Jestem gejem. W wieku 19 lat pomyślałem "raz kozie śmierć" i postanowiłem powiedzieć o tym rodzinie. Cóż... zbyt entuzjastycznie tego nie przyjęli. Krótko mówiąc - nasłuchałem się wyzwisk od ojca i zostałem wyrzucony z domu na zbity pysk. Z siostrą nie było tak tragicznie i nadal rozmawiamy przez telefon, ale nie częściej niż ze dwa razy w miesiącu. Z tego co mówiła rodzice nie chcieli ze mną kontaktu, choć ponoć od czasu do czasu matka pytała od niechcenia co u mnie.
Po moim "coming out" wyjechałem za granicę. Może początkowo idealnie nie było, ale znalazłem pracę i razem z koleżanką wynajmowałem pokój w niedużym mieszkanku. Jakiś czas później poznałem starszego o kilka lat chłopaka, w którym zakochałem się po uszy. Po kilku miesiącach okazało się, że pochodzi z bogatej rodziny i sam bardzo dobrze zarabia. Kiedy więc byliśmy pewni, że chcemy być ze sobą na poważnie, zamieszkałem razem z nim, a on mnie utrzymuje i płaci za moje wymarzone studia.
Siostra nie pytała, więc nie chwaliłem się tym gdzie mieszkam ani tym, że nie muszę pracować, bo i po co? Jednak pewnego dnia sama zaczęła temat, przy okazji rozmowy o mieszkaniu, które planuje wynająć ze swoim partnerem.
- A ty co, nadal wynajmujesz mały pokoik ze studentami? - zapytała, z lekką wyższością w tonie.
- Nie, już od prawie dwóch lat mieszkam w dość dużym domku jednorodzinnym.
Siostra zamilkła na chwilę, ale postanowiła kontynuować rozmowę.
- Wynajmujesz pokój w domku?
- Nie, mieszkam ze swoim chłopakiem.
- Ach... Dostał dom w jakimś spadku, czy coś w tym stylu?
- No... nie, po prostu go kupił - odparłem spokojnie, na co znów na chwilę w słuchawce nastała cisza.
Później wypytała jeszcze o kilka rzeczy i się pożegnaliśmy.
Kilka dni po tej rozmowie znów zadzwoniła, co mnie zdziwiło, gdyż jak wspominałem, nie kontaktowaliśmy się często. Okazało się, że siostra... chce mnie zaprosić na ślub, który jest za niecałe dwa tygodnie... Dwa tygodnie! A wcześniej nie raczyła powiedzieć mi nawet o oświadczynach... Co więcej, miała na tyle tupetu, by zapytać o mojego maila, aby "przysłać mi listę prezentów ślubnych". Zatkało mnie, więc odpowiedziałem tylko, że się zastanowię.
Żeby tego było mało, niewiele później dostałem telefon od swojej matki, która nie dawała znaku życia od ponad dwóch lat. Po dość niezręcznej rozmowie w końcu okazało się, że również nie dzwoni ona bez powodu. I zaczęło się...
"Bo wiesz, synku, my tu z ojcem biedę klepiemy ostatnio... Na ślub siostry trzeba było kredyt wziąć i drożeje wszystko..."
Zamurowało mnie jeszcze bardziej niż przy rozmowie z siostrą.
Nie spodziewałem się takiej dwulicowości po własnej rodzinie...
Wyszłam na spacer ze swoją 2-miesięczną córką. Niestety nie wzięłam ze sobą żadnej pieluchy, a 10 min drogi od domu mała zrobiła głośną i dużą "dwójkę". Zaczęłam więc szybko biec do domu, bo młoda w ryk, i nagle widzę jadący obok mnie patrol policji.
Wyglądałam dość podejrzanie, przyznaję - sprint godny olimpijczyka i obłęd w oczach, jak u pacjenta psychiatryka.
Panowie zatrzymali się koło mnie i kazali mi wyjąć dokumenty. Na co ja lekko poirytowana całą sytuacją mówię do jednego:
- Panie władzo, dziecko mi się zesrało! - i pobiegłam dalej.
Na szczęście panowie byli wyrozumiali.
Historia, którą opiszę zdarzyła się rok temu, w tamtym czasie nosiłem dość wysokiego irokeza. Nie była to manifestacja moich poglądów, nigdy nie utożsamiałem się z ideologią wyznawaną przez punków, po prostu podobała mi się ta fryzura, dodatkowo całkiem mi pasowała.
Tego dnia wracałem z kolejnej jazdy na motocyklu, zdawałem wtedy prawo jazdy kategorii A2, co za tym idzie miałem na sobie ciężką motocyklową kurtkę z ochraniaczami oraz motocyklowe rękawice. Tyle przydługiego wstępu, przejdźmy do sedna.
Szedłem chodnikiem, znalazła się za mną grupa, konkretniej trzy osoby skinów, narodowców, nie mam pojęcia. Mimo że było ledwie po południu, byli oni już dosyć mocno pijani. Zaczęły się przyśpiewki o komunistach, głośne rozmowy jak to by mi spuścili wpieprz w imię ojczyzny. Mijając mnie jeden z nich, najwidoczniej herszt grupy, splunął mi prosto w twarz. Zapytałem go, czy ma jakiś problem, po czym od razu dostałem z pięści w twarz, jako że nie jestem człowiekiem, który da się bić bez dania racji, odruchowo oddałem cios.
Twarda, wzmocniona rękawica, którą miałem na dłoni zadziałała jak kastet, agresor padł od razu na ziemię i zaczął broczyć krwią. Jeden z jego kumpli rzucił się na mnie, upadliśmy na ziemię, gdy udało mi się go zrzucić z siebie, trzeci z nich rzucił się na mnie z wyciągniętym nożem, ranił mnie dwa razy, prawdopodobnie gruba skóra kurtki i ochraniacze, którymi starałem się osłaniać ocaliły mi życie i skończyło się na płytkich ranach. Tutaj chciałbym podziękować ludziom, którzy odciągnęli tego człowieka.
Będąc pod wpływem adrenaliny uderzyłem go kilka razy, zanim i mnie odciągnięto, ktoś zadzwonił na policję, pojawiła się również karetka, w moim wypadku skończyło się na dwunastu szwach, jeden z napastników miał złamany nos i pęknięty oczodół, drugi wybite dwa zęby, wylądowaliśmy najpierw w szpitalu, później na komisariacie, zostały złożone zeznania, świadkowie zeznawali na moją korzyść, odbyły się sprawy w sądzie, wydawałoby się, że wszystko skończy się dobrze, jednak jeden z nich miał wujka, który był prokuratorem. Okazało się, że to ja prowokowałem ich swoim zachowaniem, ja ich obrażałem, a nóż, którym zostałem zraniony należał do mnie i odebrali mi go w walce i ranili mnie broniąc siebie. Sąd uwierzył w ich wersję.
Podsumowując: musiałem wypłacić kilkanaście tysięcy złotych odszkodowania, otrzymałem wyrok czterech lat zawieszenia oraz zyskałem opinię bandyty. To tak, gdyby ktoś jeszcze wierzył w sprawiedliwość.
Gdy miałem jakieś 16-17 lat, postanowiłem wziąć się w garść, zrzucić brzuszek i zacząć ćwiczyć. Piękne plany, zacząłem od diety i wiadomo, ćwiczeń. Moim postanowieniem było podciąganie się na drążku. Za każdym razem, kiedy spacerowałem z psem, mijałem pozostałości po huśtawce i na tym starałem się podciągać. Byłem nieugięty i nawet w zimę nie odpuszczałem.
Tak więc pewnego bardzo mroźnego wieczoru podskakuję, chwytam się drążka, robię dwa powtórzenia i... coś jest nie tak. Nagie ręce przymarzły mi do metalowej rury.
Wisiałem tam dobre 15 minut, nie wiedząc co zrobić i śmiejąc się pod nosem z własnej głupoty.
Dziękuję, sąsiedzie, że mnie uratowałeś i pomogłeś się uwolnić, ale dalej domagam się zniszczenia zdjęcia, które wtedy zrobiłeś :D
PS. Dalej jestem gruby.
Historia sprzed kilku dni.
Jedna z głównych dróg w moim mieście. Ma ona jednak jedno dziwne skrzyżowanie - wykonując lewoskręt mam pierwszeństwo przed jadącym autem z naprzeciwka. Oznaczenie tego pierwszeństwa - prawidłowe.
Jadę więc sobie w miarę pewnie (zasada ograniczonego zaufania włączona). Daję kierunkowskaz. Auto z naprzeciwka zwalnia, po czym gwałtownie przyspiesza. No i niestety - mamy stłuczkę. Wysiadam z auta. Z tego drugiego wysiada facet w wieku około 60 lat. Od razu wydziera się na mnie: "No tak, baba za kierownicą! Jak pani nie umie jeździć, to do garów!". I tym podobne hasła. Odpowiadam więc grzecznie, że baba to wielkanocna, albo z piasku. I że niestety - ale to jest jego wina. Że nie patrzy na znaki. Facet do mnie znowu z krzykiem, że albo mu płacę 1000 zł za szkody, albo wzywa policję i dostanę dużo większą karę. Cóż. Odpowiadam grzecznie, że w takim razie wzywamy policję. Wybieram numer - a facet mówi do mnie, że przecież możemy się jakoś dogadać. No już niestety nie.
Panowie przyjeżdżają bardzo szybko. Zeznajemy. Policjanci tłumaczą temu panu, że to jego wina. Ponieważ ja mam kamerkę - pokazuję nagranie. Policjanci proszą nas o dokumenty. I cóż się tutaj okazuje - facet nie posiada przeglądu auta. Mało tego - nie posiada ważnej polisy OC. Był bardzo tym zdziwiony. Dostaje mandat, punkty, auto zabiera laweta na policyjny parking. Do tego wniosek do sądu.
Gość chciał wyłudzić kasę, strasząc mnie policją. Cóż. Kto babą wojuje, ten od baby ginie :)
Jestem mamą 3-letniej córki. Ostatnio wróciła z przedszkola z ugryzieniem na ręce, zaczęłam więc dociekać w jakich okolicznościach do tego doszło. Dowiedziałam się, że był to Kacper B. Na moje pytanie, czemu córka nie poinformowała o tym opiekunki, odpowiedziała:
- Mamo, przecież nie jestem konfidentem.
Kiedy miałem około 10 lat, omal nie utonąłem w jeziorze. Wyłowiono mnie, reanimowano, uratowano. Pouczono, że nie należy pływać tak daleko, nurkować tak głęboko. W szkole nawet poświęcono godzinę wychowawczą (tak to się nazywało wtedy, nie wiem czy nadal funkcjonuje) na bezpieczeństwo w pływaniu czy przebywaniu w pobliżu wody.
Nikt nawet się mnie nie zapytał, czemu próbowałem się utopić. Może to i lepiej.
4 lata temu, grudzień, miałam 14 lat. Był już wieczór i na dworze robiło się coraz zimniej. Moja przyjaciółka, która wtedy u mnie była, bała się wracać sama do domu, więc poprosiła mnie, abym ją odprowadziła do przystanku, który jest spory kawałek od mojego domu. Że ja nie mam jakichś takich lęków, to się zgodziłam. Na miejscu jak zwykle musiałyśmy się jeszcze zatrzymać i pogadać, bo miałyśmy niekończącą się ilość tematów.
Jednak rozmowa nie potrwała długo. Usłyszałam straszny dźwięk. Brzmiał, jakby ktoś obdzierał małego kota ze skóry. Dochodził zza przystanku, za którym była rzeka. Pobiegłam tam ile miałam sił w nogach, zostawiając przyjaciółkę. Było ciemno i nic nie widziałam. Zaczęłam świecić telefonem. Zobaczyłam na kawałku suchego małego kotka. Miał jeszcze zamknięte oczy, był cały mokry. Prawdopodobnie ktoś go wyrzucił. Jedynym suchym miejscem była mała wysepka na środku rzeki.
Zdjęłam kurtkę i bez namysłu wskoczyłam do rzeki. Zanim przyjaciółka do mnie przyszła, ja już po niego płynęłam. Udało mi się, uratowałam go. Nawet po tym, jak go wyciągnęłam, dalej tak strasznie głośno płakał. Owinęłam go moją kurtką, szybko pożegnałam się z przyjaciółką i poszłam w stronę swojego domu. Było dość zimno, coś z -1/-2 stopnie, w połowie drogi czułam, jak zamarzają mi ubrania, szłam coraz wolniej, mimo wszystko udało mi się dotrzeć do domu. Z początku moja rodzina była strasznie zdezorientowana. Jednak wszyscy byli szczęśliwi. Mama przyniosła mu lekko podgrzane mleczko w butelce dla dziecka, siostra zrobiła mu spanie z koca i pudełka. Kotek miał coś około 2 tygodni. Mimo tego, że było mu ciepło i został nakarmiony, dalej płakał. Płakał całą noc. Rano mu przeszło. Przeżył.
Cała rodzina była ze mnie dumna, a ja byłam szczęśliwa, że w końcu mam kota. :D
Kiedyś byłem cholernie nieśmiałym gołowąsem, więc gdy wreszcie zebrałem się na odwagę i porozmawiałem z prześliczną dziewczyną, którą co tydzień widywałem w klubie, czułem się jakbym chwycił Boga za nogi. A gdy wymienialiśmy się numerami telefonów, motylki już tańczyły mi w brzuchu.
Trzy dni szykowałem się, aby do niej napisać. „Cześć Karolina! Dasz się wyciągnąć na obiad?” - to jedyne, co byłem w stanie nastukać, bo nieśmiałość odebrała mi kreatywność. Plop! - odpowiedź przyszła momentalnie: „Cześć, ziomeczku. Nie, nie jestem Karoliną, ale wiem co teraz czujesz, bo sam przechodziłem przez to niedawno. Ta laska bierze od ciebie numer i podaje go innym facetom, którzy do niej startują. Mnie zrobiła to samo”.
To było jakieś 7 lat temu, a przypomniałem sobie o tej sytuacji, bo przed momentem dostałem SMS-a o treści: „Hej, Karolina! Masz ochotę na spotkanie?”.
Z jednej strony zrobiło mi się trochę smutno, że dziewczyna nadal robi facetom takie przykrości, a z drugiej… miło mi wiedzieć, że od 7 lat ma w swoim telefonie zapisany mój numer!
Jako że zbliża się mój okres, miewam różne zachcianki. Wczoraj wieczorem miałam wielką ochotę na chipsy, a że było dosyć późno, wszystkie sklepy były już pozamykane. Miałam zły humor i postanowiłam zadzwonić do swojego chłopaka (niestety mieszka 50 km ode mnie). Zrezygnowana i lekko zasmucona opowiedziałam mu o sytuacji. Nagle usłyszałam, jak mówi obojętnym głosem, że nie ma za bardzo czasu na pogawędki i musi szybko załatwić jakąś sprawę. No cóż, po tym wyznaniu rozpłakałam się, że "nikt mnie nie kocha" (tiaaa, hormony).
Po pewnym czasie usłyszałam dzwonek do drzwi. Otwieram i stoję jak wryta, bo przede mną stoi Kuba i w rękach trzyma reklamówkę.
Tak. Mój ukochany pędził do mnie w nocy tylko po to, żeby przywieźć mi moje ulubione chipsy.
Chyba za niego wyjdę ;)
Dodaj anonimowe wyznanie