#RR8vb
Matematykę miałam na 18, autobus, który miał mnie tam zawieźć o 17:45. Niestety nie zdążyłam na autobus spod mojego domu. Jakimś cudem dotarłam do miejsca oddalonego o ponad kilometr od przystanku, z którego miałam ten autobus 17:45. (A była 17:40 i na ten przystanek dojeżdża tylko jeden autobus, na który już się spóźniłam, a kolejny miał być jakieś 20-30 minut później). No to biegnę! Po 4 dniach choroby prędkość mojego biegu nie była największa. Jedyna myśl, która przychodziła mi do głowy, to podjechać taksówką. Tylko znajdź tu teraz taksówkę...
Biegnę przed siebie jak szalona, patrzę, a po mojej lewej stronie stacja benzynowa, na której zatrzymała się taksówka. Zapytałam się taksówkarza, czy może mnie podwieźć, a on że oczywiście. Styrana życiem, zziajana, wkurzona na siebie i cały świat próbuję mu wytłumaczyć gdzie chcę dojechać. Udało nam się ustalić, że nie zdąży mnie podrzucić na ten autobus, więc odwiezie mnie do samego celu. Myślę sobie: no trudno, stracę hajs, ale przynajmniej dotrę na czas. Jedziemy już główną trasą i nagle widzimy, że przed nami jedzie ów autobus, którym miałam jechać.
Taksówkarz pyta: co robimy? Na to ja: może mnie pan wyrzucić na ten autobus. Taksówkarz upewnił się, że zdążę tym autobusem na matematykę i powiedział, że wyprzedzi autobus i wysadzi mnie na następnym przystanku. Na przystanku zatrzymał się tuż przed autobusem, więc miałam dosłownie kilkanaście sekund na opuszczenie auta i wejście do autobusu. No tak, ale jeszcze trzeba zapłacić za taksówkę. Miałam zapłacić około 12 zł, a miałam całe 20. Dałam panu banknot, a on wydał mi szybko resztę, która niestety w drodze przekazywania z rąk do rąk wylądowała na podłodze samochodu. Powiedziałam: już tam trudno, dziękuję bardzo; wybiegłam z samochodu i szczęśliwa weszłam do autobusu i zajęłam miejsce na jego końcu. Trudno, straciłam trochę pieniędzy, ale nie spóźnię się półtorej godziny na matematykę.
Pan taksówkarz jechał cały czas przed autobusem. Po przejechaniu około trzech przystanków autobus nagle się zatrzymał (NIE NA PRZYSTANKU). Patrzę przez przednią szybę autobusu, a przed nami na awaryjnych stoi owa taksówka, którą wcześniej jechałam. I nagle do autobusu, przednimi drzwiami, wsiada pan taksówkarz i rozgląda się po autobusie szukając mnie.
Ja już wiedziałam o co chodzi, więc podeszłam do miłego taksówkarza, odebrałam od niego 8 zł reszty i bardzo podziękowałam. Po czym taksówkarz wysiadł z autobusu i wsiadł z powrotem do swojego samochodu. A to tylko 8 zł!
To brzmi tak absurdalnie, że aż mogę w to uwierzyć.
Chociaż nie, chyba nie. Nie znam nikogo kto ryzykowałby grubym mandatem aby oddać losowej lasce 8 złoty, na dodatek będąc zlotowiarzem
nie "zlotych" tylko "złotych" - jak kogoś poprawiasz to rób to dobrze. W sumie takie czepianie się do literówek zawsze mnie zastanawia. Właśnie pod tym względem straciłem "dziewictwo".
Wiem jak to się pisze, więc tym bardziej nie mam pojęcia dlaczego napisałem "złoty". Kajam się :(
Jesteście razem?
Wielu ostatnio tak bardzo pokochało słowa: "ów", "owa", że zanikają zwykłe "ten"' "ta". Ale jak to wyjątkowo brzmi! Tak inteligentnie! Podobnie jest z konsumowaniem, nikt już nie je. Albo wszyscy "posiadają", nikt nie "ma".
A owa historia o owym taksówkarzu taka śliczna!
A kierowca autobusu wstał i zaczął klaskać xD
Nie ma na świecie takich taryfiarzy 😳