Kiedyś będąc w Częstochowie, na Jasnej Górze trafiłam na dożynki. Wielkie święto, dużo ludzi, baaaaa, sam prezydent miał przyjechać.
Kiedy minęło przywitanie głowy państwa, ludzie się rozeszli, a ja stanęłam z boku i czekałam na rodziców. Obok mnie stał czarny bus z przyciemnionymi szybami. Korzystając z tego, że mogłam się w nich przejrzeć, zaczęłam poprawiać włosy.
Po chwili usłyszałam pukanie - rozejrzałam się i nikogo nie zobaczyłam, więc wróciłam do włosów.
Kiedy znowu usłyszałam pukanie, odsunęłam się od samochodu, bo już dziwne myśli miałam... A tu wychodzi z busa trzech antyterrorystów i ze śmiechem mówią, że ładnie wyglądam i że już wystarczy tego poprawiania.
Strzeliłam buraka i poszłam dalej.
Jakieś 30 minut temu dowiedziałem się, że mój starszy brat (moje jedyne rodzeństwo) miał poważny wypadek...
Gdy tylko mama powiedziała mi gdzie się to stało, od razu wyjąłem rower i pojechałem na miejsce zdarzenia.
Gdy byłem już na miejscu, ujrzałem, jak lekarze zapinają czarny worek.
Jeszcze nigdy aż tak intensywnie nie płakałem.
Coś we mnie pękło, czuję pustkę.
Straciłem jedynego brata w wieku 16 lat.
Wiem doskonale, jak to jest z tzw. menelami itp., jednak w niektórych przypadkach potrafią być zabawni, a nawet pomocni, a oto jeden przykład.
Pojechałem założyć kumplowi drzwiczki na szafkę. Wziąłem zawias, śrubokręt, wszystko generalnie w porządku. Po przyjechaniu zorientowałem się, że nie mam wkrętów ze sobą, więc z kolegą zacząłem szukać, może gdzieś na podłodze są (bo mu te drzwiczki wypadły). Były dwa, potrzebny był jeszcze chociaż jeden, żeby się trzymało. Więc poszedłem do samochodu, może tam jakiś się znajdzie. Otwieram bagażnik i szukam, wtem jakiś menel podchodzi i pyta, czy złotówką bym poratował.
Wtedy ja, dość zdenerwowany, bo szukam tego wkrętu, rzuciłem mu pytanie: "A może mógłby pan poratować śrubką?". Potem się zastanowiłem co powiedziałem, lecz oto ten menel grzebie w kieszeni i wyjmuje małego wkręta, który by jakoś tam mi pasował. Mnie zamurowało, jednak pogrzebałem trochę w kieszeni, patrzę, że mam złotówkę. Wymieniliśmy się i każdy poszedł w swoją stronę.
Ot, cała historia.
Nienawidzę swojej pracy. Pracuję w handlu i mam 3 weekendy w miesiącu zajęte. Mój facet w tym czasie jeździ do mamy, do znajomych, na grille, koncerty i inne wydarzenia, na których tak bardzo chciałabym być, że aż mnie skręca. Tęsknię za normalnością, za tym, żeby nie siedzieć każdy weekend sama w mieszkaniu i czekać, aż łaskawie wróci w niedzielę o 22.
Jestem zła, przemęczona i wściekła. Sama nie wiem na co. Czy na moją beznadziejną robotę czy na faceta, który pomimo 6 lat związku nadal nie ma skrupułów, by mnie zostawiać co chwilę i wmawia mi, że nie mogę zmienić tej pracy (pomimo tego, że mam wysokie kwalifikacje w innym, uwielbianym przeze mnie zawodzie), bo "będziemy chyba jeść tynk ze ścian". Tłumaczy to też oszczędzaniem na wesele, które nigdy się chyba nie odbędzie, bo o tym weselu to ja słyszę od 3 lat. Ostatnio jak pytałam kiedy dokładnie planuje wziąć ten ślub, to mi powiedział, że na pewno nie w przeciągu 3 lat.
Chce mi się śmiać i płakać jednocześnie. Jestem tak sfrustrowana, że mam ochotę walić głową w mur aż nie stracę przytomności. Na co dzień jest OK. Uśmiecham się, wszystkim mówię, że jest w porządku, ale tak na prawdę nienawidzę swojego życia. Mam 27 lat i nic. Kompletnie nic. Durną pracę, zły związek, który opiera się na jakichś głupich, nierealnych planach na przyszłość, w które wierzyłam jeszcze 2 lata temu, a teraz w końcu widzę, jak wielka jest to ściema.
Po prostu mam dosyć. Tak po ludzku. Nie byłam na wakacjach od dwóch lat. Non stop praca. Cały czas. Jak mam wolne, to dzwonią z pracy i pytają się o jakieś pierdoły. Kierowniczka mnie bardzo lubi, co skutkuje tym, że inni mnie nienawidzą i nawet nie mam z kim pogadać w pracy.
Siedzę i zastanawiam się co poszło źle, w którym momencie moje życie zamieniło się w mały, prywatny czyściec i jak z tego wyjść.
Jestem już zmęczona dniem, zanim na dobre otworzę oczy. Hasła "trzeba iść naprzód, myśl pozytywnie" wydają mi się jakąś kpiną. Jak jeden wielki żart. Mam tak serdecznie dość, że przed samobójstwem chroni mnie myśl, że rodzicom będzie smutno.
Było zasypianie przy kołysankach? Było.
Zasypianie z kciukiem w buzi? Przeżytek.
Ciamkanie własnego języka? Też było.
Ale czy słyszeliście, żeby dziecko zasypiało, przy przemówieniach Hitlera i nie zasypiało przy niczym innym? Drogi Boże, gdzie moi rodzice popełnili błąd przy wychowaniu mojej siostry?
Dobranoc Anonimowi, właśnie idę spać w akompaniamencie Adolfa.
Dzień meczu Polska - Szwecja.
Wyczerpały mi się baterie w "moim małym przyjacielu", więc pożyczyłam je sobie z pilota, ale zanim zdążyłam je odłożyć na miejsce, ktoś przyszedł do domu.
Słysząc, że klucz w drzwiach się przekręca, wrzuciłam mojego różowego przyjaciela do szuflady, naciągnęłam spodnie i jakby nigdy nic poszłam sprawdzić kto to.
Brat z kolegami, przyszli oglądać mecz. Ale jak to, przecież mieli być w barze?
Próbują włączyć dekoder. Bezskutecznie.
Brat kilkukrotnie uderza pilotem o dłoń. Dalej nic.
Powtarza próbę jeszcze kilka razy, a na tv wciąż widnieje napis "brak sygnału"
"Co się dzieje z tym głupim telewizorem!" - krzyczy. Ja wiem, co się dzieje... Ale milczę. Pierwsze minuty meczu to już przeszłość.
Może jak przyciśnie mocniej guzik, to zadziała? Nie, jednak dekoder dalej nie reaguje.
Emocje towarzyszą mi nie mniejsze niż obecnie kibicom. Otworzy klapkę pilota i zobaczy, że nie ma baterii czy nie? Co mam powiedzieć, jak zapyta, gdzie są baterie?
"Kurna!" - wściekły brat ciska pilotem w kanapę i wychodzi wraz z kolegami.
Nigdy się nie przyznam.
Ja i mój chłopak to inny wymiar.
On jest niewidomy, a ja mam protezę lewej nogi.
Ślepy prowadzi kulawego... He he...
Moja matka jest popieprzona. Zawsze była. Nigdy nic jej nie pasowało, zawsze darła mordę na wszystkich, a robota to sens jej życia. Ona sama sobie przysparza więcej pracy np. w ogrodzie, a potem narzeka, że ma tyle pracy, że wszystko ją boli i nikt jej nigdy nie pomaga i jaka to ona zmęczona. OK, rozumiem to, ale ona już na mnie się wyżywa.
Jestem dorosła. Mam w domu swoje obowiązki, które wykonuję. Chodzę do szkoły policealnej i chcę znaleźć jakąś pracę na lato. Dziś miałam ważny egzamin, tak samo mam go jutro. Po powrocie do domu z egzaminu, wykonałam swoje obowiązki. Trochę odpoczęłam i ponownie zaczęłam się uczyć, bo nie chcę zawalić już końcówki semestru. W międzyczasie ktoś nabrudził w kuchni. Matka to zobaczyła i wydarła na mnie pysk, że ja tylko na dupie siedzę, nic nie robię, jestem pieprzonym pasożytem i w ogóle po co ja kurna jeszcze żyję. Ja też się zastanawiam, po co żyję? Już niejednokrotnie myślałam o śmierci, bo nie wytrzymuję psychicznie z moją matką. Czuję się przez nią jak ostatnia szmata. Krytykuje dosłownie wszystko. Kiedy zrobię coś np. posprzątam dom, to powie "tutaj jeszcze brudno, niedokładnie, ja sama zrobię", a kiedy odpuszczam, bo wiem, że i tak moja praca pójdzie na marne, to ona drze na mnie pysk, że nic nie robię. To co mam robić? Dostaję poważnego pierdolca. Ona wieczorem kładzie się do łóżka i czasami woła mnie z drugiego pokoju tylko po to, żebym podała jej do łóżka kubek z herbatą, który stoi metr dalej na stoliku, bo ona nie może się ruszyć, bo zmęczona. W największy upał wychodzi do ogrodu, a potem narzeka, że jej słabo. Bo to nie może poczekać. Robota jest sensem życia, ale czego spodziewać się po kimś, kto tęskni za komuną?
Nie wiem, co ja mam robić. Nie mogę się wyprowadzić, nie mam siły ani pieniędzy, a poza tym nie wierzę już w siebie. Matka skutecznie obniżyła poczucie mojej własnej wartości. Mam ochotę ze sobą skończyć.
Jestem osobą, która nie przepada za wysokimi temperaturami. Kiedy jest powyżej 26 stopni zaczynam się topić, dlatego też po mieszkaniu (mieszkam sama) chodzę na ogół w samych gaciach i cienkim topie lub po prostu bez niczego.
Tamtego gorącego letniego dnia wpadłam w szał sprzątania. Odkurzyłam i umyłam podłogi, wyszorowałam blaty, posprzątałam szafki, łazienkę, kuchnię itd. Gdy skończyłam było już grubo po 23, padnięta aczkolwiek szczęśliwa postanowiłam się wykąpać. Kiedy przygotowywałam kąpiel przypomniałam sobie, że moje kochane rośliny na balkonie są niepodlane. Zatem chwyciłam za konewkę i tradycyjnie podlewałam kwiaty przy okazji mówiąc do nich. Kiedy tak "prowadziłam" sobie długą głęboką konwersację z moimi roślinkami przy blasku księżyca usłyszałam szum i cichutkie "ohhh". Rozglądam się i nic nie widzę, nagle patrzę na ogródki na parterze, a tam mój przystojny sąsiad stoi ze szklanką piwa w ręce i patrzy na mnie dosyć dziwnie. No cóż nie każdy gada ze swoimi kwiatkami.
Staliśmy tak wpatrzeni w siebie przez jakaś chwilę, w końcu kiwnęłam głową i powiedziałam cicho "dobry wieczór", on na to "oj, bardzo dobry", myślę sobie w końcu mam okazję zagadać z nim. Mówię, "ciepły dziś wieczór", na co on "raczej, gorrący.... " i tutaj w tym momencie puścił mi klasyczne oko i znacząco poruszał brwiami. Minęła dłuższa chwila nim się zorientowałam, że stoję zupełnie bez niczego na tym balkonie. Zrobiłam oczy jak 5 złotych, powiedziałam "będę szła, cześć! " i zabunkrowałam się w łazience.
Od tego zdarzenia zawsze gdy widzę mojego sąsiada, on puszcza mi znaczące spojrzenia, ja jednak do tej pory jestem dosyć mocno zażenowana tą akcją, więc nawet nie jestem w stanie mu jakoś sensownie odpowiedzieć.
Wczoraj zostawił mi prezent pod drzwiami w postaci kwiatka w doniczce z napisem "mów do mnie jeszcze". :O
Byłam jako nastolatka molestowana przez trzy lata starszą koleżankę. Kiedy powiedziałam o tym przyjaciółce (była pierwszą osobą po mojej mamie, która po ośmiu latach się o tym dowiedziała), zaśmiała się.
Czy naprawdę gdy facet molestuje kobietę to tępy gnój i należy go spalić, wykastrować i powiesić, a jak kobieta kobietę to jest to zabawą? Przynajmniej moja mama zachowała się świetnie, wspierała mnie i zaprowadziła na terapię, zawsze mówiła mi, że nie jest to moją winą. Ale społeczeństwo nadal myśli, że to normalne. I to nie była "zabawa w lekarza'', tylko wsadzanie rąk w majtki, dotykanie piersi czy wsadzanie języka do ust. To że obie jesteśmy kobietami nic nie zmienia. Traumę miałam taką samą. Dziś jestem dorosła, a nadal pamiętam te wszystkie obrzydliwe teksty, którymi rzucała.
Dodaj anonimowe wyznanie