasze matki, babki, prababki czasem potrzebowały obu dłoni, żeby zliczyć potomstwo, a teraz jedna z drugą urodzą skromną jedynkę, a najchętniej już w pierwszej dobie życia chciałyby wydać poradnik o wychowaniu. Dodatkowo niektóre z matek uważają, że skoro są matkami, to należy się im więcej, ich potrzeby są na pierwszym miejscu, trzeba im nadskakiwać.

Dlatego właśnie coraz więcej osób pakuje nas matki niesłusznie do jednego worka i coraz częściej, czy jest powód czy go nie ma, jesteśmy obiektem kpin.

#cb3Yf

Kiedy byłam w 3 klasie gimnazjum, pojechałam na obóz. Dostałam od rodziny 300 złotych. Stówa na wszelki wypadek, 200 zł dla mnie.
Dwusetka w banknocie.

W pierwszy dzień pobytu moja grupa, z której znałam jedną osobę, poszła na basen. Wszystko na dworze, spory barek (taki pokaźny budynek) oraz leżaki. Dobrze się bawiłam z moją koleżanką, aż postanowiłyśmy pójść do baru. Muszę dodać, że było ciepło, ale wiał wiatr. Wyjęłam moją kasę z portfela, już mamy iść... Ale wiatr porwał moje 200 zł. Gdzie? Na dach. Cały hajs, kasa, dobro wyleciało sobie na dach baru. Jako młoda i głupia, postanowiłam wleźć na dach, koleżanka za mną. Okazało się, że banknot utknął między dachówkami prawie na skraju. Powoli podchodzę, łapię pieniądz i już czuję się jak zwycięzca...

Tak, zgadliście, ześlizgnęłam się. Zleciałam w dół, prosto na chłopaka spokojnie leżącego na dole. Usłyszałam długie "Uh..." (mało nie ważę) i "Oż, kur..." w tle. Miny jego znajomych i jego - bezcenne. Leżę tak chwilę rozwalona i w końcu wydusiłam bezmyślnie, podnosząc banknot:
- Kasę mi wywiało.
Po chwili z dachu spada moja koleżanka, ta do basenu. Podsumowanie chłopaków?
- Deszcz zaczął padać, ale jakiś taki nietypowy.

Chłopaka, na którego spadłam męczyłam niemal cały obóz: a to go kopnęłam podczas ćwiczeń, a to rozplaskałam mu lody na twarzy - w ogóle dziw, że żyje.

Żyje, ma się dobrze i jest ze mną 4 lata.
Miłość spadła mu z nieba.

#VPgXg

Miejsce akcji: AKADEMIK
Czas: JUWENALIA

Jak to zwykle bywa, w tym okresie wieczorem wypiłem piwko, no może z 5 piwek... albo 7, no ale kto by to liczył...
Po koncertach grzecznie poszedłem spać razem z moją dziewczyną w jej pokoju i tu rozpoczęła się i zakończyła najbardziej żenująca opowieść mojego życia. Ale po kolei.
W nocy, ledwo patrząc na oczy, wstałem do toalety na korytarzu, po czym szybko wróciłem do pokoju i zasnąłem.

Rano się budzę, Sahara w gębie, łeb boli niemiłosiernie i jeszcze ten zapach przepoconej męskiej bielizny w pokoju (?). Coś tu nie gra, przecież kładłem się spać z moją dziewczyną! Z trudem otwieram oczy, widzę, że łóżko stoi po innej stronie pokoju, całe pomieszczenie wypełniają porozrzucane męskie gacie i skarpety, a co najgorsze, w drugim łóżku leży wielki, przypakowany facet i się do mnie uśmiecha.
Zwykle myślę zwięźle, wiec pomyślałem: O K**** MAĆ!

Okazało się, że po nocnym sikaniu, zamiast we właściwe drzwi wszedłem o jedne za wcześnie, do pokoju, który był wynajmowany ochroniarzom imprezy. Szczęśliwie trafiłem na łóżko tego, który miał nocną zmianę.

Drugi "misiek" śmiał się do mnie tylko dlatego, że miał ze mnie bekę. Szybko go przeprosiłem i wróciłem do łóżka mojej śpiącej jeszcze królewny.
Nikt nie poza wami i panami z pokoju nigdy nie dowiedział się co mnie spotkało.

Ps. Tak, sprawdziłem, odbyt mnie nie piekł.

#oPZAB

Od trzech dni chodzę z zamkniętym okiem, przez co upodobniłem się nieco do znanego z kreskówek marynarza Popeye’a. A wszystko to przez mój pedantyzm.

Czasem tak mam, że napada mnie silna potrzeba posprzątania mojego małego mieszkanka. Tym razem padło na łazienkę. Wyczyściłem podłogę, umyłem wannę, starłem kurze na szafkach, wyrzuciłem puste opakowania po szamponach i mydłach w płynie. Podczas tej ostatniej czynności zauważyłem, że na butelce z płynem do płukania jamy ustnej znajduje się plama niewiadomego mi pochodzenia. Chwyciłem więc za gąbkę i zacząłem szorować. Trochę za mocno nacisnąłem na plastik, a butelka była otwarta i potężna dawka żrącej cieczy chlusnęła mi prosto w oko.

Uprzedzam pytania – byłem u lekarza. Stwierdził silne podrażnienie i przepisał mi kropelki, które mają mi przynieść ulgę. Jak na razie – nie przynoszą...

#g4mrT

Okej, moja historia będzie dotyczyła pewnej znajomości, ciekawi mnie wasza opinia na jej temat, zwłaszcza kobiet. Postaram się opisać to zwięźle i krótko na tyle ile będzie to możliwe.

Jakieś 2 lata temu zacząłem nową pracę w restauracji, w której pracowała też od dłuższego czasu pewna dziewczyna - nazwijmy ją Ania. Otóż Ania była świetną dziewczyną, która od razu mi się spodobała, można by rzec, że było to zauroczenie od pierwszego wejrzenia. I wydawało mi się, że z wzajemnością. W każdym razie w stosunku do mnie zachowywała się zupełnie inaczej niż do innych swoich znajomych z pracy, których przecież znała dłużej ode mnie. Nawet pewnego razu gdy miała wolne od pracy przyszła do niej tylko po to by jak sama powiedziała "przywitać się ze mną". Nie jestem osobą wstydliwą, od razu pomyślałem o umówieniu się z nią lecz były dwa "Ale". Po pierwsze wiem z doświadczenia, że praca i związek nie idą razem w parze, a po drugie dopiero wtedy zakończyłem związek, więc wolałem przez pewien czas zostać na stopie przyjacielskiej, a dopiero potem poczekać jak się to rozwinie.

Z czasem zauważyłem, że jej zainteresowanie mną trochę osłabło. Miałem wrażenie, że to za sprawą jej znajomych, którzy za mną nie przepadali, a na pewno nie wszyscy, lecz nie mogłem być tego pewien. W sumie pracowaliśmy razem przez 4 miesiące, po czym zrezygnowałem z pracy tam. Nasze drogi się rozeszły na stopie przyjacielskiej, ale bez dalszego kontaktu.

W czerwcu tamtego roku wpadłem na nią przypadkiem na ulicy, Po wymianie kilku zdań zaproponowałem jej spotkanie - odpowiedziała, że nie może ponieważ spotyka się już z kimś; przy czym wydawało mi się, że wyraz jej twarzy mówił "czemu nie zapytałeś mnie o to wcześniej, szkoda że jestem zajęta bo umówiłabym się z tobą". Ale to tylko moje domysły i mogło być zupełnie inaczej.

Potem widziałem ją jeszcze tylko raz, miesiąc później, powiedziała mi tylko "cześć" i poszła dalej nawet nie zatrzymując się by pogadać. Dałem sobie spokój z tym, być może to przez nadmiar czasu przez lockdown, ale ona nadal siedzi w mojej głowie i zastanawiam się co by było gdyby. Moje pytanie brzmi: czy powinienem do niej napisać? Zapytać po prostu co u niej? Czy to będzie za duże narzucanie się i zostanę odebrany jako desperat?

#pYtTZ

Kiedyś umówiłem się na randkę z bardzo ładną dziewczyną, która sama podeszła do mnie w pubie. Zaprosiłem ją do restauracji, a gdy przyszło mi zapłacić za posiłek, okazało się, że mój portfel zniknął. Najadłem się sporo wstydu, ale moja partnerka okazała się wyrozumiała i pokryła koszt naszej „randki”, słodko śmiejąc się, że równość między płciami polega też na tym, że czasem kobieta powinna zapłacić za jedzenie faceta, który się jej podoba. Miałem nadzieję, że uda się nam spotkać jeszcze raz. Niestety, nie odbierała moich telefonów, a jedyne co mi po niej zostało, to nasz selfik, który zrobiłem przed wyjściem z lokalu.
Portfela nie znalazłem. Już pół biedy z pieniędzmi – sporo czasu zajęło mi wyrabianie dowodu osobistego, prawa jazdy, kart do bankomatu itp.

Parę tygodni później podzieliłem się z kolegą moim smutkiem związanym z nieudanymi próbami skontaktowania się z tą piękną niewiastą. Przy okazji pokazałem mu nasze wspólne zdjęcie. „O, stary! Znam ją! Poszliśmy kiedyś na piwo. Przypał był straszny, bo mi tego dnia portfel ktoś ukradł i nie miałem jak zapłacić!” - krzyknął kolega.
I wtedy coś do mnie dotarło...

#aH02C

Jestem 38-letnią prawie bezdzietną kobietą.
Tak, prawie. Urodziłam dziecko i próbowałam je kochać.
NIGDY nie chciałam mieć dzieci. Już jako nastolatka mówiłam "nie chcę mieć dzieci". Ciągle słyszałam "odwidzi ci się", "zmieni ci się", "każda kobieta chce mieć dzieci". W wieku 24 lat poznałam swojego męża, w wieku 28 byliśmy po ślubie.
Mój mąż również nie chciał powiększać rodziny.
Oczywiście nadal były pytania o dzieci, nadal słyszeliśmy, że nam się zmieni, że zegar biologiczny tyka, że młodsza nie będę, że najwyższy czas.
Żyliśmy sobie idealnie, dbaliśmy o antykoncepcję, ja brałam tabletki już kilkanaście lat i stwierdziliśmy, że to już czas... na ubezpłodnienie.
Rozważaliśmy, które z nas ma się poddać zabiegowi, on wazektomii czy ja sterylizacji?

Gdy mąż mój był tuż przed zabiegiem, ja zaczęłam mieć mdłości, zawroty głowy, szybko się męczyłam, zrobiłam test - ciąża.
Tragedia dla NAS okropna. Jedyna opcja - aborcja.
Mąż wygadał się rodzicom, jego rodzice moim i miałam na głowie całą rodzinę - nie możesz usunąć, to zabójstwo, urodzisz, to pokochasz.

Całą ciążę oboje przechodziliśmy strasznie, nie czuliśmy nic do dziecka w brzuchu. Mąż nie chciał ze mną chodzić na wizyty do ginekologa, ja MARZYŁAM, żeby poronić. Nie było magii, gdy usłyszałam bicie serca, gdy mąż dowiedział się, że to córka to powiedział "aha". Potem we mnie zaczęła się nienawiść do dziecka. Zepsuło mi ciało, życie, musiałam odejść z pracy. Gdy urodziłam, cieszyłam się - nie z dziecka. Z tego, że koszmar ciąży się skończył.
Nie chciałam, żeby mi kładli dziecko na brzuchu, bo moja córka była obrzydliwa - czerwono żółta, oblepiona. Mąż był w poczekalni, gdy przywieźli nas na salę nawet nie spojrzał na dziecko, od razu przybiegł do mnie.

Wróciliśmy z Asią do domu. Nie kochaliśmy jej, a ja do tego miałam przeczucie, że zj****ałam. Powinnam kochać to maleństwo. Powinno być cudem. Zasługiwało na wszystko, co najlepsze. Nie karmiłam piersią, nie bawiłam się z dzieckiem, nie mówiłam do niego. Butelka, pielucha, kąpiel, spanie, butelka, pielucha, kąpiel, spanie. Mąż robił to samo. Próbowałam do niej mówić, a i tak w głowie była myśl "przecież ona nie rozumie ani słowa".

Denerwowała mnie tym, że nie siadała, a przecież dzieci koleżanek już siedziały! Nie chodziła, a córka Basi z mięsnego już chodziła!
Zapewnialiśmy jej wszystko z wyjątkiem miłości, zainteresowania, ciepła - a przecież tego potrzebowała najbardziej!

W końcu, gdy Asia miała 4 latka, oddaliśmy ją pod opiekę babci - mamie męża. Ona jest jej prawnym opiekunem. Nie utrzymujemy kontaktu.
Mam wyrzuty sumienia, że tak skrzywdziliśmy dziecko przez dopuszczenie do jego narodzin. Mam nadzieję, że czeka ją wszystko co najlepsze i że zapomni o tak beznadziejnej rodzinie.
Mówili "urodzisz, to pokochasz". Nie pokochałam.

#hE9su

Parę lat temu, gdy byłem jeszcze małym brzdącem chodzącym do bodajże drugiej klasy podstawówki, zbliżały się święta, więc pani wychowawczyni zadała nam zadanie - napisać list do Świętego Mikołaja dla siebie i swoich bliskich. No to zaczęło się standardowo: dla siebie chcę lego, lalkę, dla taty nowy samochód, dla mamy lokówkę itp. Napisałem podobnie, nie pomijając w tym mojego starszego brata, pasjonata elektroniki i informatyki, czytającego co miesiąc nowe wydanie gazety, która nazywała się Chip. Nie wiedziałem jak sìę to pisze, więc poszedłem na kompromis. A napisałem tak: "[...] A dla mojego brata wszystkie Cipy 2013".
Sprawa nie obeszła się bez dyrektora, ale na szczęście szybko się wszystko wyjaśniło.

PS Do dziś wspominam minę wychowawczyni.
Dodaj anonimowe wyznanie