Jak miałam 9 lat, to umarł mój dziadek. Pamiętam wszystko z tamtego popołudnia, mimo że minęło już 17 lat.
To była środa, dostaliśmy w szkole zadanie domowe, aby z patyków i bawełnianej waty zrobić sztuczne bazie. Było dosyć ciepło jak na marzec, więc zadowolona wróciłam do domu. W domu zastałam tylko babcię, która zdenerwowana powiedziała mi, że dziadek pojechał do szpitala.
Tutaj muszę dodać, że byłam bardzo mocno związana emocjonalnie z moim dziadkiem, byłam jego ulubioną wnuczką, potrafiliśmy spędzać ze sobą czas godzinami. Dziadek miał raka prostaty i wiedział, że umrze, a mimo to w ostatnich miesiącach życia nauczył mnie grać w szachy. Pamiętam, że troszkę nieswojo czułam się widząc jego cewnik, ale starałam się czerpać z jego obecności ile mogłam. Dziadek był moim "ulubionym człowiekiem".
No ale wracając do tamtego popołudnia, gdzieś tam w środku wiedziałam, że dziadek tym razem nie wróci ze szpitala, więc zaczęłam robić zadanie domowe. Myślałam nawet, że zrobię więcej tych bazi, żeby wziąć je na pogrzeb.
Nagle zadzwonił telefon (stacjonarny), babcia odebrała, coś tam powiedziała i poszła do siebie. Poszłam za nią, ale zamknęła mi drzwi przed nosem. Podeszłam wtedy do lustra i pożegnałam się z dziadkiem. Wiedziałam, że był za mną, czułam to. Wróciłam do robienia zadania domowego.
Wrócił zapłakany tata ze szpitala i powiedział, że dziadek nie żyje, odparłam, że wiem. Mocno mnie przytulił, a wtedy ja zapytałam o to, gdzie dziadek teraz jest. Tata zaczął mówić coś tam o niebie, ale nie o to pytałam. Musiałam doprecyzować pytanie "czy dziadek jest teraz w kostnicy?".
Byłam spokojna, bo wiedziałam że jego już nie boli. Z drugiej strony moje serce rozpadało się na milion kawałków każdej chwili. Zadzwoniłam do koleżanki, poprosiłam, aby przekazała następnego dnia w szkole, że mnie nie będzie przez kilka dni, ponieważ mój dziadek zmarł. Jednak przed wypowiedzeniem tych słów zastanawiałam się jak to powiedzieć, żeby to odpowiednio zabrzmiało.
Dzień pogrzebu wspominam jednak najgorzej. Mama i jej matka kazały mi usiąść w trzeciej ławce, nie pozwoliły mi podejść do trumny i się pożegnać ostatni raz. Byłam wściekła. Pamiętam zwłoki dziadka widziane z daleka. Nie wyglądał już jak dziadek, tylko jak figura jakiegoś człowieka. Chciałam podejść bliżej i się upewnić, czy to on, ale nie pozwoliły mi.
Dalej za nim tęsknię.
Piszę o tym, ponieważ ostatnio moja matka zwróciła mi uwagę na to, że mój syn nie płakał po tym, jak umarła jej mama, za to przez rok przeżywał śmierć naszego kota i tak mnie naszło na przemyślenia dotyczące śmierci i żałoby. Że każdy przechodzi to po swojemu i szkoda, że czasem ktoś wywiera na nas presję nawet w odbiorze śmierci.
Pozdrawiam Was ciepło.
Sam nie wiem, czy to jest anonimowe wyznanie i co z tym zrobić? Mam mieszane uczucia i bałagan w głowie.
Moja siostra i mój szwagier to wzorowe małżeństwo. Dziesięć lat po ślubie, a oni zachowywali się jak zakochane nastolatki. Moja siostra nie mogła oderwać od swojego męża ani wzroku, ani rąk. Nieraz słyszeliśmy, jak kochali się całą noc, np. na wyjeździe pod namiot czy do dziadków na wieś. Jak szwagier wyjechał na tydzień do pracy, to już po dwóch dniach moja siostra nie mogła sobie znaleźć miejsca i chodziła w jego ubraniach, a czwartego wsiadła w samochód i do niego pojechała, żeby się pokochać.
Niestety siostra rok temu miała wylew i jest w stanie wegetatywnym. Mój szwagier zajmuje się nią wzorowo. Jest wypielęgnowana, czysta, pachnąca i wiem, że niczego jej nie brakuje. Kamil nie oszczędza nawet grosza na maściach, opatrunkach i lekach. Raz w tygodniu jest pielęgniarka i raz w miesiącu lekarz.
A teraz anonimowe. Mdli mnie na samą myśl o tym, ale z drugiej strony chyba ona tak żyła i tego by pragnęła. Dziś dowiedziałem się, że Kamil czasem się z nią kocha. Wiem, że krzywdy jej nie robi, wiem też, że gdybym to zgłosił, to zrobiłbym jej krzywdę, bo nikt się tak nią nie zaopiekuje, a z drugiej strony to chyba chore, co on robi. Jestem załamany.
Od dawna podobał mi się pewien chłopak, pracował w kawiarni. Nie wiedziałam, jak flirtować. Więc zaczęłam oglądać filmiki na YT. Znalazłam po długim poszukiwaniu tekst "Cieszę się, że trafiłam na ciebie, dzięki temu wiem, że moja kawa będzie dobra". Nie wiem, czy brzmiał tak dokładnie, ale ucieszona poszłam po kolejną kawę wypowiedziałam te słowa, na co on:
- Cieszę się, że oglądasz ten sam kanał co moja dziewczyna.
Miałam wrażenie, że wszyscy się gapią, ale zamówiłam kawę i wyszłam udając, że nic się nie stało.
Pracowałam kiedyś w Anglii w domu opieki dla ludzi starszych. Miałam pod swoją jurysdykcją nocną zmianę.
Dom jak z klasycznego horroru. Naprawdę piękny. Kamienna posadzka w jadalni, witraże w oknach, drzwi z klamką na wysokości twarzy, rzeźbione, piękne schody, dywany zasłony, kapy na łóżkach. Był własnością człowieka, który wynalazł magiczny napój, potem szkołą dla chłopców z internatem, szpitalem i w końcu moim miejscem pracy. W dzień naprawdę imponujące miejsce. W nocy...
Co 2 godziny trzeba było sprawdzać pacjentów. Czy śpią, żyją, są bezpieczni, mają sucho. Tuż po takim obchodzie jemy sobie kanapki w salonie, nagle słychać, że na górze ktoś tupta. Myślimy: "eh, pewnie znowu Phil się rozebrał i spaceruje". No nic, trzeba tam iść, zanim wejdzie do łóżka jakiejś śpiącej kobiecinie. Idziemy. Phil śpi. Wszyscy inni też. Takie rzeczy, jak i przejmujące lodowate powiewy, były na porządku nocnym.
Dzwonek. Idziemy do pacjentki. Prosi, żebyśmy wzięli z jej pokoju tego chłopca. Opisuje jego ubiór, wzrost, czapkę, włosy i zachowanie. Próbujemy ją uspokoić, w końcu starszym, chorym ludziom zdarzają się przywidzenia. Wciąż jesteśmy w pokoju, gdy znów odzywa się dzwonek, tym razem z drugiego końca domu. Kładziemy pacjentkę do łóżka i drepczemy zmęczone do kolejnej pani, która prosi, żeby zabrać z pokoju dokładnie tak samo opisanego chłopca. Do końca nocy zmęczenie całkowicie nam przeszło.
Było też wiele sytuacji całkiem normalnych, które na pierwszy rzut oka wydawały się paranormalne, ale to materiał na inną historię, jeśli macie ochotę ją usłyszeć.
Jestem świeżo upieczonym absolwentem liceum. Mam ukończone 19 lat i niedługo wybieram się na studia. Według niektórych będę zwykłym smarkaczem nieznającym jeszcze prawdziwego smaku życia. Otóż nie. Przede wszystkim doświadczyłem straty najbliższych mi członków rodziny. Zaczynając od brata, po dziadków, wujków, a nawet prababcie. Widziałem też dosyć sporo. Widziałem rzeczy, które poniekąd do pewnego momentu mogłem zobaczyć tylko na filmach, szczególnie w horrorach. Wiadomo jak to jest, póki nie spotkamy się twarzą w twarz ze śmiercią, to raczej o niej nie myślimy. Żyjemy pełnią życia, aż tu nagle bęc. Sam miałem okazję poznać śmierć całkiem blisko, ale o tym za chwilę.
Nie jestem osobą o silnej wierze. Powiedziałbym wręcz, że takowej w ogóle nie mam. Nigdy szczególnie nie chciałem ufać opowieściom o duchach, choć czasem bywały dziwne momenty, które powodowały u mnie przerażenie. Np. wtedy kiedy odszedł wujek, mojego taty ojciec chrzestny. Podczas popołudniowej drzemki moich rodziców ja oglądałem telewizję, kiedy nagle patrzę jak tata (ŚPIĄC) zaczyna jakby z kimś się przytulać. Oczywiście wyglądało to dość komicznie. Do momentu kiedy zadzwonił telefon z wieścią, że wujek miał wylew i zmarł. Bądź też sytuacja, w której moja mama znalazła martwe motyle w swojej szafie, a mój brat kochał ją zawsze tym straszyć. Takich sytuacji było więcej, choćby fakt, że żadna zapalniczka w naszym domu nie działała, a już po wyjściu na ogródek było normalnie (mój brat był przeciwnikiem papierosów).
Oczywiście wszystko da się wytłumaczyć racjonalnie i tak staram się myśleć, ale co jeśli to rzeczywiście jest rzecz niepojęta dla nas, dla żywych?
Kilka miesięcy temu dość szczęśliwie przeżyłem wypadek samochodowy. Pijany kierowca wjechał na przeciwny pas ruchu i zmusił mnie do manewru, przez który wylądowałem na drzewie. Byłem w śpiączce ponad tydzień, kompletnie nieświadomy tego, jak źle jest ze mną. Nie widziałem żadnego światełka w tunelu ani nic z tych rzeczy, o których często piszą. Jedyne co, to w tamtym momencie w kilka sekund albo może i więcej miałem przed oczyma momenty z mojego życia, ale raczej te radosne. Widziałem twarze bliskich mi osób (tych nieżyjących) i coś jakbym się z nimi witał. W tym czasie prawdopodobnie mnie reanimowali, a kilka minut później zapadła cisza i ciemność. Ostatnie co pamiętam, to słowa ratownika "żyj, chłopie, żyj", których w praktyce nie miałem prawa słyszeć.
Po wybudzeniu może nie od razu, ale jeszcze tego samego dnia pogratulowałem mojej kuzynce zdobycia medalu w zawodach ogólnokrajowych w judo, choć nie miałem prawa tego wiedzieć, bo cała sytuacja miała miejsce podczas mojej śpiączki, a nikt o tym nie wspomniał słowem.
Sam nie wiem, jak odczytywać te wydarzenia. Uważam, że wszystko da się wyjaśnić, choć czasem to dosyć trudne. A może rzeczywiście istnieje coś, co jest potężniejsze od naszej wyobraźni? Coś, o czym nawet nie mamy czasu pomyśleć podczas życiowej wędrówki?
Mój ojciec był muzykiem. Był uzdolniony, ale nie w na tyle szczególny sposób, by zrobić jakąś karierę. Został nauczycielem muzyki, grał czasem w knajpach i na weselach. Dawał też lekcje gry na różnych instrumentach (był multiinstrumentalistą). Pewnego razu wracając z grania w knajpie mieli wypadek samochodowy. Pech chciał, że stracił w nim lewe oko. Jako że były to zamierzchłe czasy, nie dało się łatwo załatwić żadnej protezy. Wreszcie, przez jakiegoś znajomego, udało się z Białorusi przywieźć jakieś plastikowe ruskie oko, ręcznie malowane, w zamian za jakieś talony. Było straszne, troszkę za małe (rozmiary były uniwersalne) i z rodzeństwem bardzo się go baliśmy. Z tym okiem wiążą się jednak ciekawe wspomnienia. Jak np. to, gdy na weselu oko mu wypadło podczas grania na saksofonie na parkiet i ojciec krzycząc wbiegł między gości, żeby mu go nie podeptali.
Pewnego dnia byliśmy na spacerze. Ojciec kichnął, a że trzymałam go za rękę, nie zdążył przytrzymać oka. Cenne oczko wyskoczyło i potoczyło się po drodze, trafiając prosto do studzienki. Ojciec był załamany. Na szczęście okazało się, że studzienka jest przytkana jakimiś gałęziami i śmieciami z drogi, i oko na nich utkwiło. Ojciec kazał mi czatować przy studzience i pobiegł do domu po brechę. Podważył kratkę, ale nie mógł sięgnąć do oczka. Chwycił mnie zatem za kostki, podniósł do góry i włożył głową w dół do studzienki. Udało mi się oko złapać. Dziwne czynności zwróciły uwagę milicjanta, który natychmiast do nas podbiegł i zapytał, co mój ojciec najlepszego robi.
O mało się nie posikał ze śmiechu, gdy usłyszał tłumaczenie :)
Noszę gorset ortopedyczny. Czuję się trochę jak Iron Man, ale pomińmy to.
Wieczorem spacerując po mieście na horyzoncie ujrzałem moją koleżankę z klasy. Nie była sama. Jakiś typowy Sebek szarpał ją za rękę. Ogólnie sytuacja nie była za ciekawa. W tym momencie zaświeciła mi się żółta lampka, że pasowałoby pomóc, bo później zobaczylibyście tu wyznanie o gwałcie.
Podbiegam niczym superbohater. Sebek powiedział, żebym (cytuję) "się nie wpierd*lał, bo to jego suka, nie moja". Po tych słowach Sebuś sprzedał mi soczystego "gonga" w brzuch. Sekund później na ulicy rozległ się jęk i przekleństwa.
Tak jak myślicie. Dzięki temu, że jestem "Iron Manem", Sebek złamał sobie trzy palce, uderzając mnie w brzuch :)
Byłam w 1 albo 2 klasie gimnazjum. Recytowaliśmy wiersz (monolog Hamleta chyba). Pani oczywiście najpierw pyta tych chętnych, ale że nikt się nie zgłasza, więc mówi "może jakiś chłopiec teraz". Chłopaki od razu wzrok w blat ławki, tak że chciałam im troszkę pomóc i się zgłosiłam. Wtedy jeden z nich zaczął się śmiać, że miał być chłopak, że może to jakieś wyznanie z mojej strony itd. Nagle ni z tego, ni z owego zaczął się wyśmiewać z mojego brata. Po prostu nie wiedziałam co powiedzieć. W klasie cisza, każdy czeka na moją reakcję, a ja po prostu nie wiedziałam co powiedzieć, więc powiedziałam tylko "Ale z ciebie głupi ch*j jest". Cisza, cała klasa wzrok na mnie. Nagle on wstaje i zaczyna rozmowę z nauczycielką, która brzmiała mniej więcej tak:
- Słyszała pani?
- Tak.
- I nie postawi jej pani uwagi?
- Nie.
- Czemu?
- Bo miała rację.
Moja wdzięczność - nie do opisania. Od tamtej pory jest moją ulubioną nauczycielką. Pozdrowienia dla pani Basi.
Kilka miesięcy temu podjęłam decyzję, że zmieniam pracę. W nowej będę miała lepsze warunki do tego, aby łączyć obowiązki rodzinne z zawodowymi. Poza tym lepsze warunki zatrudnienia i wypłata.
Umówiłam się ze starym pracodawcą, że nie odejdę od razu, żebym mogła pozamykać różne sprawy, a nowy obiecał zaczekać te kilka tygodni.
Tymczasem mój mąż postanowił z dnia na dzień złożyć wypowiedzenie z pracy (którą podjął pół roku temu), bo jest nią zmęczony.
W efekcie oboje zmieniamy pracę w tym samym momencie.
On nie rozumie, dlaczego się wściekam. I nie dociera do niego, że:
1. Dwa tygodnie czekania na nową pracę sprawi, że w następnym miesiącu będziemy mieć o 1/4 przychodu do budżetu mniej.
2. Skoro nasze dziecko się rozchorowało, to on, jako osoba bez zatrudnienia jest zobowiązany z nim zostać, bo ja nie dostanę opieki na nie. W jego mniemaniu powinnam to jakoś załatwić, bo on w każdej chwili może zostać wezwany do nowej pracy.
3. Do nowej pracy będzie chodził głównie popołudniami i w weekendy. Więc cała opieka nad dziećmi i obowiązki domowe spadną na mnie.
4. Na rozmowie o pracę powinny być ustalone takie "szczegóły" jak wynagrodzenie. I że nie powinien podejmować zobowiązań zawodowych, jeśli nie otrzymał umowy.
5. Że zachował się w moim mniemaniu egoistycznie, bo nie pomyślał o mnie (zmiana zatrudnienia) i o dzieciach (zapewnienie opieki wakacyjnej), gdy postanowił zrobić to w tym samym momencie, w którym kończy mi się okres wypowiedzenia.
Nigdy nie grzeszył umiejętnością przewidywania skutków swoich działań, ale tym razem przegiął pałę.
Jak stanę na nogi w nowej pracy, postanowiłam, że go zostawię. Jest po prostu egoistą.
Byłem na dyskotece. Bawię się ze znajomymi, obok mnie skacze jak szalony typowy Seba w dresach, cały spocony. Nagle wyskakuje z pytaniem:
- Stary, masz jakiś gips? (chodziło mu o substancje ekhm... niedozwolone)
Ja odpowiadam, że mam, ale w aucie i jak chce, to możemy iść.
Tak się złożyło, że miałem w aucie 2 worki gipsu szpachlowego i jeden worek kleju gipsowego, bo pracuję na budowie i musiałem je zabrać do domu, a zapomniałem je wyciągnąć i jeździły ze mną w aucie w bagażniku.
Idziemy do auta. Seba ucieszony jak małe dziecko, mówi jaki ja spoko ziomek i w ogóle, że się napijemy później itd. Pyta mnie w pewnym momencie, ile za to będę chciał. Odpowiadam, że 30 zł za worek, on ucieszony, że tak tanio!
Otwieram bagażnik, pytam, który ma być. Seba stoi, patrzy, nic nie mówi, jakby jego życie legło w gruzach, a po chwili "K*wa, może bym to wziął i matce kuchnię tym opier**ił, bo jej do garów z sufitu leci" :D
Dodaj anonimowe wyznanie