Rodzina już dawno przypięła mi łatkę starej panny. Teraz bardziej czekają aż kupię sobie 3 koty niż na to, że znajdę sobie faceta.
Ostatnio w odwiedziny do mnie wpadła mama. Przed powrotem do domu wstąpiła jeszcze do łazienki. Gdy już się żegnałyśmy, powiedziała:
- Tego po tobie się nie spodziewałam. Zaskoczyły mnie te męskie bokserki na grzejniku. Może nareszcie nam kogoś przedstawisz.
Nie miałam serca jej powiedzieć, że ta "męska" bielizna jest moja. Po prostu podobały mi się gacie z motywem Gwiezdnych Wojen.
Mając mniej niż 10 lat, zrobiłem sobie z kolegami spływ na materacach rzeką w moim mieście. Nasi rodzice dowiedziawszy się o tym, zorganizowali akcję poszukiwawczą i szukali nas po lesie, biegając i jeżdżąc rowerami przy brzegach rzeki. Najlepsze, że my myśleliśmy, że ktoś nas goni i staraliśmy się płynąć jeszcze szybciej.
Gdy wróciliśmy pod blok, mój ojciec już stał w bramie i czekał na mnie. Nigdy tak szybko nie wbiegłem na 4 piętro jak wtedy... Lanie było, i choć wyprawy nie żałuję, to swoim dzieciom o takich zabawach nie opowiem ;)
Jestem studentem i jako że są wakacje, postanowiłem jak co roku pójść do pracy, żeby co nieco zarobić. Pracuję 8 - 10 godzin dziennie w magazynie, więc w ramach relaksu postanowiłem pojechać na weekend do babci. Wiadomo, sielanka, cisza, spokój i te sprawy. A babcia też zadowolona, bo przyjechałem samochodem, to będzie miał ją kto do kościoła w niedzielę zawieźć. Ale do rzeczy.
Przyjechałem w piątek wieczorem, pogadałem z babcią i zabrałem się za czytanie książki. Trochę za bardzo się wciągnąłem i poszedłem spać dosyć późno. Rano obudziła mnie babcia mówiąc, że zaraz msza, ona zaspała i trzeba szybko jechać. No to zerwałem się na równe nogi, ubrałem się i pędzę do samochodu. W trakcie drogi zerknąłem na zegarek. Kilka minut przed piątą. No ale nic, pewnie jakieś poranne nabożeństwo czy coś w ten deseń. Podjeżdżamy pod kościół, a tam ani żywej duszy. Babcia wyraźnie niezadowolona wyciąga telefon z włączonym stoperem i stwierdza: "No, wnusiu, prawie 20 minut. Musisz się bardziej starać".
Okazało się, że żadnej mszy nie było, a babcia chciała sprawdzić jak sobie radzę w sytuacji "kryzysowej", czyli w przypadku, gdy ona zaśpi na mszę.
Mieszkam w UK i niedawno miałam ciekawą sytuację w supermarkecie. Gdy ja wybierałam produkty w dziale mięsnym, obok stała sobie kobieta i zaraz obok niej jakiś facet z innym gościem. Kobitka bierze ostatnią paczkę parówek i wtedy facet odzywa się i mówi czystą polszczyzną:
- Kur*iszon zaje*ał ostatnią paczkę parówek...
W tym momencie kobieta zrobiła zamach ręką, rzuciła mu prosto w twarz tą paczką i powiedziała:
- Masz, nażryj się, ch*ju!
Padłam :)
Wracając ze szkoły, zawsze przechodziłam koło dużego domu z wielkim ogrodem, w którym przy budzie był uwiązany mały piesek, który często piszczał i wyglądał na wygłodzonego, więc codziennie rzucałam mu coś do jedzenia. Tego dnia zachowywał się bardzo dziwnie, leżał i prawie w ogóle się nie ruszał, nawet jak rzuciłam mu kawałek bułki, to nie zareagował. Bardzo mnie to zaniepokoiło, więc postanowiłam działać. Najpierw obczaiłam, czy ktoś jest w domu i czy mogę jakoś się tam dostać. Zadzwoniłam, ale chyba nikogo nie było, bo nikt nie otwierał. Wspięłam się więc po bramie i dostałam się za ogrodzenie, szybko odpięłam pieska, przełożyłam go przez bramę, po czym sama uciekłam. Wzięłam go na ręce i szybkim krokiem zaczęłam się oddalać. W domu poprosiłam mamę, żebym pojechała z nami do weterynarza. Okazało się, że pies był niedożywiony i bardzo słaby. Po podaniu odpowiednich lekarstw wróciliśmy do domu i tak oto Gucci, bo tak go nazwałam, został z nami.
Tak, ukradłam psa, ale uwierzcie mi, to naprawdę było silniejsze ode mnie. I wcale nie czuję, że zrobiłam coś złego.
Mam dość całej tej tęczowej propagandy...
Na widok kolejnej akcji zmieniania logo firmowego, parad itp. itd. już mam odruch wymiotny. Rozumiem i popieram prawo do poszanowania i życia bez szykanowania. Ale tak w wielu przypadkach chamska i wulgarna propaganda działa na mnie w sposób zupełnie odwrotny.
Powinniśmy być tolerancyjni nie tylko jeśli chodzi o osoby homo, ale też ogólnie. Ale bycie tolerancyjnym nie znaczy, że mam znosić bezczelne, agresywne i aroganckie zachowania, bo ktoś jest z mniejszości seksualnej, etnicznej czy religijnej.
Obecnie jesteśmy zmuszani do tego, aby być tolerancyjnym na 100%, bo inaczej jesteś homofobem, rasistą seksistą itd.
A ja po prostu o tych ludziach nie myślę, są mi całkowicie obojętni, co mnie obchodzi kto z kim co robi w łóżku, do jakiego Boga się modli czy jak wygląda. Ważne jest jak się zachowuje i jakim jest człowiekiem.
Jak ktoś jest dupkiem, to powinno się taką osobą tak samo traktować i koniec.
Dodam jeszcze tylko, że osoby, które tak głośno krzyczą o tolerancji, równości i poszanowaniu, same często nie szanują innych i dyskryminują innych za ich przekonania.
Rzecz, którą się publicznie nie chwalę.
W młodości zachciało mi się namiastki dorosłości i postanowiłem pójść zdawać prawo jazdy. Wykłady zaliczone, to samo z praktyką, która poszła całkiem nieźle, biorąc pod uwagę, że żyję. Przyszedł czas na egzaminy. Teoria pękła za drugim razem, więc bez tragedii, gorzej było z praktyką... Po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci... Próby numer cztery i pięć też się zdarzyły.
W tamtym momencie wuj mój uznał, że koniec z tym i, korzystając ze znajomości, postanowił załatwić sprawę w niezbyt ładny sposób, czyli zwyczajnie użyć mocy pieniądza, coby niemal jego własne dziecko już się męczyć nie musiało.
Wsiadłem zatem do samochodu, niewinny i nieświadomy niczego, a już na pewno nie faktu, że instruktor zachęcony pewną ilością gotówki jest gotów na rzęsach stanąć, byle mnie przepuścić, więc oczywistym jest wynik egzaminu... A był negatywny.
Nie ma to jak zapłacić za przepuszczenie delikwenta na egzaminie, po czym zdający delikwent niemal doprowadza egzaminatora do zawału, co nie, wuju? ;)
PS Udało się za siódmym razem, i to bez żadnych wspomagaczy, u instruktora nieznanego i nieopłaconego przez wuja, więc możecie czuć się bezpieczni na drogach z mojej strony :)
W gimnazjum miałam koleżankę, z którą spędzałam mnóstwo czasu. Nieraz zostawałam u niej na noc i uczestniczyłam w codziennym życiu jej rodziny, w tym na przykład w wizytach w kościele.
Ważnym elementem tej historii jest to, że miała ona o kilka lat młodszego brata, z którym miałam dosyć dobry kontakt (nie, nie weźmiemy ślubu, spokojnie :P). Nazwijmy go Michał.
Podczas jednego z takich wyjść do kościoła na Mszę Świętą, siedziałam właśnie koło niego. Nadszedł moment, kiedy kościelny zbiera pieniądze "na tacę". Michał dostał od swojego taty pięciozłotówkę, którą miał wrzucić do koszyka. Widziałam jak ją ogląda z każdej strony, bawi się nią, chowa do kieszeni i znów wyjmuje, zasadniczo po prostu dziwne rzeczy z nią robił, więc wzbudził moją ciekawość. Zaczęłam się mu przyglądać.
W momencie, w którym miał wrzucić pieniążek, szybko schował go do tylnej kieszeni spodni, a zamiast tego wyciągnął własną złotówkę i to ją oddał. Byłam trochę w szoku, ale temat poruszyłam dopiero jakiś czas później.
Michał powiedział mi, że robi tak już od kilku lat, rodzice nadal nic nie wiedzą, a on z tych pieniędzy już prawie uzbierał na rower.
Geniusz :D
Ostatnio idę sobie z kolegą chodnikiem i nagle poczułem, jak coś mokrego/lepkiego dotknęło mojej głowy, a przed oczami zrobiło mi się ciemno. Byłem w szoku. W pierwszej chwili myślałem, że ktoś chce mnie porwać. Przez kilka sekund skakałem, wierzgałem i próbowałem się wyrwać nieistniejącemu napastnikowi, krzycząc przy tym wniebogłosy. Dopiero po chwili (naprawdę byłem w szoku), wpadłem na pomysł pociągnięcia za to co mi spadło na głowę i byłem zdziwiony, że poszło tak łatwo (bez żadnego oporu).
Okazało się, że komuś spadł mokry ręcznik z balkonu, a gdy tylko go zdjąłem zorientowałem się, że wszyscy na mnie patrzą.
PS Kupel śmieje się ze mnie do dziś i sumiennie dopilnował, by nie było ani jednego mojego znajomego, który by o tej historii się od niego nie dowiedział.
Jeździłem wiele lat zawodowo, kilkanaście lat temu mało kto posiadał nawigację, więc jeździło się z mapą i bardzo pomocne było CB radio.
Miałem kiedyś dostawę do jakiejś firmy w Zawierciu, jako że miasta nie znałem, a wkopać się w jakąś złą uliczkę ciężarówką to nic przyjemnego, już od granicy miasta dopytywałem na radiu, jak trafić na adres. Odpowiedzi nie było wcale, aż w końcu zgłosił się jakiś kierowca, mówiąc, że jedzie w tym kierunku i mogę jechać za nim, to mnie podprowadzi.
Podjechał jakiś tam opel, to cisnę za nim, gadamy na radyjku, przeprowadził mnie przez całe miasto, jakiś zakaz do 3,5 tony i dialog na koniec:
- To, kolego, już ta ulica.
- Dzięki ci wielkie, powodzenia, szerokości i nie daj się złapać.
- Dzięki, szerokości, ale to ja jestem od łapania.
Wyświetlił napis "Policja" na tylnej szybie, mrugnął awaryjnymi i odjechał :)
Dodaj anonimowe wyznanie