Znacie program "Śmiechu warte"? Znacie.
Znacie "Świat według Kiepskich"? Znacie.
A znacie nieśmiertelny gag o stawaniu na grabiach? Znacie.
Ja. Mój brat. Mój kuzyn. Szczyle.
Przed oczami wizja kilkusekundowej popularności w wyżej wspomnianym programie.
Kamera podwędzona rodzicom.
Nas troje.
Grabie jedne.
Brat został operatorem kamery, ja główną aktorką, a kuzyn ratującym mnie i przez to wpadającym w błoto.
Plan idealny.
Kamera! Akcja!
Biegnę przez pole i z całym impetem naskakuję na grabie. Pędzący kij wbił się w moje czoło z niesamowitą prędkością. Zemdlałam.
Obudziłam się po zaledwie kilkunastu sekundach. Co ujrzałam?
Moich wspólników próbujących wykopać dół grabiami. Uznali, że łatwiej jest zakopać zwłoki, niż biec po pomoc, przyznać się rodzicom o skradzionej kamerze i głupim pomyśle.
Minęło ponad 15 lat, dawno po naszych osiemnastkach, a ja wciąż nie mam zamiaru z nimi pić. Myślą, że abstynentka. Ja tam dobrze wiem, co oni zrobią jak zaliczę zgona.
Moich 18. urodzin nie wspominam zbyt dobrze, ale jednym z niewielu plusów było to, że do moich oszczędności doszła spora sumka pieniędzy.
Postanowiłam się trochę rozerwać, odbić sobie nieudaną imprezę i poleciałam na wagary do Paryża, a dokładniej bawiłam się w Disneylandzie. Nikt się nie zorientował, co odwaliłam, bo powiedziałam rodzicom, że idę spać do koleżanki (w nocy miałam odlot), a następnego dnia od pierwszej godziny lekcyjnej były lekcje, zajęcia dodatkowe kończyłam o dwudziestej, więc zdążyłam wrócić do domu. Zwolnienie sobie sama napisałam (jeszcze nie było elektronicznych dzienników itp.).
Pierwszy raz poczułam się wtedy pełnoletnia i wolna. Może jedynie niezbyt dojrzała, ale żyje się tylko raz.
W mojej rodzinie kolędowanie w Wigilię jest jedną z najważniejszych tradycji. Każdy, kto dostanie prezent musi zacząć śpiewać kolędę, a inni dołączają (najlepiej, żeby kolędy się nie powtarzały).
Moja mama w związku z tym zawsze opowiada, jak to jak była mała nie wiedziała, że kolęda "In Exelsis Deo" to nie po polsku, a zamiast tego na całe gardło śpiewała: "Gdy się Chrystus rodzi i na świat przychodzi... Gloria! Gloria! I NIECHCĄCY ZDEEEECHŁO!".
Choć słyszałam tę historię tyle razy, do dziś śmieję się do łez.
Mój znajomy z osiedla był w więzieniu dwa razy (ok. 1 rok i 2,5 roku) i bardzo sobie chwali pobyt. Systematyczna opieka lekarza i psychologa, regularne posiłki (smaczne!), regularne ćwiczenia, odpoczynek od nałogów/używek, regularny sen, brak troski, brak nudy (gry w karty, monopoly, czytanie książek), ciekawi ludzie z opowieściami. Ogólnie ten kolega każdemu poleca taki pobyt do 3-6 miesięcy na odstresowanie...
Mieszkałem w akademiku, w którym imprezy były na porządku dziennym (chyba jak w każdym akademiku, ale mniejsza z tym). Nie przeszkadzało mi to zbytnio, do pewnego czasu...
Otóż jakieś dwa lata temu przygotowywałem się na ważne kolokwium, które po prostu musiałem zaliczyć. Dzień przed tym kolokwium wszystko sobie powtórzyłem i poszedłem wcześniej spać, aby się wyspać. O 2:00 w nocy jakieś towarzystwo wróciło z klubu i przeniosło imprezę do akademika, w pokoju gdzieś niedaleko mnie... Nie szczędzili decybeli, muzyka napierdzielała tak, aż drżały ściany. Oczywiście się zbudziłem i bardzo mi się to nie spodobało, więc postanowiłem coś z tym zrobić.
Nie miałem zamiaru ich opierdzielać, bo po pierwsze zapewne nic by to nie dało, a po drugie należę do nieśmiałych osób i takie przemówienia w moim przypadku raczej nie wchodzą w grę.
Wpadłem na pomysł wyłączenia bezpieczników, aby uciszyć muzykę. Nie chciałem wychodzić z pokoju, więc postanowiłem zrobić zwarcie poprzez podłączenie nożyczek do przewodów od miernika i podłączenie tych przewodów do gniazdka... Wiem, że ten pomysł jest kretyński, ale mi wydał się idealny. Jak postanowiłem, tak zrobiłem (nie, nie pieprznął mnie prąd :D). Wetknąłem przewody do gniazdka, w gniazdku pojawiła się niebieska iskierka, zza drzwi było słychać tylko charakterystyczny trzask wyłącznika i jęk zawodu imprezowiczów, a sama muzyka ucichła. Ja poszedłem spać.
Gdy wcześniej dochodziło do zwarć w naszym akademiku to wyłączały się tylko "pstrykane" bezpieczniki odpowiedzialne za bodajże trzy czy cztery pokoje. W tym przypadku było inaczej, otóż wypierdzieliło jakiś główny bezpiecznik odpowiedzialny za całe piętro i nie można było go z powrotem włączyć, trzeba było czekać na elektryka. Elektryk przyjechał dopiero o 10:00, skutkowało to tym, że ludziom na całym piętrze rozmroziły się lodówki (oczywiście wszelkie mrożonki były do wyrzucenia), a gdy musieli rano się umyć lub skorzystać z toalety to musieli robić to po ciemku. Dodatkowo było to kilka dni przed sesją, więc jeśli ktoś się uczył w nocy do sesji, to mu to uniemożliwiłem... Wszyscy myśleli, że zwarcie powstało przez przypadek, nikt nie ma pojęcia, że doszło do tego z mojej winy. Jestem skończonym idiotą :D
Sporo kobiet marzy o chwili zaręczyn. O klękającym przed nimi ukochanym mężczyźnie, wyciągającym w ich stronę piękny pierścionek. Najlepiej w drogiej restauracji. Reszta klientów czeka z niecierpliwością, a gdy zabrzmi "tak" biją brawo.
Wiecie, jak wyglądały oświadczyny w wykonaniu mojego już męża? Nie przelewało nam się. Do tego stopnia, że nad wydatkiem rzędu 20 zł musieliśmy zastanowić się 3 razy. Pewnego dnia przyszedł do mnie z Tymbarkiem w szklanej butelce, szarpnął za kapsel, przeczytał, wziął moją rękę i zawleczkę zatknął mi na palec. Na zawleczce było napisane "Uśmiechem do mnie mów". Aby nie było wątpliwości, przyjął pozę nonszalancką i z uśmiechem 10-latka zapytał "Będziesz tak do mnie mówić do końca życia?".
Dziś ten kapsel wisi na tablicy korkowej w naszej sypialni i zawsze, kiedy jesteśmy na siebie źli - idziemy jeszcze raz go przeczytać i przypomnieć sobie, o co tak naprawdę chodzi w miłości.
Była sobie mała dziewczynka, która w wieku 7 lat została mamą dla swojego braciszka. Mama prawdziwa upijała się, biła tak, że dziewczynka ze strachu się moczyła. Dziewczynka potrafiła karmić, przewijać i ubrać niemowlę, potrafiła wszystko, ale odebrało jej to dzieciństwo.
Tak, odebrano mi je, mam już 17 lat i męczę się sama z sobą.
Jakieś dwa lata temu, może dłużej, spotkałam dziewczynę w krakowskim tramwaju. Jako że była 1.00 w nocy, myślę, że z uczelni nie wracała.
Nie powiem, nie należała do brzydkich osób.
Jechała tak kilka przystanków, kiedy zaczepiło ją kilku niezbyt trzeźwych i mało rozgarniętych Sebków o gabarytach niedźwiedzia. Wykrzykują klasyczną plątaninę bajerów, że ładna, że może by się umówili, a ona starała się ich tylko ignorować.
Kiedy tramwaj miał się zatrzymać na przystanku, dziewczyna wstała, a jeden z nich klepnął ją w tyłek.
I teraz akcja.
W życiu nie widziałam tak szybkiej reakcji. Dziewczyna obróciła się na drążku i z półobrotu przywaliła Sebkowi prosto w twarz. Dodam tylko, że miała urocze glany :)
Tramwaj się zatrzymał, dziewczyna wybiegła, a chłopaczek po wiązance niecenzuralnych słów prawdopodobnie musiał udać się na pogotowie, gdyż nos na pewno został złamany. Chcąc uniknąć nieprzyjemności związanych z nagłym atakiem śmiechu, wysiadłam na tym samym przystanku.
Dziewczyno, jesteś moim bohaterem!!
Blisko 30 lat temu pracowałem w pewnej rodzinnej firmie. Żona szefa (niech będzie pani Grażyna), która pracowała w księgowości (nie mając na ten temat pojęcia), chciała pewnego dnia jakiś dokument ode mnie. Poszedłem więc do mojego pokoju, wziąłem odpowiedni segregator i znalazłem ksero tego dokumentu z adnotacją, że dałem go pani Grażynie 2 tygodnie wcześniej.
Idę do niej i mówię, że dałem jej ten dokument przed dwa tygodniami. Ona machając jakąś kartką, mówi:
- Gdyby pan dał, to bym miała. Skoro nie mam, to pan nie dał. Proszę o dokument.
- Ależ pani na pewno ma ten dokument.
- Pan jest bezczelny! Nie mam go, pewnie pan go zgubił!
Spojrzałem na kartkę w jej dłoni i spokojnie powiedziałem:
- Trzyma pani ten dokument w ręku...
I nastąpiła piękna cisza :)
Strasznie się denerwowałem przed przedstawieniem mojej dziewczyny tacie (mama nie żyje).
Nie było się czym martwić. Tata polubił ją aż za bardzo. Zerwała ze mną dla mojego ojca.
Dodaj anonimowe wyznanie