#sKdlu

Moi dziadkowie przez całe życie mieszkali w małej wsi w dość biednym regionie Polski. W ich domu nigdy nie było łazienki i toalety. Myli się w dużej misce, na którą mówiło się miednica, a potrzeby fizjologiczne załatwiali w drewnianym wychodku. Piętnaście lat temu ich dzieci, czyli moja mama i jej rodzeństwo, postanowiły zrobić im łazienkę w domu. Dziadkowie protestowali, ale udało się ich przekonać, że mają już swoje lata i taka wygoda bardzo ułatwi im życie. Jednak dziadek jakoś nie mógł się przyzwyczaić do korzystania z toalety i notorycznie zdarzało mu się nie spuszczać wody po załatwieniu potrzeby nr 2. Wiem, że to obrzydliwe, ale dziadek był już dobrze po siedemdziesiątce, więc myślę, że wiek trochę go usprawiedliwia.

Pewnego dnia, kiedy babcia jak zwykle złorzecząc spłukiwała kupę dziadka, dostrzegła w niej krew. Babcia zawsze była przewrażliwiona na punkcie zdrowia, więc zadzwoniła do cioci, która jest pielęgniarką. Ciocia jakoś załatwiła skierowanie i dziadek został zmuszony do poddania się badaniom w szpitalu. Na szczęście okazało się, że przyczyną nie był rak, czego się najbardziej obawialiśmy, lecz wrzody.

Od tego czasu dziadek bardzo pilnował, żeby zawsze zostawić po sobie czystą toaletę, bo jak mówił "Jeszcze babka znowu coś wynajdzie".

#1zqyQ

Wychowywałam się w mocno patologicznej rodzinie. Alkohol był u nas częściej na stole niż obiad. Od nastu lat dorabiałam w wakacje, żeby mieć na jakiś ciuszek czy książki. Na wycieczki nie jeździłam, bo nie miałam "hajsu". Od mniej więcej siedemnastu lat zaczęła się moja pierwsza stała praca - na razie w weekendy.

Nigdy nie chodziłam na imprezy, do klubów ze znajomymi czy na inne wypady - raz nie miałam czasu, dwa za pieniądze które bym "zmarnowała", mogłam kupić żarełko dla mojego kota, który w gruncie rzeczy był moim jedynym prawdziwym kumplem.

Dzieciaki śmiały się ze mnie, w małej, zakiziałej wiosce, z której pochodziłam, wszyscy znali moich "rodziców". Nie było łatwo...

Mimo to poszłam na studia - w międzyczasie zdechł mój ukochany kociak (po 14 latach naszej przyjaźni). Właśnie wtedy, przez pozornie błahą sprawę, całkowicie się rozkleiłam. To był jeden z najgorszych dni w moim życiu. Pogrążona w depresji poszłam wieczorem do parku. Usiadłam na ławce i długo płakałam. Rozbolała mnie głowa, oczy zapuchły i kiedy próbowałam wrócić do domu (godzina była późna, więc dodam, że panowały iście egipskie ciemności), potknęłam się o jakąś gałąź i łup!
Ocknęłam się w szpitalu, z opatrunkiem na głowie. Znalazła mnie jakaś studentka wracająca z imprezy i wezwała pomoc (dziękuję!).

Po zakończonej obserwacji, wychodząc ze szpitala, wpadłam na jakiegoś chłopaka. Ten "kolo" rozpoznał we mnie licealną koleżankę. Gdyby mnie wtedy nie poznał - nigdy w życiu nie skojarzyłabym go z moim starym znajomym. Nie miał włosów, był chudy, ale na bladej twarzy rysował się uśmiech.

Poszliśmy na kawę, potem spotkaliśmy się kilka razy. Od słowa do słowa zwierzyłam mu się ze swoich bolączek, on wyznał mi swoje. Był po kolejnej chemioterapii - diagnoza: nowotwór.

Mimo ciężkiego stanu zawsze był pogodny, uśmiechał się, dużo żartował. Takie moje totalne przeciwieństwo. I mimo mojego wiecznego pesymizmu, potrafił mnie rozweselić. Zakochaliśmy się w sobie, ale on nie chciał się wiązać - mówił, że pozwalając sobie na miłość, zrani mnie. Bo to ja zostanę, kiedy on przegra walkę.
W życiu jednak bywa tak, że ludzie po prostu za bardzo siebie potrzebują, żeby pozostać osobno.

Chodziliśmy ze sobą dwa lata, potem mi się oświadczył, wzięliśmy ślub. Mimo trudności walczył dzielnie z rakiem jeszcze prawie rok. W kilka tygodni przed tym, jak trafił do szpitala (na święta, pod choinkę) dostał zdjęcie USG naszego dziecka. Umarł trzy miesiące przed narodzinami Dominiczki (po TATUSIU), wyznając mi, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Mała nigdy nie zobaczy taty, ale obiecałam być silna dla niej. Kiedy się uśmiecha, widzę w niej miłość swojego życia.

#aB71s

Na początku warto wspomnieć, że jestem wielkim fanem szeroko pojętego rocka.
Sytuacja zdarzyła się w 2013 roku, byłem wtedy w 2 klasie liceum.

W okolicach stycznia nasza szkolna psycholog zachorowała (chyba sobie coś złamała, ale pewien nie jestem), więc szkoła załatwiła kogoś na zastępstwo. Na godzinach wychowawczych nasza kochana wychowawczyni praktycznie zawsze robiła nam dodatkową historię, a chociaż ta lekcja była z nią niezwykle ciekawa, to mimo wszystko... Cóż, przy 6-7 historiach w tygodniu można już nie wyrobić (profil humanistyczny). Namówiliśmy ją więc, żeby zaprosiła nasz nowy szkolny "nabytek".
Okazał się miłym facetem o aparycji nerda i głosie idealnym do opowiadania bajek na dobranoc. Niewysoki, brodaty typek, którego po prostu nie dało się nie lubić.

Postanowił poopowiadać nam o psychologii imion, a zaczął od spytania nas, jak nazwalibyśmy swoje dzieci. Kiedy doszło do mnie, wypaliłem:
- Jim i Janis. - Na co on uniósł brwi i spytał dlaczego. - Bo Jim Morrison z The Doors i Janis Joplin.

Szybko dowiedziałem się, że on także jest wielkim sympatykiem tak uwielbianych przeze mnie brzmień. Pogadaliśmy chwilę po lekcji, można śmiało powiedzieć, że się zakumplowaliśmy.
Na tyle, że w sierpniu zgadaliśmy się i zabraliśmy razem na Wacken Open Air... A z nami jego dzieci, syn i córka, będący moimi rówieśnikami... I profesor od fizyki, który był naszym szkolnym odpowiednikiem Snape'a - mroczny, ponury, nigdy się nie uśmiechający, wszyscy się go bali (a który, jak się okazało, był świetnym kompanem z całkiem niezłym poczuciem humoru).
Zabawa była genialna, a cały wyjazd pokazał mi, jak wspólne zainteresowania i pasje potrafią łączyć ludzi.

#ZLoFp

Kiedyś spotykałem się z bardzo ładną dziewczyną. Nawet wprowadziła się do mojego mieszkania. Po paru miesiącach stwierdziła, że „musimy porozmawiać”. Pewnie już wiecie, że taki tekst nie zwiastuje niczego dobrego? No i tak też było w tym przypadku.

Dziewczę powiedziało mi, że bardzo mnie lubi, że świetnie jej się ze mną żyje i że nie chce przerywać tej znajomości, ale niestety nie kocha mnie, więc proponuje „emocjonalną separację”. Miałaby ona polegać na tym, że niewiasta mieszkałaby w mojej chacie, jadła posiłki, które dla nas zawsze gotowałem i korzystała (oczywiście za darmo) ze wszystkich dobrodziejstw mojego przestronnego M-3, a na noc przyprowadzałaby swojego nowego faceta…

Zgadnijcie kto, dziesięć minut później, został wyrzucony z mojego gniazdka na kopach.

#KZubc

To było kilka lat temu... Niestety miałam wtedy dość spory problem z narkotykami i takimi ludźmi się otaczałam.. Jak to przy piątku czy sobocie - impreza. Spotkaliśmy się u kumpla w mieszkaniu. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, była tam dziewczyna, którą kojarzyłam w widzenia, normalna i z tych "porządnych" - nigdy nie brała, nie piła, nawet nie paliła. W sumie to nadal nie wiem skąd się tam wzięła, ale mniejsza z tym. Chodzi o jej młodszą siostrę, którą pierwszy raz przyprowadziła na tego typu imprezę, byłam bardzo niezadowolona, bo dziewczyna była niepełnoletnia, w dodatku towarzystwo było jakie było...

Impreza była bardzo udana, każdy się świetnie bawił. Młoda źle się poczuła i poszła do innego pokoju aby odpocząć, weszłam do niej pytając, czy na pewno wszystko gra - odpowiedziała, że tak, że odpocznie chwilę i zaraz do nas wróci. Niestety nie wróciła już nigdy. Rano znalazła ją siostra, była martwa. Nigdy w życiu nie doznałam takiego szoku, byłam ostatnia, która widziała ją żywą, mogłam się uprzeć, zostać z nią? Nie zrobiłam nic... Dziewczyna była chora na serce, jeden z dowcipnisiów dosypał jej amfy do picia i serce nie wytrzymało...
Magda - bo tak nazywała się jej starsza siostra, po całym zajściu trafiła do szpitala psychiatrycznego, obwiniając się o śmierć siostry, że to ona ją przyprowadziła. Żaden z chłopaków nie miał odwagi się przyznać, sprawa ciągnęła się bardzo długo.

Nie piszę tego, żeby się pożalić czy coś... Niestety wielu ludzi jest za przeproszeniem debilami, po co to było? Skoro ktoś odmawia, widocznie ma jakiś powód lub po prostu nie chce. Nie rozumiem wciskania czegoś na siłę, a szczególnie narkotyków. Chciałabym tylko, aby ta historia była jakąś przestrogą dla innych.

#OwOFV

Kiedyś modne były wyznania o tym, żeby nie oceniać dresa po dresie, więc i ja dorzucę historię, która mi się ostatnio przydarzyła.

Mieszkańcy osiedla Wola wiedzą, jak wygląda parking przy Powązkach.
Mianowicie są tak jakby dwa miejsca parkingowe. Haczyk polega na tym, że dzieli je linia ciągła. Przez co kierowcy nie wiedzą, czy mogą parkować na tym drugim miejscu, czy tylko na tym przy jezdni. Doprowadziło to do takich patologii, że żeby zaparkować na tym drugim miejscu albo z niego wyjechać, trzeba jechać po chodniku.

Wielokrotnie miałem z tego powodu utrudnienia, bo szedłem sobie chodnikiem i nagle muszę odskoczyć, bo jedzie na mnie samochód. Kiedyś po prostu odpuszczałem, według zasady, że i tak nie mam na to wpływu. Ale któregoś dnia gdy tego typu kierowca na mnie zatrąbił i zaczął odganiać ręką, żebym zszedł z chodnika, coś we mnie pękło. On będzie mnie traktował jak psa, chociaż to on łamie przepisy? Tak nie będzie.

Stanąłem w miejscu, wyjąłem komórkę, zacząłem nagrywać, zrobiłem zbliżenie na tablicę rejestracyjną i mówię mu, żeby wycofał auto. Zaczęliśmy się kłócić, ja na szczęście powstrzymałem się od wyzwisk, żeby w razie co nie mógł mnie oskarżyć, sam za to miałem nagrane, jak mi ubliża. Spór trwał dobre kilka minut, w tym czasie koleś kilka razy we mnie wjechał (na szczęście nie odniosłem obrażeń). W międzyczasie podbiegły do nas typowe dresy i jeden pyta o co chodzi. Ja już zestresowany, że wezmą jego stronę i jeszcze wpierdziel dostanę. Wytłumaczyłem jak to było.

Wielkie było moje zdziwienie, gdy największy z Sebków poprosił kierowcę, żeby zawrócił, bo nie można jeździć po chodniku. Gdy odmówił, Sebek powiedział do swoich trzech kolegów coś w stylu "niech go któryś wyciągnie" - tak też zrobili. Trochę się szarpali, ale wyciągnęli delikwenta z samochodu, trzech dresów go trzymało, a ten, co kazał go wyciągnąć, wsiadł do samochodu i zawrócił, zostawił auto na jezdni. Wtedy powiedział "Blokujemy wjazd". Więc ja i dresy po prostu zablokowaliśmy delikwentowi możliwość jazdy po chodniku. Strasznie na nas bluzgał, ale po pewnym czasie zorientował się, że nic nie zdziała, więc poszukał innego miejsca parkingowego.

Dresik spytał, czy wszystko dobrze i powiedział, że w razie co to będą zeznawać, że ten facet we mnie wjechał i nabluzgał. Powiedziałem, że dziękuję, ale wszystko się nagrało. Od tego czasu z kolegami dresami czasami się spotykamy, a oni przedstawiają mi swoich znajomych. Dla mnie to świetnie, bo niedawno przeprowadziłem się do Warszawy z małego miasta i nikogo tu nie znałem, a teraz mam więcej znajomych niż w swoim starym mieście. Dresy okazali się normalnymi chłopakami, a nie stereotypowymi Sebkami. Pomyśleć, że wszystko dzięki upośledzonemu kierowcy.

Delikwent oczywiście pozwany o ubliżanie i wjechanie we mnie samochodem.
Sprawa w toku.

#a8jqN

Ostatnio byliśmy z kolegami po prezent dla koleżanki na 18 urodziny. Postanowiliśmy, że zażartujemy i kupimy jej wielkie, czarne dildo. Poprosiliśmy panią, żeby dała nam jakąś ciemniejszą reklamówkę, bo trzech chłopaków paradujących po mieście z takim sprzętem - to wyglądałoby co najmniej dziwnie. Jak wracaliśmy, jednemu z nas zachciało się pić, więc wstąpiliśmy do biedronki. Bierzemy wodę, idziemy do kasy, a pani za ladą prosi, żebyśmy pokazali co mamy w reklamówce. My na to, że przecież niczego nie ukradliśmy i lepiej nie pokazywać. Niestety nie udało nam się jej przekonać.

I tak oto sprzedawczyni wyciąga z reklamówki wielkiego, czarnego, sztucznego penisa. Jej oczy wielkie jak pięciozłotówki, a my prawie popłakaliśmy się ze śmiechu :D

#YXCRc

Byłem dwa razy zaręczony i dwa razy zostałem zdradzony. Te dwie historie są do siebie tak podobne, że śmiałbym się z tego, gdyby to nie było tak bolesne.

Wychowałem się w szanującej się rodzinie, z domu wyniosłem szacunek do innych i siebie. Zawsze miałem grono znajomych, koleżanki mówiły, że jestem "do tańca i do różańca". W jednej z nich zakochałem się pod koniec liceum. Stworzyliśmy świetną parę, razem poszliśmy na studia, razem szukaliśmy pierwszej pracy. Wydawało mi się, że to był dobry związek, oparty na szacunku i zaufaniu. Mimo młodego wieku byłem pewien, że to z nią chcę spędzić resztę życia. Oświadczyłem się, gdy mieliśmy 22 lata, przyjęła to łzami wzruszenia.
Ślub był już zaplanowany, gdy pewnego dnia wyznała mi, że mnie zdradziła. Żałowała tego i miała nadzieję, że jej to wybaczę, ale ja po prostu nie mogłem. Rozstaliśmy się, a ona jeszcze długo prosiła o drugą szansę, co jedynie przysparzało mi bólu.
Przez kilka lat nie byłem w stanie stworzyć nowego związku, aż wreszcie poznałem ją, mój ideał. Zakochałem się na zabój. Ona była po trudnym związku i ze łzami w oczach mówiła, że ze mną jest cudownie i bezpiecznie. Dla mnie ten związek był wspaniały: pełen miłości, bez kłótni, mieliśmy wspólne zainteresowania, ale też odrębne przestrzenie na własne hobby i znajomych. Wspieraliśmy się nawzajem w trudnych chwilach, ramię w ramię szliśmy przez życie, ja dbałem o nią, a ona o mnie. Opowiedziałem jej o moich bolesnych doświadczeniach ze zdradą. Była oburzona, że poprzednia narzeczona mogła mnie tak potraktować.
Po trzech latach oświadczyłem się i planowaliśmy ślub. Zbliżałem się do trzydziestki i powoli zaczynałem marzyć o domu wypełnionym śmiechem dzieci, narzeczona marzyła o tym samym.
Pewnego dnia spotkałem dawno niewidzianego kolegę z podstawówki, okazało się, że pracuje w tej samej firmie, co moja narzeczona. Gdy wymieniłem jej nazwisko, zaczął się dziwnie zachowywać i szybko się pożegnał. Potem zadzwonił, przepraszał, powiedział, że nie wiedział, że jest zajęta. W pracy flirtował z nią, podobała mu się, a na służbowym wyjeździe po kilku drinkach wylądowali w łóżku. Gdy spytałem o to narzeczoną, zaczęła płakać i potwierdziła. Bardzo tego żałowała, nie chciała mi mówić, bo wiedziała, że nie będę tego umiał wybaczyć. Świat mi się zawalił. Pytałem ją dlaczego, co zrobiłem nie tak, ale mówiła, że wszystko było cudownie. To czemu zdradziła? Nie umiała odpowiedzieć. Wiele razy prosiła o drugą szansę, ale moje zaufanie było zdruzgotane i nie umiałbym z nią już być.
Minęło sporo czasu. Nie ufam kobietom, nie umiem stworzyć związku. Jestem już dobrze po trzydziestce i zazdroszczę znajomym, którzy mają rodziny i dzieci. Jednocześnie mam poczucie, że szkoda zachodu na zaczynanie czegoś nowego. Z jednej strony marzę o dobrym związku i rodzinie, a z drugiej boję się kolejnej zdrady. Czuję się jak stary, zgorzkniały dziad.

#68hfY

Czas akcji: 10 lat temu, zima, czasy podstawówki, piątek, przed świętami, przerwa obiadowa.
Miejsce akcji: Sala lekcyjna.
Stan własny: złamana noga.

Jak zawsze na przerwę obiadową cała moja klasa opuszczała salę, a ja ze względu na stan nogi musiałam zostać w środku, po wcześniejszym dostaniu pożywienia w plastikowym pudełku z cateringu. Niestety, mam niewytłumaczalny wstręt do jedzenia z pudełek. Odrzuca mnie to, doprowadza do mdłości i wymiotów. Zupełnie nielogiczna sprawa, ale niestety nie potrafię tego z siebie wykorzenić. Spojrzałam z obrzydzeniem na pudełko z cateringu, po czym rozejrzałam się po sali szukając sposobu na pozbycie się go. Wcześniej składam prośby o podanie mi jedzenia w innej formie, ale nie było wyjścia, a swoim wybrzydzaniem tylko wkurzałam nauczycieli (o co w sumie ich nie obwiniam). Dlatego też gdy me oczy ujrzały kosz na śmieci, bez większego wahania skoczyłam w jego kierunku, podpierając się na kulach i z uśmiechem na swej niewinnej, dziecięcej twarzy pozbyłam się obiektu mojej nienawiści.

Niestety, pudełko w trakcie się otworzyło i wylało swą zawartość do plastikowego worka, zostawiając bardzo widoczne dowody zbrodni. Spanikowałam, wiedząc, że mam kolejną rzecz do ukrycia. Złapałam cały worek, który na szczęście poza moją breją był pusty, i zwinąwszy go w kulkę, poczłapując na kulach do okna, starannie upchnęłam go za kaloryferem. Wyrobiłam się z misją w samą porę, bo już chwilę potem zadzwonił dzwonek, a ja musiałam wracać na miejsce przy biurku.

I tu sprawa mogłaby się zakończyć, gdyby nie fakt, że był to piątek przed świętami i do szkoły wróciliśmy dopiero po dwóch tygodniach. W tym czasie moje jedzonko zdążyło już wyewoluować, założyć własną cywilizację i religię, co niestety objawiło się strasznym, wręcz MORDERCZYM smrodem. Ciepełko kaloryfera zdaje się tylko wspierało jego wewnętrzny rozwój.

I tak oto cała szkoła została ewakuowana, ze względu na podejrzenie ulatniania się niebezpiecznych gazów. Worek z moją małą cywilizacją został po jakimś czasie odkryty przez specjalny oddział ratunkowy (czyt. sprzątaczki z maskach zrobionych z szalików), ale stwórca owej cywilizacji nigdy nie został ujawniony. I oby tak pozostało na wieki.

#R5o3S

Jestem półtora roku po ślubie i aktualnie w ciąży. Przy okazji rodzinnego spotkania chcieliśmy z mężem podzielić się tą, wydawałoby się, dobrą nowiną z jego rodzicami i rodzeństwem.

Siedzimy sobie wczoraj kulturalnie przy stole, mąż zadzwonił łyżeczką w kieliszek, wstał i mówi z uśmiechem:
- Mamo, tato, mamy wam z Kasią coś do powiedzenia... Moja żona nosi pod sercem waszego pierwszego wnuka lub wnuczkę! Zostaniecie dziadkami!

Spodziewałam się radości, może jakichś gratulacji - to chyba normalne oczekiwania, czy może się mylę? Tymczasem moja teściowa zbladła jak ściana, złapała się za serce i lodowatym tonem powiedziała:
- Mnie nikt nie pytał, czy chcę być babcią!
Po czym wściekła i obrażona wyszła do drugiego pokoju. Szwagierka pobiegła za nią i usłyszeliśmy jeszcze przez niedomknięte drzwi potępieńcze zawodzenie i taki oto tekst:
- Teraz już się z nią na pewno nie rozwiedzie! Na bachora go złapała!


Że jestem w szoku, to chyba mało powiedziane...
Dodaj anonimowe wyznanie