Wydarzyło się to kiedy chodziłam jeszcze do gimnazjum. Zależało mi na tym, by niespecjalnie rzucać się w oczy i trzymać się swojej paczki.
Obok szkoły był sklep, do którego przechadzaliśmy się podczas dłuższej przerwy obiadowej. Pewnego wyjątkowo słonecznego dnia ja ze swoimi dwoma przyjaciółkami wybrałam się do wspomnianego wyżej sklepu. Na parkingu zauważyłam samochód mojej cioci - była z nią również moja babcia. Ciocia ma pewne trudności z poruszaniem się, a babcia jak to babcia, do najmłodszych nie należy, więc jako dobrze wychowana dziewczynka postanowiłam je wyręczyć w robieniu zakupów i przynieść im je do samochodu. Przystały na moją propozycję.
W czasie kiedy ja robiłam zakupy, ciocia przeparkowała swój samochód w bardziej zacieniony obszar, a na jej miejscu zatrzymał się inny samochód. Wyszłam ze sklepu i niedługo się zastanawiając ruszyłam w tamtym kierunku. W promieniach rażącego słońca nie zwróciłam uwagi na zmianę samochodów. Podeszłam jak gdyby nigdy nic i zaczęłam szarpać klamkę - w tym momencie powinnam się domyślić, że zaszła pomyłka, bo ta klamka wyglądała zupełnie inaczej, ale zlekceważyłam to i z jeszcze większym zaangażowaniem próbowałam dostać się do samochodu. Nagle drzwi puściły, ja z wyrazem ulgi w głosie rzuciłam zakupy na kolana babci ze słowami "No babciu, wszystko kupiłam, rachunek w środku, ja uciekam, bo już po dzwonku". Podniosłam wzrok, a z siedzenia pasażera spoglądał na mnie obrzucony torbami z zakupami i z przerażeniem w oczach młody chłopak! Porwałam reklamówki z powrotem, obróciłam się na pięcie i uciekłam, płonąc ze wstydu, do samochodu cioci.
Chyba nie muszę mówić, że moje przyjaciółki widziały wszystko i tarzały się ze śmiechu po ziemi, babcia i ciocia płakały ze śmiechu w samochodzie, a zdezorientowany chłopak nic tylko patrzył...
Było to jakieś 30 lat temu, miałem może z 15, 16 lat. W moim mieście nic nigdy się nie działo, więc jak moja wychowawczyni ogłosiła wycieczkę do teatru do Krakowa, cała klasa bardzo się ucieszyła. Pamiętam, że jechaliśmy na "Skąpca", ale to nie jest istotne.
W tamtych czasach nie było na każdym kroku McDonaldów, KFC itp., więc mama zrobiła mi kanapki i nalała herbatę cytrynową do termosu. Na miejsce dojechaliśmy jakieś 2 godziny wcześniej, więc dostaliśmy czas wolny na przespacerowanie się po krakowskim rynku. W klasie miałem kolegę, który kiblował już 4 rok, wymyśliliśmy, żeby pójść do najbliższego sklepu i pierwszy raz w życiu spróbować wina (jakie to było ekscytujące!). Już 19-letni Bartek kupił każdemu po butelce jabola, usiedliśmy gdzieś i wypiliśmy. Zbliżała się już godzina przedstawienia, w 10 minut byliśmy na miejscu i czekaliśmy na resztę klasy.
W teatrze zająłem miejsce z samego przodu, a obok mnie usiadł jakiś chłopak z innej wycieczki. Wszyscy z paczki, z którą piłem chodzili do toalety, wiadomo po czym, i dostawali tam opiernicz od nauczycielki, też wiadomo za co. W końcu i mi się zachciało, ale bałem się mojej wychowawczyni i nie poszedłem do toalety. Wpadłem na genialny pomysł, żeby nasikać do termosu, w którym miałem przygotowaną przez mamę herbatę. Wyciągnąłem termos z torby i patrzę - pełny, nie wypiję, bo nie dam rady. Pytałem się wszystkich dookoła, czy nie chcą herbaty, w końcu całą rozdałem.
Było ciemno, więc rozsunąłem rozporek, podstawiłem pojemnik i nagle poczułem wielką ulgę. Wsadziłem termos z powrotem do torby i dalej oglądałem "Skąpca".
Po powrocie do domu chciałem dyskretnie wylać zawartość do toalety, otwieram termos i ze zdziwieniem patrzę - herbata, którą mama zrobiła mi rano. Wtedy się domyśliłem, co zrobiłem. Wyciągnąłem termos z torby wcześniej wspomnianego chłopaka z innej wycieczki i opróżniłem się do niego, po czym wsadziłem termos z powrotem do jego torby. Ciekawe, czy się napił.
Kilka lat temu zmarła mi babcia. Mieszkała w domu w małym miasteczku jakieś 20 min samochodem od mojego miasta. Komunikacja busowa jest, seicento w gazie też miałem, więc przez fakt, że ciocia ostrzyła sobie zęby na ten dom, decyzja rodziców była szybka - meldujesz się tam i mieszkasz.
Powiem tak - było fajnie, choć dojazdy na studia i praca weekendowa wykańczały, ale miałem własne 70 m2 i dość duży ogród. Rodzice oczywiście pomagali.
Minęły 2 lata, byłem na 4 roku studiów i szok. Zawsze grywałem w lotto. I wygrałem. Sporo, jak kumulacje bywają, po odjęciu podatku 6,3 mln zł. Pomogłem rodzicom, wyremontowałem dom, kupiłem auto, wyposażenie i koniec. Trochę na konto, a reszta na nabijanie procentów.
No ale dowiedział się o tym pan i władca miasteczka... proboszcz.
W efekcie wizyta duszpasterska została mi zapowiedziana w sierpniu. A dodam, że jestem antykościelny. Za wiele rzeczy, m.in. pedofilię i jej krycie oraz zaangażowanie polityczne kościoła. Jednakże proboszcza przyjąłem. W dużym skrócie - dostałem ofertę, iż jako dobry parafianin powinienem wesprzeć parafię, bo duuuuże wydatki i nowy wóz potrzebny...
Nigdy w tym kościele nie byłem, a proboszcz chciał ode mnie dostać 1 mln zł. Wyśmiałem go i do widzenia.
Od tego czasu zaczął szykanować moją osobę, tak że ludzie gównem obrzucali mój dom. Założyłem monitoring, kilka nagranych osób dostało małe wyroki i ludzie się uspokoili. Ale nie ksiądz. Siał nienawiść dalej. On ten milion już wydał, a ja go dać nie chciałem.
Zatrudniłem więc detektywa, aby znalazł haka na księdza. I znalazł coś, czego wieś mu wu wybaczyć nie mogła. Okazało się, że proboszcz jest gejem. Reakcja wsi? - Taki zwyrol w parafii? Na stos z nim!
Cała wieś pluje sobie w twarz za to, iż przyjmowała i słuchała zwyrodnialca, ba, przyjmowała go w domu (dzięki PiS za nagonkę na nich).
Osobiście uważam, że to nic złego kochać tę samą płeć, ale wieś to wieś.
A ja na razie mam spokój.
Co tu dużo pisać: moja babcia nazywa się Janina, a dziadek Jan. Mama to Henryka, tata Henryk. Ja Michalina, mój mąż Michał. Dwa lata temu nazwałam swoją córkę Kamila. Niedawno wprowadzili się nowi sąsiedzi. Moja córka zaprzyjaźniła się z ich synem. Kamilem.
Może coś z tego będzie. Coś te przypadki po rodzinie chodzą ;)
Opowiem wam moją historię, która wydarzyła się 2 lata temu.
Pewnego wieczoru byłam kompletnie znudzona i weszłam na jeden popularny czat internetowy. I tak po kilkunastu pustych rozmowach z facetami nagle trafił się on. Rok starszy, ciekawy, pewny siebie chłopak. Po kilku godzinach postanowiliśmy przejść na skype. Nawet nie zauważyłam, kiedy nastał nowy dzień. Nie mogłam spać, myślałam tylko o nim, co robi, czy napisze znów do mnie, a jeśli tak to kiedy... Tak minął tydzień na codziennych kilkugodzinnych rozmowach, zaczęło mi na nim bardzo zależeć, co było dziwnym uczuciem - zakochać się w kimś w tak krótkim czasie, i to jeszcze przez internet.
Niestety pewnego dnia, kiedy wychodziłam ze szkoły, miałam wypadek, 3 tygodnie w śpiączce. Po przebudzeniu czułam ból, całego ciała, ale największy w sercu. Tak jakby stracić miłość swojego życia. Rodzice byli przy mnie w chwili przebudzenia. Zaczęłam panikować gdzie jest mój telefon, muszę się do niego odezwać, przeprosić za moją nieobecność. Na to moja mama ze stoickim spokojem kazała mi chwilę zaczekać. Nie rozumiałam dlaczego, czy nie zauważyła, jak bardzo było to dla mnie ważne?
Po 5 minutach w drzwiach zobaczyłam jego... Ze łzami w oczach podszedł i mnie przytulił. Zatkało mnie na dobre 20 minut. Nie mogłam wydusić z siebie słowa. Kiedy to on wyszedł zadzwonić do domu z informacją, że się obudziłam, mama opowiedziała mi wszystko po kolei.
Znał tylko moje imię, nazwisko, w jakim mieście mieszkam i kim są moi rodzice. Po 2 dniach, kiedy się nie odzywałam, zadzwonił do gabinetu mojego ojca z pytaniem, czy jestem jego córką. Po krótkiej rozmowie tata zrozumiał kim jest i opowiedział o wypadku.
Przyjechał na drugi dzień, zatrzymał się u siostry, która studiowała tutaj. Przez ten cały czas nie odstąpił mnie na krok. Siedział od rana do nocy przy moim łóżku, trzymając mnie za dłoń. Mama mówiła, że każdego dnia przynosił mi białe róże, tego dnia również stały. Bo obiecał mi, że kiedy pierwszy raz się zobaczymy, dostanę od niego bukiet moich ulubionych białych róż.
Dzisiaj leżę koło mojego najukochańszego mężczyzny na świecie z oczekiwaniem na naszą córeczkę. A pomyśleć, że nasza pierwsza rozmowa zaczęła się od tego, czy jestem kobietą :)
Jakiś miesiąc temu, wracałam w nocy z imprezy koleżanki. Impreza okazała się nudna, więc nic tam po mnie. Do domu miałam dość spory kawałek, lecz do przejścia. W pewnym momencie zauważyłam, że idzie za mną jakiś facet. Nie był menelem, ani dresem, ale przyśpieszyłam tempa. Niestety on też. Złapał mnie i zatkał dłonią usta, i zaczął mnie gdzieś prowadzić, ale niezbyt bardzo mu się to udawało, bo gryzłam go i próbowałam się wyrywać.
Wtedy jak książę na białym koniu, podbiegł do nas dres, przywalił temu facetowi (który w następnej kolejności uciekł gdzieś w krzaki), i zaproponował że odprowadzi mnie do domu, bo boi się zostawić mnie samą. No nic, nawet jakbym mu nie pozwoliła to by za mną poszedł. Pod moim domem jeszcze chwilę porozmawialiśmy.
- Myślałaś pewnie że jestem pospolitym dresem? - Zapytał, a ja nie wiedziałam co odpowiedzieć.
- Nie jestem pospolity. Jestem dresem z anonimowych!
Arek, jeśli to czytasz, daj znać! :)
Kilka miesięcy temu, jadąc autem, potrąciłam kobietę na rowerze (nic jej się nie stało, spokojnie!). Wysiadam z auta bardzo przestraszona, martwię się o nią, podbiegam i pytam, czy nic jej się nie stało, na co ona:
- No ku*wa, już drugi raz dzisiaj!
Mam niewidomego brata. Ma 10 lat i najmocniej w świecie cieszy się, kiedy czytam mu... Anonimowe :) Wspólnie śmiejemy się, a czasem wzruszamy przy wyznaniach. Potrafi cały dzień czekać z niecierpliwością na to, abym miała czas mu chwilkę poczytać.
Pozdrawiamy wszystkich Anonimowców, dajecie wiele szczęścia mnie i bratu i nieraz pouczacie swoimi mądrymi wyznaniami :)
Poznaliśmy się, gdy miałam 16 lat. Tło niewinne, z czasem coraz większe zaangażowanie. Był to drugi poważny związek w moim życiu, o ile o takim może mówić szesnastolatka...
Początki były cudowne, odganiały wspomnienia pierwszej, bardzo burzliwej i dramatycznie zakończonej przygody. Z czasem staliśmy się nierozłączni, nie przeszkadzały nam kąśliwe uwagi moich przyjaciół, kurtuazyjny sprzeciw jego rodziców, mój wyjazd do innego kraju czy jego "chwilowe odkochanie". Nasz związek był bardzo spontaniczny pod wieloma względami... żyliśmy chwilą, nie obawialiśmy się niczego, chłonęliśmy siebie z ogromną pasją. Po pięciu latach zamieszkaliśmy razem, po kolejnych dwóch oświadczyny, po kolejnym roku bajkowy ślub (zaplanowany z największą starannością), w międzyczasie budowa wymarzonego domu, happy end pełną gębą.
Kilka tygodni po ślubie dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Wszyscy niezmiernie się cieszyli, z nami na czele. Ciąża bez komplikacji, w pełnej harmonii ze sobą. Nie pamiętam (lub nie chcę pamiętać) momentu, w którym targana szarpiącymi bólami wylądowałam w szpitalu.
Pogrzeb dziecka zaraz po tym, jak wydała je na świat, to chyba najgorsza rzecz, jaka może spotkać kobietę.
Nie poddawaliśmy się, byliśmy dla siebie ostoją i pocieszeniem, nawet z biegiem czasu, pomimo dzielącej nas często odległości (mąż głównie przebywał w Niemczech z racji prowadzenia firmy, ja w Polsce również w rozjazdach - później myślałam sobie, że to sposób na ucieczkę nas obojga od przeszłości). On - właściciel dobrze prosperującej firmy, ja - robiąca karierę menadżer. Jednak w pewnym momencie zaczęliśmy się od siebie oddalać. On coraz rzadziej wracał do domu, tłumaczył to nawałem pracy, przestaliśmy planować wspólną przyszłość, nigdy nie wracaliśmy do tematu powiększenia rodziny. Przestał nawet odwiedzać grób naszego syna... Podczas jego powrotów do Polski, do domu, stawał się coraz bardziej nieobecny. Zauważyłam coraz częstsze telefony w weekendowe wieczory, kiedy "musiał wyjść spokojnie porozmawiać", jego brak ochoty na jakiekolwiek zbliżenia... Pewnego dnia powiedział mi, że może pomyślelibyśmy o sprzedaży domu (ja, z racji zatrudnienia, więcej czasu spędzałam w rodzinnym mieście u rodziców, on w swojej firmie za granicą). Nasz dom był "zamieszkiwany" w weekendy lub rzadziej.
Pomyślałam: co dalej? Czy taka historia jak nasza, (ba!) czy miłość jak nasza może po prostu się skończyć? Czy na tym polega szczęście?
Wyjechałam z kraju, do męża. Stanęłam z jedną walizką w jego służbowym mieszkaniu i powiedziałam, że nigdy nie zrezygnuję z... nas. W tamtej chwili widziałam, jak pojedyncza łza spływa po jego policzku.
A na koniec :) Jestem mamą! Księżniczka niedawno skończyła roczek. Kocham ich ponad wszytko...
Dla wszystkich, którzy nie przestają walczyć.
Do liceum jeździłam PKS-ami. W jednym z rodzajów autobusu (były jeszcze z automatycznie otwieranymi drzwiami) drzwi na klamkę znajdowały się z przodu autobusu oraz na samym końcu. Wychodzenie wyłącznie tyłem było normą, przed każdym przystankiem kierowca zerkał, czy ktoś stoi z tyłu, tylko na rzadziej używanych przystankach trzeba było krzyczeć, że chce się wysiąść.
I oto nadszedł ten dzień. Jeden z głównych przystanków na trasie. Stoję z tyłu, kierowca mnie widzi i już zaczyna się zatrzymywać na przystanku. Naciskam klamkę, prędkość 1 km/h, pewna, że za pół sekundy autobus zupełnie stanie wystawiam nogę na zewnątrz i O SROGIE RODEO! Kierowca najwidoczniej uznaje, że mu się przewidziało, że widział kogoś z tyłu i dawaj gazu!
Jechałam trzymając się rękami klamki i szurając nogami o asfalt może ze trzy sekundy, zanim kierowca zauważył, że sobie driftuję z tyłu, ale dla mnie była to wieczność. Gdy zamykam oczy, widzę twarze ludzi na przystanku i pozostanie to ze mną na zawsze...
Dodaj anonimowe wyznanie