#60aY6

Gdyby ktoś mi to opowiedział, pewnie sama bym nie uwierzyła, ale posłuchajcie.

Parę razy w tygodniu mam dodatkowe zajęcia w pracowni artystycznej blisko centrum mojego miasta. Z racji tego, że bardzo lubię słodycze, zawsze wchodzę do sklepu, idąc na autobus powrotny do domu.
Tak zrobiłam też tym razem - jak normalny obywatel wzięłam dwie paczki cukierków miętowych i położyłam na ruchomej taśmie. Przede mną kupował jakiś mężczyzna, który rozmawiał przez telefon, chyba po hiszpańsku (aczkolwiek nie jestem pewna). Chciałam wyciągnąć dziesięć złotych z portfela, ale razem z tym wypadł też banknot dwudziestozłotowy. Wypadł z portfela, wpadając do siatki mężczyzny przede mną.

No cóż, byłam przerażona, ale w końcu taki majątek jak dwadzieścia złotych należy ratować. Stukam więc faceta w ramię i staram się powiedzieć, co się stało, ale on najwyraźniej nie rozumie nic. W końcu po prostu mnie ignoruje i znowu mówi do telefonu. Ja już przestraszona, że moje pieniądze stracę, jestem gotowa walczyć. W tym momencie facet odsuwa telefon od ucha i włącza głośnomówiący, z którego jakaś kobieta pyta mnie, co się stało - normalnie, po polsku. Wytłumaczyłam grzecznie, a ona chyba przełożyła to na ten język, którym mówił ten mężczyzna. Po chwili zaczął się śmiać i wyciągnął z tej siatki moje dwadzieścia złotych, które wzięłam z powrotem.

Nigdy nie zapomnę min kasjerki i ludzi w kolejce, i chyba czas poszukać nowego sklepu do zaopatrywania się w słodycze.

Nie, nie jesteśmy razem, nie mamy dwójki dzieci i trzeciego w drodze, jakby ktoś pytał.

#w8buz

Historia ta przydarzyła się mojej babci, kiedy to była ona w wieku gimnazjalnym.

Otóż moja babunia zakochała się. Zresztą ze wzajemnością. Jej wybranek grał w orkiestrze na weselach. Babcia mieszkała niedaleko remizy, gdzie tego typu imprezy były bardzo częste, tak więc mieli okazję do widywania się. Jednak mieszkali daleko od siebie, a jak wiadomo, czasy inne, to i telefonów i Facebooków nie było. Więc pisali do siebie tradycyjne listy.

Któregoś dnia klasowy dowcipniś zwędził mojej babci ten właśnie list. I oczywiście przeczytał go przed całą klasą. Śmiechu było co niemiara. Nauczycielka, która zainteresowała się całą sytuacją, skonfiskowała list chłopakowi i nie, nie oddała go babci, nie zganiła tamtego chłopaka. Wręcz przeciwnie. Postanowiła, że przeczyta list przed całym ciałem pedagogicznym. I zrobiła to.
Moja babcia wpadła w złość, co było całkiem zrozumiałe. Chwyciła krzesło i chciała uderzyć tego dowcipnisia. Ale nie trafiła. Krzesło poleciało na gablotę z pucharami i... z gablotki pozostały jedynie kawałki szkła. Nauczycielka (ta sama, która przeczytała prywatny list babci) wysłała ją do dyrektorki, a ta oczywiście wydała wyrok. Ale nie na moją babcię. Dowiedziawszy się o całej sytuacji stwierdziła, że nauczycielka zachowała się karygodnie i to ona, a nie moja babcia, będzie płacić za zbitą gablotkę.
Wyobraźcie sobie minę tej wrednej kobiety.

Uważam, że tacy ludzie nie powinni w ogóle uczyć w szkole, a dla dyrektorki wielkie brawa ode mnie. No, rzucanie krzesłem chyba też nie było optymalnym pomysłem, ale cóż...

#MW4sx

Jestem osobą dość "nietypową" i tym samym zawsze miałem talent do ładowania się w zwariowane sytuacje, a tego dnia pobiłem wszelkie rekordy.

Rok temu wybierałem się ze studiów na weekend do domu. Z rana miałem mieć jeszcze zajęcia, a nieco po południu odjeżdżał pociąg. Z tego powodu spakowałem wszystko co chciałem zabrać do swojego wojskowego plecaka i razem z tym towarem wybrałem się na zajęcia.

Na uczelni okazało się, że przyjeżdża do naszej instytucji sama pani premier, aby ogłosić rozbudowę szpitala klinicznego, więc z tego powodu zajęcia skończyły się wcześniej, aby wszyscy chętni mogli zdążyć na spotkanie. Mimo że polityką się nie interesuję, pomyślałem sobie, że może warto by pójść zobaczyć jak to wygląda, skoro jest okazja.

Idąc do dziekanatu, gdzie spotkanie miało się odbyć, przy sklepie spożywczym znalazłem ziemniaka. Po części z tego powodu, że lubię ziemniaki, po części z tego, że był za darmo i po części z tego, że jestem studentem, wziąłem go sobie celem późniejszej konsumpcji. Dotarłszy na miejsce okazało się, że tak łatwo na spotkanie wejść się nie dało - wszędzie był BOR i były robione rewizje - a ja dobrze spakowany nie miałem zamiaru być przeszukiwany. Kręciłem się tam więc niepewnie i zapewne musiałem wyglądać podejrzanie, zatem funkcjonariusz BOR uprzejmie zaprosił mnie do środka. Powiedziałem mu, że w sumie chciałbym wejść, ale jestem mocno spakowany. Ten odparł, że nie ma żadnego problemu i poprowadził mnie do stanowiska rewizji. Polecono mi wyjąć wszystko z kieszeni. Wyjąłem więc portfel, klucze, dokumenty i... owego kartofla. Dwaj BOR-owcy na to jednym głosem krzyknęli:
- Ziemniak?!... Po co panu ziemniak?
Ja zgłupiałem i nie wiedząc co powiedzieć, powiedziałem prawdę:
- Znalazłem!
- W Gdańsku!?
- No tak! - odparłem i zacząłem się nerwowo śmiać.

Panowie nic nie skomentowali i zapytali, czy to już wszystko. Niestety nie. W kieszeni bluzy miałem jeszcze zgniecione puszki, które w domu zbieram na złom. Tu już skrupułów nie miałem i wepchnąłem do śmietnika. Najgorsze było przede mną - plecak!
Po otwarciu plecaka ukazał się najprawdopodobniej najbardziej nieoczekiwany widok każdego BOR-owca: cały worek moczonej cebuli ze szczypiorem! Brałem ją do domu, żeby mi nie uschła. Potem przyszła kolej na piórnik, który jest tak naprawdę moim "zestawem wszystkiego" i oprócz długopisów noszę tam jeszcze igły wszelakiej maści, baterie, gwoździe, kable i instrumenty stomatologiczne. Na dnie plecaka był jeszcze laptop. To nie byłby problem, gdyby nie fakt, że uznałem, iż dobrym pomysłem będzie zawinięcie go w brudną pościel.

Najlepsze jednak było to, że w końcu mnie wpuścili, upewniwszy się jednak uprzednio, czy na pewno jestem studentem. Nie pamiętam już, co mówiła premier. Pamiętam tylko miny tych biednych funkcjonariuszy, co czuli się pewnie jak w skeczu u Monty Pythona.

#K0E7d

O tym, jak dowiedziałam się w bardzo dziwny sposób, że mój facet mnie zdradza.

Na wstępie napiszę tylko, że w moich jak i oczach bliskich wydawał się być ideałem. Świetnie się dogadywaliśmy, mieliśmy wspólne flow, to samo poczucie humoru i spędzaliśmy w moim odczuciu niemalże każdą wolną chwilę, poza dniami, gdy "pracował".

Moje pierwsze lekkie podejrzenia zaczęły się od brakujących prezerwatyw. Raz kupił przy mnie paczkę prezerwatyw, w której znajdowało się sześć gumek, my zużyliśmy trzy, a następnym razem, gdy miało dojść do seksu, on powiedział, że nie ma gumek - coś mi się nie spodobało, jednak wytłumaczył to w ten sposób, że wydawały się być dziwne i je wyrzucił. Mówił, że miał wrażenie, jakby były dziurawe. Uwierzyłam w to i ucieszyłam się nawet, że podchodzi do tych spraw z pełną odpowiedzialnością.

Za drugim razem wydawało się być to już dziwne. Znowu brak prezerwatyw, przecież ostatnio kupowaliśmy trzy, zużyliśmy jedną. Powiedział, że dał koledze, bo potrzebował. No OK. Wtedy postanowiłam, że przejdę na tabletki. Tak więc zaczęłam brać tabletki i pewnego wieczoru, gdy poszedł się kąpać, ja chciałam zapalić świeczki, sięgnęłam po nie do szuflady, a tam prezerwatywy. No niby nic, może po prostu zostały, ale w opakowaniu był zużyty kondom. Już byłam pewna, że jest coś nie tak. Szybko sprawdziłam jego telefon, ale nie było tam nic niepokojącego.

Gdy rano wstaliśmy, mój facet szykował się do pracy, ja miałam zostać w mieszkaniu i na niego zaczekać. Gdy wyszedł do pracy, zadzwoniłam po swoją przyjaciółkę i zaczęłyśmy go śledzić. Jak się domyślacie, do pracy wcale nie dotarł, za to pojechał do pięknego domu. Gdy z tego domu wyszła kobieta mająca około lat 40 i całująca go namiętnie w usta, dostałam szału, wybiegłam i zaczęłam okładać go pięściami.

Okazało się, że mój facet był męska prostytutką, a pieniądze z ciężko zarobionej roboty chciał przeznaczyć na nasze wspólne piękne mieszkanie, pierścionek zaręczynowy i wakacje. Czaicie, wspólną przyszłość.
Co więcej, okazało się, że nie jestem jedyną, która została tak zdradzana. Czyli byłam jednocześnie jego dziewczyną i kochanką, bo kobiet, dla których tak ciężko pracował, żeby zapewnić im przyszłość i piękne podróże, było więcej. Dokładniej dwie.

Ta sytuacja uświadomiła mi, że życie w Warszawie przypomina często życie rodem seriali "Ukryta prawda" albo "Dlaczego ja?".

PS Nie cierpiałam długo. Szczerze mówiąc, jakkolwiek to brzmi, z moją przyjaciółką mamy dziś z tego ubaw.

#nl747

Piszę trochę żeby się wyżalić, trochę żeby się poradzić.

Mój ojciec był agresywnym alkoholikiem. Jak miałam 14 lat, mama w końcu od niego odeszła. Od tego czasu żyliśmy w biedzie, ojciec miał zasądzone alimenty na mnie i rodzeństwo, których nie płacił, za co siedział w więzieniu. Miał też wyrok za pobicie mamy. Całą rodzina się od niego odcięliśmy, nie interesowało mnie to co się z nim dzieje ani czy on w ogóle żyje.

Teraz, 20 lat, później dostałam pismo z sądu, że to ja mam teraz płacić na tego pijaka 1400 zł/mies, rodzeństwo, któremu się gorzej wiedzie 600 zł i 400 zł. Okazuje się, że ojciec miał wylew, jest wymagającym opieki warzywem, dlatego umieścili go w DPS-ie i my z rodzeństwem mamy za niego płacić! Oczywiście pisałam odwołanie, gdzie opisałam, że on sam siedział w więzieniu za niepłacenie alimentów, stosował wobec nas przemoc, tak że nałożenie na nas obowiązku płacenia na niego co miesiąc ogromnych pieniędzy jest sprzeczne z zasadami współżycia społecznego (pismo pisane z prawnikiem), ale odrzucili nasz wniosek podając jakieś orzecznictwo i bzdurne argumenty. Prawnik szczerze stwierdził, że raczej nie uda się z nimi wygrać.

Jestem załamana, bo niby dobrze się nam wiedzie, ale mamy z mężem kredyt na dom, dzieci na utrzymaniu, którym chcielibyśmy zapewnić jak najlepsze warunki, a 1400 zł miesięcznie to kupa kasy, niewiele nam już będzie zostawać miesięcznie oszczędności. Podobnie rodzeństwo, któremu wiedzie się gorzej i te kwoty również są dla nich kosmiczne. Chciałabym, żeby ten człowiek umarł, ale z tego co się dowiadywałam w swoim stanie może pożyć jeszcze długo, a my będziemy musieli na niego płacić!!! Tak działa nasze opiekuńcze państwo... Jestem załamana.

#Tmbvt

Ze swoim chłopakiem jestem od trzech lat, od jakiegoś pół roku mieszkamy ze sobą. Sytuacji przedziwnych było już wiele, ale dziś opowiem tylko o jednej.
Od jakiegoś czasu rodzina mojego faceta, w tym moja przyszła teściowa, zaczynają mnie akceptować. Dodam, że jest to rodzina niezwykle zamknięta, dopiero po dłuższym poznaniu człowieka dopuszcza go do siebie, a czasem nawet i nie, więc cieszę się, że to nastąpiło TAK SZYBKO.
No i świętowaliśmy parę tygodni temu imieniny szwagierki i jednocześnie urodziny ich córki, alkohol, ciasto, sałatki i rozmowy, jednak jedno nagle zadane pytanie mnie rozwaliło...
Teściowa zapytała: Dziewczyno, a co byś zrobiła, jakby ci się twój chłopak, a mój syn do łóżka w nocy ZESRAŁ?
Nagle wszyscy słysząc to pytanie ucichli. Patrzą na mnie, a ja zonk. Co tu odpowiedzieć na tak nietypowe pytanie?
Ja: Nooo.... Najprawdopodobniej musiałby posprzątać. No ale OK, stało się. A czemu teściowa pyta?
Wszyscy odetchnęli z ulgą (?) i rozmowa się rozluźniła.

Odpowiedź na pytanie dostałam wieczorem od chłopaka - że to jest swoisty test, który jego mama usłyszała od kogoś tam i zawsze się sprawdza. Jeśli ktoś wybucha "a fuj, wywaliłabym go z łóżka, zmieniłabym materac, to obrzydliwe" to zazwyczaj nie wytrzymuje w rodzinie długo, czyli w końcu się rozstaje ze swoim lubym, albo jest rozwód i totalne urwanie kontaktów. A jak ktoś odpowiada normalnie, bo wie, że "gówno się zdarza", to okazuje się, że osoba ta jest "wierna i wyrozumiała". No zobaczymy, co ze mną będzie, ale rozumiem, że test zdałam na ocenę "dobrą" :)

PS Jeden z kolegów został o to również przez nas zapytany, ale tylko tak dla żartu.
Zgadnijcie, co odpowiedział?
"Też bym się zesrał, żeby jej głupio nie było"
Oni to chyba nawet ze sobą będą w drugim wcieleniu :D

#GgOMH

Jako dziecko dosyć wcześnie domyśliłem się, że Święty Mikołaj nie istnieje. Doszedłem do wniosku, że musi być jakieś racjonalne wytłumaczenie pojawiania się prezentów pod moją poduszką. Jednak nie dzieliłem się swoimi podejrzeniami z rodzicami. Bałem się, że ta informacja będzie dla nich szokiem, jako że tak zawzięcie wierzyli w Świętego Mikołaja.

Rok I
Upewniłem się co do swoich podejrzeń, gdy udając, że śpię, podejrzałem moją babcię podkładającą prezent. Moja babcia mieszkała z nami w jednym domu.

Rok II
Moi rodzice jak zwykle z wielkim entuzjazmem opowiadali mi o nadchodzącej wizycie Mikołaja. Zacząłem się denerwować. Wyobraziłem sobie, jak im będzie smutno, gdy dowiedzą się prawdy. Dlatego też podjąłem decyzję, że zrobię wszystko, aby utrzymywać ich w nieświadomości.

W noc mikołajkową rodzice szybko poszli spać, więc trochę mi ulżyło. Mimo to nie zrezygnowałem z czuwania, żeby w razie czego zainterweniować. Jakieś dwie godziny po pójściu do łóżka zobaczyłem, że w łazience się świeci. Jak się okazało, był to mój tata. Powiedziałem mu, żeby wracał do łóżka, bo nie powinien chodzić nocą po domu. Zdziwił się, ale posłuchał.

Było blisko.

Rok III
Zdałem sobie sprawę, że środki podjęte rok wcześniej były niewystarczające. Istniało duże ryzyko, że rodzice dowiedzą się prawdy. Usłyszałem gdzieś, że ciepłe mleko z miodem powoduje senność. W wieczór przed Mikołajami poprosiłem babcię, żeby zagotowała mleko i nalała do dwóch kubków. Dodałem do tego dużo miodu i kazałem rodzicom wypić. Później uznałem to za skuteczne rozwiązanie, bo tamtej nocy nie było żadnych incydentów.

Rok IV
Od pewnego czasu miałem wrażenie, że moi rodzice robią się coraz bardziej sceptyczni. Raz mój tata skomentował reklamę proszku do prania, mówiąc, że to bzdura. Innym razem moja mama powiedziała, że nie ufa jakiemuś tam politykowi. Bałem się, że w końcu również prawda o Mikołaju do nich dotrze, a wtedy ich światopogląd legnie w gruzach.

Żeby zapobiec katastrofie, pomyślałem, że wymyślę wiarygodną teorię naukową, która potwierdzi istnienie Mikołaja. Posiłkowałem się książką dla dzieci, której tematyką była astronomia, fizyka, chemia i biologia.

Zrobiłem rodzicom wykład, na którym tłumaczyłem im, że Mikołaj umie niwelować grawitację, że lekceważy upływ czasu dzięki czarnym dziurom, że renifery zawdzięczają swoją szybkość modyfikacjom genetycznym, że skrzaty pochodzą od neandertalczyków, że NASA chce wykorzystać sanie Mikołaja do podróży kosmicznych, że Mikołaj używa gazu usypiającego. Miałem nadzieję, że dzięki temu rodzice utrzymają swoją wiarę w Mikołaja.

Dopiero w wieku 11 lat zdałem sobie sprawę, że rodzice nie wierzą w Mikołaja. Stało się to wtedy, gdy wreszcie powiedziałem babci, by nie udawała Mikołaja, bo miesza rodzicom w głowach.

#0JBpV

Działo się to w zeszłoroczny długi weekend majowy. Ja i siostra relaksujemy się w salonie. Ona leżała na dywanie z telefonem w ręce, a ja wstawałam akurat po chrupki. Patrząc na nią naszła mnie ochota na zrobienie, jak to lubię określać "samolota" (taka poza, gdzie jedna osoba leży, kładzie nogi na biodrach drugiej i podnosi ją na tych nogach do góry, profesjonalnie to chyba nazywa się rybka). Jak byłyśmy młodsze, to ciągle bawiłyśmy się w ten sposób. Mówię więc do siostry "Ej, młoda, dawaj, robimy samolota". Ona z początku patrzy na mnie z politowaniem, ale po chwili na jej twarzy pojawia się uśmiech i już wiem co to oznacza.

Ustawiam się więc w pewnej odległości, jak na profesjonalistkę przystało, aby wziąć rozbieg, siostra przygotowała nogi w pozycji do przyjęcia. Biegnę szczęśliwa na myśl o powrocie do czasów dzieciństwa, już czuję jej nogi na moich biodrach, już zostałam wybita do góry, kiedy nagle pojawia się niewyobrażalny ból. Stopa siostry niefortunnie zsunęła się po mojej kości biodrowej, co skutkowało upadkiem prosto na jej brzuch. W tej samej sekundzie siostra puściła niewyobrażalnie głośnego bąka. A ja ze względu na swoją infantylną naturę nie mogłam opanować śmiechu i posikałam się leżąc na środku pokoju.
Mamy po 20 kilka lat...

#zoXsu

Pracuję w dużej, międzynarodowej firmie (pracują u nas ludzie dosłownie z całego świata). W firmie zdominowanej przez mężczyzn, poniekąd ze względu na charakter pracy, który powiązany jest z koniecznością posiadania uprawnień do obsługi różnych maszyn i pojazdów. Kobiet niebojących się takich wyzwań jest poza mną garstka, choć sporo jest kobiet od różnych prac biurowych.

Kiedy zwolniło się stanowisko osoby koordynującej pracę mojego działu, poszłam do szefa, aby przekonać go, że to właśnie ja najlepiej się na nie nadaję. Do rozmowy przygotowałam się dobrze, więc gdy szef początkowo próbował mnie zbyć, ani na chwilę nie spuściłam z tonu, podając kolejne argumenty poparte moimi konkretnymi osiągnięciami i dowodami ciężkiej pracy dla firmy. Dostałam to stanowisko. Ostrzyło sobie na nie zęby kilku mężczyzn, gdyby nie fakt, że szef jest zadeklarowanym gejem żyjącym w oficjalnym związku z mężczyzną, na 100% gadano by, że awans dostałam przez łóżko.
I tak nie obeszło się bez głupich uśmieszków i gadania za plecami, że pewnie wzięłam go na litość i sobie to wybłagałam.

Wszystko szło wzorowo, a ja radziłam sobie świetnie, mimo iż panowie zazdrośnicy co jakiś czas próbowali robić mi różne psikusy, żeby mi to utrudnić, ale nic z tego.
Każda kobieta o twarzy anioła i diabelskim charakterze wie, że od najmłodszych lat uczysz się jak sobie radzić z ludzką zawiścią i stereotypami, próbującymi upchnąć cię w szufladce słodkiego, głupiutkiego szczeniaczka (nawet mój mąż przyznaje, że takie miał skojarzenie, jak pierwszy raz zobaczył moje sarnie oczęta ;)).

Ale do sedna.

Pewnego dnia gorączka rozłożyła mnie na dobre, a że nastały już czasy "zostań w domu, nie zarażaj", spędziłam 3 długie tygodnie w domu. Summa summarum, szef musiał znaleźć kogoś na zastępstwo, pracy tej nie da się wykonywać zdalnie, poza tym czułam się naprawdę bardzo źle.

Oczywiście moi dawni konkurenci rzucili się w te pędy, udowodnić kto jest najlepszy. Szef każdemu dał szansę i okazało się, że żaden z nich się do tego nie nadaje. Mało tego, jeden tak namieszał, że firma poniosła sporą stratę finansową + opiernicz bardzo dużego kontrahenta, przyjeżdżali "garniaki z centrum dowodzenia" (z głównego zarządu) i wszystkim solidnie dostało się po uszach, było nawet straszenie zwolnieniami.

Kiedy wróciłam, nie było już uśmieszków. Parskania za plecami. Padło tylko "fajnie, że już jesteś".
Ktoś przyniósł czekoladki, ktoś kwiatki.

Morał z tego taki, że codzienne zapracowywanie się nie sprawi, że zostaniesz dostrzeżony. Zostaniesz dostrzeżony, jak cię zabraknie.

A o swoje trzeba w życiu walczyć, ale to chyba każdy już wie.

#dsolp

Chciałbym opisać historię mojej rodziny. Jestem 20-kilkuletnim facetem. Mój ojciec jest żołnierzem zawodowym. Gdy byłem dzieckiem, ojciec wyjeżdżał, mało go było w domu, zaczęły się wyjazdy na misje. Mama praktycznie wychowywała mnie sama, zastępowała mi tatę, a przy tym wszystkim była dobrą matką. Pamiętam czas, gdy ojciec wyjechał na misję, byłem kilkuletnim chłopcem. Mama opowiadała mi o tacie jako superbohaterze, który wyjechał pomagać ludziom, naraża swoje życie, po prostu, uczyła mnie ogromnego szacunku wobec niego. Ja, pamiętam, byłem nim zafascynowany, opowiadałem kolegom jakiego to mam super tatę. Wszystko trwało do pewnego momentu.

Ojciec wrócił z misji, pił, wracał późno, mama zawsze szybciej kładła mnie spać. Raz w nocy obudziłem się, szukałem rodziców, aż znalazłem. Pijany ojciec bił mamę w piwnicy, wydzierał się na nią, że na pewno się puszcza, te wszystkie jej awanse nie biorą się znikąd.
Mama to kobieta można powiedzieć sukcesu, inżynier budownictwa, niesamowicie ambitna. Potrafiła doskonale zorganizować czas. Zawsze miała czas dla mnie, pilnowała mnie z lekcjami, wychodziliśmy na spacery, a nawet jak się uparłem pojechała ze mną na ryby, bo koledzy jeździli z ojcami, więc ja chciałem chociaż z mamą.
W tamtej chwili cały obraz taty - superbohatera znikł. Z czasem, gdy byłem starszy, ojciec już się z tym nie krył, bił mamę gdy wrócił i sobie popił. Nienawidziłem go, nie potrafiłem zrozumieć czemu mama nie odejdzie od niego.

Jednego razu ojciec wrócił z misji szybciej, coś się wydarzyło, niedowład rąk. Tak bardzo się cieszyłem z nieszczęścia ojca, że w końcu Bóg go pokarał, że dobrze mu z tym. A mama od razu załatwiła miejsce w szpitalu na operację, później rehabilitacje. Codziennie woziła go na zabiegi, pomagała jeść. A ja byłem na nią wściekły, po co, za te wszystkie lata utrapienia, mu pomaga. Ojciec, dzięki staraniom mamy, ma sprawne ręce na tyle, że może funkcjonować normalnie. Fakt, jego kariera z wojskiem się skończyła.
Zmienił się, próbuje nadrobić stracony czas, nie pije, nie awanturuje się, docenia mamę. W końcu mama odpowiedziała mi na pytanie, czemu to robiła, czemu znosiła to wszystko. Opowiedziała, że gdy ojciec się jej oświadczał, oznajmił jej, że wojsko jest ponad wszystko, zapytał, czy będzie w stanie wytrwać z nim to wszystko. Mama zgodziła się, powiedziała mi, że dotrzymywała obiecanego słowa, stwierdziła, że od początku miała jasno postawioną sytuacje.
A teraz? Wśród rodziny ojciec dalej jest bohaterem, w środowisku uznawany za wspaniałego faceta, ojca i męża.
A tak naprawdę bohaterem w tym wszystkim jest ktoś inny - moja mama.
Dodaj anonimowe wyznanie