Moja koleżanka ma córkę, która ma ok. 14 lat. Przez pewien czas pisała ona z koleżanką w podobnym wieku. Problem był w tym, że ani razu się nie widziały, po prostu poznały się przez internet. Nadszedł czas, kiedy zapytała swoich rodziców o spotkanie z - nazwijmy ją - Wiktorią. Najpierw nie zgodzili się, ale po miesiącu błagania postawili jej jeden warunek, że może spotkać się, ale tylko w obecności jednego z nich. Mąż koleżanki miał stać trochę dalej od córki, ale w pobliżu. Zgodziła się.
Nadszedł wyczekiwany dzień. Podjeżdża samochód i jak pewnie domyślacie się, 14-letnia Wiktoria okazała się być ok. 45-letnim facetem.
Jak to usłyszałam... zamarłam. Uważajcie z kim spotykają się i piszą wasze dzieci.
Gdy byłam mała, naciągałam wargi sromowe, szłam do brata starszego ode mnie o trzy lata i mówiłam, że to wejście do jaskini...
Mam nadzieję, że o tym zapomniał.
Z kuzynką mojego chłopaka nigdy nie dogadywałyśmy się jakoś szczególnie dobrze. Dzieli nas spojrzenie na świat i różne charaktery. (Nazwijmy ją) Anielica jest pobożną tradycjonalistką, która przez ostatnie dwa lata spędzała wieczory na przygotowaniu swojego magicznego wesela na 300 osób.
Nie widujemy się często, jednak czasami dochodziły mnie słuchy, jaki to dziwny i cyt. "niestabilny" jest związek mój i mojego chłopaka. Bo jak to tak, żyć prawie 3 lata bez ślubu i zaręczyn. No cóż, ja i mój Kochany nie chcemy wyciągać kasy od rodziców na "imprezę życia", po prostu nie spieszy nam się i mamy swój własny plan. Ale do rzeczy.
Jakieś 4 miesiące temu dziadkowie mojego chłopaka obchodzili rocznicę ślubu. Postanowiliśmy wpaść. Od progu powitała nas Anielica i jej narzeczony, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Facet z miejsca zmierzył mnie wzrokiem, nie było to jednak takie zwyczajne przyglądanie się. Koleś obczajał każdy skrawek mojego ciała, a podczas pierwszego powitania nie omieszkał zmacać mi tyłka. Zdziwiło mnie to, ale byłam na tyle zestresowana tabunem gości na imprezie, że puściłam to w zapomnienie. Jednak nie na długo. Narzeczony Anielicy zaczął strasznie się do mnie kleić, rzucał mniej lub bardziej przaśnymi komplementami. Mój chłopak był już na skraju wytrzymałości, ale nie chciał robić scen podczas rodzinnej imprezy. Widziałam, że matka kuzynki próbuje zabić mnie wzrokiem, a sama Anielica tylko smutno spuściła głowę. Punktem kulminacyjnym podrygów chłopaczka było stwierdzenie, że gdyby wiedział, że w mieście X są takie piękne laski, to by poszedł tam na studia i bym została żoną przyszłego adwokata. Odpowiedziałam, że za nic bym nie chciała faceta, który bezczelnie flirtuje z inną w mojej obecności. Nie bardzo przejął się tym tekstem i dalej próbował mnie "uwieść".
Tydzień później na fejsie dostałam wiadomość od niego. Otóż zapraszał mnie na kolację ze śniadaniem. Od razu pokazałam to chłopakowi. Postanowiliśmy powiedzieć Anielicy. Nie chciała uwierzyć, dopiero gdy w kolejnej wiadomości opisał, że zawsze chciał się ożenić z dziewicą, ale przed ślubem facet może przecież sobie przetrenować sprzęt, zmieniła zdanie.
Do pokoju hotelowego wparował z winem, różami i prezerwatywami, jednak zamiast kolacji przy świecach zastał Anielicę w furii. Dziewczyna zerwała zaręczyny. Jednak po rozmowie ze swoją mamunią postanowiła przebaczyć chłopakowi, bo "tego chce Bóg", do tego nigdy nie znajdzie lepszej partii, a poza tym wesele jest już opłacone i najważniejsze, czyli "co ludzie powiedzą?".
Na ślub nie dostałam zaproszenia, bo cyt. "mogę spowodować problemy". Mój chłopak też nie uczestniczył w tej farsie. Za to jego rodzice tydzień temu podzielili się informacją, że na weselu pan młody został przyłapany w pozycji na pieska z druhną.
I co teraz ludzie powiedzą?
"Na ceny w sklepach patrzymy codziennie wszyscy. I codziennie przecieramy oczy ze zdumienia. Takiej drożyzny dawno już nie było. Potwierdzają to raporty GUS-u o galopującej inflacji"
Niby cytat z wykopu, a jaki prawdziwy. Ostatnio jak wrzuciłem posta na temat 500+ niektórzy wychwalali, że to dobry pomysł i w ogóle, bo P*S daje. Jeszcze wam się to odbije, że głosowaliście na tę partię, a to 500 zł będzie tyle warte, że będzie można sobie tyłek podetrzeć, bo nie będzie was stać na papier. Brawo wy, wyborcy tejże partii.
Jednego pięknego dnia wracałam z tatą ze szkoły, po drodze zajechaliśmy do sklepu i kupiliśmy Tymbarka. W samochodzie chciałam go otworzyć, ale nie mogłam więc dałam tacie... On też nie mógł. Próbowaliśmy przez kilka minut, aż w końcu tata się wkurzył, wyciągnął kombinerki i nimi otworzył butelkę.
Pod zakrętką było napisane "I co? Ciężko było?".
Moja mama kiedyś mi powiedziała, że siedziała już pod gabinetem ginekologa, żeby mnie usunąć. To była normalna rozmowa, nie kłótnia. Po prostu się przyznała. Po tym, jak z tego zrezygnowała, postanowiła stanąć na rzęsach, żeby zapewnić mi przyszłość i udowodnić wszystkim, że da radę jako samotna matka. Wielokrotnie opowiadała mi, jak jej było ciężko, jej facet ją zostawił, jak dowiedział się o ciąży. A że zarabiała całkiem nieźle jak na tamte czasy, podróżowała, lubiła sobie coś kupić itp., to tak jakby dawała mi do zrozumienia, że zabrałam jej to wygodne życie. Była przed trzydziestką, więc stwierdziła, że da radę sama mnie wychować i poprzysięgła sobie, że postawi mi dom i da wszystko co najlepsze. Pomogła mi też opłacić studia. I wiecie co... Ja właśnie teraz mam 30 lat, swoją rodzinę i ja muszę w tym domu mieszkać teraz. Bo mi głupio, że dla mnie to zrobiła.
Wychowali mnie dziadkowie, ona całe życie w pracy i tak szczerze, to ja jej z wczesnego dzieciństwa nie pamiętam za bardzo, może kilka epizodów. I dziadkowie zrobili to tak, że jako jedynaczka nie jestem rozpieszczona, roszczeniowa, dużo pracuję, od kiedy zarabiam nie wzięłam od mamy ani złotówki, sama wszystko opłacam - mamy rzeczy też. Ale ciąży na mnie takie fatum, że muszę być jej wciąż wdzięczna. Ona zresztą lubił się chełpić tym, że sama postawiła dom i tak świetnie sobie poradziła. Często mi to wspominała - zwłaszcza jak wypiła - co by było, gdyby nie ja. Poza tym dopiero koło trzydziestki uświadomiłam sobie, że nie mam do końca odciętej pępowiny. Wszystko z swoim życiu konsultowałam z nią, ze wszystkiego się tłumaczyłam i zrobiła się z tego toksyczna więź.
Teraz trochę zaczynam się buntować, jak tłumaczy mi, jak mam kroić koperek. Nikogo sobie nie znalazła, bo twierdziła, że jestem dla niej wszystkim. I teraz właśnie moim marzeniem jest się z tego domu wyprowadzić i kupić własne mieszkanie. Ale chyba nie potrafię, mimo że nie jest ona osobą schorowaną, nadal pracuje zawodowo i ma się świetnie.
Ciężko jest żyć z takim brzemieniem dziecka, przez które ktoś swoje życie zamienił w pasmo wyrzeczeń i które miało to potem wypominane.
Denerwuje mnie męża siostra. Wszystko po nas papuguje bez zastanowienia. My zaręczyny, ona ze swoim szybciutko zaręczyny. My ślub, oni za trzy miesiące swój. Moja teściowa sama chcąc podołać i pomóc zorganizować dwa wesela w jeden rok musiała brać jako pielęgniarka dodatkowe dyżury. Przepracowanie odchorowała zwyrodnieniem kręgosłupa i operacją. I kolejno: my dziecko, oni na wyścigi z nami dziecko, my nowy samochód, oni też. My budujemy dom, oni też. Ciągle powtarzali, że nie chcą drugiego dziecka, a tu ona mówi, że jest w ciąży – dwa miesiące po tym, jak my ogłosiliśmy, że spodziewamy się drugiego dziecka. My nad morze, oni też (w tym samym terminie), my do zoo, oni zaraz za nami. Ja sobie kupiłam bujany fotel, ona bach to samo, buty dla dziecka też te same. Kupują to co my, jeżdżą tam gdzie my, robią to co my.
Ja jakaś nienormalna jestem czy co, po co tak konkurować ? My prowadzimy normalne życie, nikomu się nie chwalimy. Nie żyjemy na pokaz, nie konkurujemy z nikim i takie zachowanie nas trochę irytuje. Męża siostra jeszcze bezczelnie potrafi coś u nas skomentować. Po czym i tak spapuguje... Kretynizm. Nie mają własnego życia czy co...?
Gdy zerwał ze mną chłopak, w dość specyficzny sposób, byłam zrozpaczona. Tydzień po naszym zerwaniu zobaczyłam na portalu, że ma dziewczynę. Oczywiście dziewczyna długo się nim nie nacieszyła, gdyż ich związek trwał zaledwie tydzień. Gdy się dowiedziałam, że związał się po raz kolejny, w dodatku z moją znajomą, postanowiłam jej nie ostrzegać. Chwaliła go, mówiła, że mu ufa, bo dał jej swoje hasło do portalu społecznościowego. Zadziwiająco byli ze sobą miesiąc, ale do sedna.
Założyłam konto na portalu, dodałam zdjęcie ładnej dziewczyny z internetu, zaprosiłam wiele osób, żeby nie było to podejrzane, choć on inteligencją nie grzeszy, więc zapewne by się nie domyślił, że coś jest nie tak.
Przyjął od razu, zaczęły się wiadomości, komplementy, aż w końcu prosi o numer. Oczywiście kupiłam nową startówkę, więc SMS-y były codziennie. Zerwał ze swoją dziewczyną po tym, jak zrobiła mu awanturę o to, że pisze z inną.
Tak rozkochałam go w sobie (rzekomej Patrycji), że chłop stracił rozum i przyjechał na umówione spotkanie. Biedak czekał 3 godziny i później pojechał. Wystawiałam go tak 4 razy. Robił dla Patrycji wszystko. Nawet przeprosił wszystkie swoje byłe w zamian za ponowne spotkanie.
Nie doczekał się.
Mniej więcej miesiąc temu wziąłem do domu kota. Ważne w tej historii jest to, że jest (a raczej był) cały biały.
W karcie adopcyjnej jest napisane, że w terminie 30 dni od adopcji należy przesłać 2 zdjęcia pupila w jego nowym domu.
Tydzień temu rysowałem suchymi pastelami i z lenistwa zapomniałem je zamknąć. Kot w nocy zrzucił pudełko z blatu i postanowił zasnąć na rozsypanych pastelach.
Od tygodnia jest kolorowy, a do wysłania zdjęć zostało mi kilka dni :/
Mam pewien problem. Nie mogę sobie z tym w żaden sposób poradzić, chociaż próbowałam już wszelkich sposobów. Spędzanie z chłopakiem nocy było dla mnie istną udręką, bo wiedziałam, że może się to zdarzyć.
Chodzi o to, że pierdzę przez sen. Nie są to jednak cichutkie bączusie wydostające się subtelnie z tylnej części ciała, a głośne bąkale wydobywające się z mojego tyłka niczym śmierdząca seria strzałów z kałasznikowa.
Kiedy pierwszy raz nocowałam u mojego lubego, robiłam wszystko, aby nie zasnąć. Zacięta walka z ciężkimi powiekami została jednak przegrana i odpłynęłam. Pogrążona w głębokim śnie zostałam nagle wybudzona, jakby trzęsienie ziemi przeszło przez nasze łóżko. Modliłam się, żeby mój kochany się nie wybudził. Tak też się stało. Nie pasowała mi tylko jedna rzecz... Śmierdziało jakoś inaczej niż moje. (Wiecie, każdy pierd ma swój zapach). Zadowolona jednak z tego, że on dalej śpi, postanowiłam położyć się dalej. Powoli już odpływałam, gdy nagle usłyszałam bąka tak głośnego, że wybuch bomby atomowej to przy tym pikuś. Pewnie jak się domyślacie, sprawcą wcześniejszego i drugiego zamachu nie byłam ja, a mój najukochańszy.
Jak się później okazało, oboje mamy taki sam problem, z którym walczymy od dłuższego czasu. Mogę chyba tylko powiedzieć, że dobraliśmy się idealnie.
Dodaj anonimowe wyznanie