#G4OkC

Ja i mój mąż mamy 10-letniego, niepełnosprawnego syna. Paweł jest sparaliżowany, nie chodzi, z trudem potrafi utrzymać w dłoni telefon czy łyżkę, dodatkowo ma napady padaczkowe. W związku z tym wymaga całodobowej opieki oraz rehabilitacji.

Gdy Paweł się urodził i usłyszeliśmy diagnozę, oczywistym było, że jedno nas będzie musiało zrezygnować z pracy. Początkowo to głównie ja zajmowałam się synem, a mąż pracował na nasze utrzymanie. Jednak zaczęły mi się dawać we znaki problemy z kręgosłupem - wypadnięcie dysku, zakaz dźwigania ciężarów.... No ale jak nie dźwigać ciężarów, skoro się ma chore dziecko? Paweł rósł jak na drożdżach, jego wózek również swoje ważył, miałam problemy, żeby ubrać syna lub zabrać go na spacer. Mąż widząc, że fizycznie nie daję sobie rady, zaproponował, żebyśmy zamienili się rolami.

I tak oto stałam się żywicielem rodziny, natomiast mąż został w domu, żeby opiekować się Pawłem. Początki były ciężkie. Ja po 3-letniej przerwie miałam problem wrócić do pracy, mąż nie był przyzwyczajony do swojej nowej roli, jednak ostatecznie oboje zaaklimatyzowaliśmy się w nowej sytuacji. I w sumie byłoby idealnie, gdyby....

...no właśnie, gdyby nie komentarze ludzi. Mąż usłyszał nie raz, nie dwa, że jest babą, że marnuje sobie życie z Pawłem i powinien nas zostawić (serio!), że siedzi pod pantoflem żony. Za to ja niedawno usłyszałam od koleżanek z pracy "No, Beata, ty to masz pecha, nie dość, że masz chore dziecko, to i męża nieroba". Bo skoro bezrobotny, to pewnie siedzi cały dzień na kanapie i ogląda telewizję, prawda?

Mój mąż kocha Pawła. Codziennie myje go i ubiera, zabiera na spacery, pomaga w lekcjach (syn nie jest upośledzony umysłowo), wozi na rehabilitację. Pomagam mu jak mogę, ale to głównie on ciężko pracuje opiekując się naszym synem. Nie jest przez to mniej męski, nie jest nieudacznikiem, nie jest pantoflarzem, jest po prostu kochającym, odpowiedzialnym rodzicem. Chciałabym żyć w świecie, gdzie mężczyzna zajmujący się dzieckiem nie jest traktowany jak coś nienormalnego, ale chyba nie doczekaliśmy jeszcze takich czasów...

#tNqdb

Jestem bardzo niecierpliwą osobą. Mam tego świadomość i mocno nad sobą pracuję. Kiedyś nie byłam w stanie stać w kolejce, wolałam obejść choćby pół miasta, byleby nie czekać tak długo. Teraz mam zawsze ze sobą aplikację do czytania książek, czasem szydełko i jakoś nad tym panuję. Są jednak sytuacje, które wyprowadzają mnie z równowagi.

Moja babcia kiedy zaprasza mnie na obiad, nigdy nie poda go wcześniej niż godzinę, najczęściej półtorej od mojego przyjścia (na godzinę, którą ona wybiera). Siedzi w kuchni, jest to malutka przestrzeń, więc jedyne miejsce dla mnie jest w pokoju. Siedzę, nudzę się, kiszki mi marsza grają. Wielokrotnie pytałam, czy może jej pomóc, ale nigdy nie chce. Pytałam więc, czy mogę przyjść później, to się wielce dziwiła. A mnie to naprawdę męczy i czuję, że tracę czas. Co innego gotować razem, rozmawiać w trakcie gotowania czy spędzić czas po obiedzie. A tak siedzę, czekam i potem strasznie mi niefajnie zmyć się prosto po posiłku, choć jestem mentalnie strasznie zmaltretowana. I tak schodzi pół dnia, z czego spora część spędzona u niej samotnie na kanapie.

Mój nowy chłopak też strasznie mnie męczy pod względem gotowania. Jeśli jestem głodna, to jestem głodna teraz. Nie za dwie godziny. Parę razy już pytał, czy mi coś ugotować, a na moje pytanie "za ile by to było" mówił, że max pół godziny. Najgorzej było w walentynki, gdzie o 13.00 zapowiedział, że jemy o 13.30, a za pięć szesnasta on dopiero wstawiał jedzenie do piekarnika. Poryczałam się wtedy i powiedziałam, że ja dziękuję, żeby nie proponował mi więcej niczego, bo kończę zmęczona, głodna i upokorzona. Mówiłam mu o tym wiele razy, że ja sobie sama coś wolę zrobić, niż siedzieć i czekać.

Może to głupie, ale jeśli ja zapraszam gości czy gotuję dla kogoś, nie każę zaproszonemu czekać na posiłek kilka godzin. Rozumiem, że czasem pewne elementy zabierają więcej czasu, ale mam wrażenie, że tu bardziej chodzi o jakiś życiowy nieogar.

#D5tfe

Ostatnio przeczytałem o kobiecie-szatanie.

Otóż pokochałem bardzo podobną - wiedźmę. Dla bliskich jest niesamowita, w ogień by skoczyła, lecz gdy trafi jej się typowa nadęta pani, nie wytrzyma. Dodam, że zawsze miała dość wybuchowy i porywczy charakterek, za co obrywała w młodości. Teraz stateczna kobieta, studiująca, pracująca. Jednak anonimowe wyznanie będzie jej jedną z wielu historii, które mam nadzieję tu zamieścić, bo luba niekoniecznie jest skora do pisania (ale namiętnie czyta anonimowe).

Klasa maturalna. Luba, włosy koloru wściekłej czerwieni, kolczyki w uszach, mnóstwo bransoletek, koszulka z AC/DC i niewyparzony język. Siedzą sobie z matką w kuchni i czekają, aż ksiądz przyjdzie po kolędzie Jakoś tak wyszło, że ani jej siostry, ani ojca nie było. Kluczowe jest w tej historii, że owa luba jest deistką. (dla niewiedzących - Bóg-Stwórca jest swego rodzaju konstruktorem przyrody, dla której ustanawia prawa i dalej już nie ingeruje w jej rozwój przyrodniczy, społeczny czy osobniczy - czyli wierzy w Boga, ale nie w kościół).

I oto przybywa on. W czarną sutannę odziany przybysz, wszystko odbywa się bez przeszkód, aż po wspólnej modlitwie przychodzi czas na rozmowę o rodzinie. Matka z nim rozmawia, lecz wzrok jego pada na moją kobietę, a konkretniej jej koszulkę.
K-Ksiądz, L-Luba, M-Matka Lubej
K: Czy wiesz, młoda damo, co oznacza skrót?
L: Tak, to prąd stały/prąd zmienny.
K: Widzisz, młoda jesteś, to nie rozumiesz. To nieprawda, to oznacza co innego.
L: Oświeć mnie, księże.

Luba już dostaje baty wzrokowe od matki i z westchnieniem czeka na odpowiedź.

K: To znaczy Anty Christus, Die Christus.

Luba w śmiech, jej matka stara się wyjść z sytuacji.

M: Mi się wydaje to trochę naciągane.
K: Proszę nie ignorować takich sygnałów. A pani córka jest jednym wielkim przykładem tego, że szatan kryje się nawet za kolorem czerwonym córki. JA sądzę, że będzie trzeba egzorcyzmu - patrzy się na lubą. - Czy miałaś kiedykolwiek kontakty fizyczne z mężczyznami?
L: Czuję pociąg do kobiet i mężczyzn, proszę księdza.
K: BOŻE. To już piekło jest. Ona jest skazana na piekło.
L: Nie księdzu będzie to sądzić. A co za głupoty z tym zespołem ksiądz wygaduje, to...

I w tym momencie w głowie lubej (chyba jej jakieś rogi wylazły) narodził się iście szatański plan. Urwała i zaczęła mówić wymyślonym przez nią językiem, zmieniać ton głosu na bliski zwierzęcemu... Ksiądz tak się przestraszył, że złapał swoje rzeczy, zaczął coś krzyczeć na zmianę z matką lubej, a ona sama patrzyła z okna jak ksiądz ucieka w popłochu.

Co w tym anonimowego?
To, że na mszy ksiądz opowiedział o bliskim spotkaniu z demonem na kolędzie i żeby mieć się na baczności, z kim ma się do czynienia. A ona specjalnie poszła do kościoła tylko po to, by móc usłyszeć to na żywo, wiedziała, że będzie to całkowicie anonimowe, ale skierowane do niej. Oj, rogi rosną, oj rosną...

#zvL2f

Jestem biseksualnym facetem, który lubi seks. Podczas studiów zdarzyło mi się uprawiać męską prostytucję. W internecie dawałem swoje ogłoszenia. Obojętne było mi to, czy będzie to kobieta lub mężczyzna. Historia, którą tu opowiem, sprawiła, że odechciało mi się zarabiać pieniądze w ten sposób, ale śmieję się za każdym razem, kiedy o tym sobie przypomnę.

Klientów zapraszałem do pokoju w hotelu. Raz zdarzyło mi się zorganizować męski trójkąt w ciemno. Wszystko ustalone, zjawiam się w pokoju szybciej. Przychodzi pierwszy klient. Zwykła rozmowa, co będziemy robić itd. 10 minut później przychodzi kolejny umówiony klient i widzę wielkie zdziwienie na jego twarzy. U poprzedniego klienta na twarzy maluje się niedowierzanie. Po chwili milczenia słyszę słowa chłopaka, który właśnie przyszedł:

- Tato, co ty tu robisz?!

Nie wytrzymałem i wybuchłem śmiechem. Chłopak od razu uciekł, a jego ojciec w pośpiechu zaczął brać swoje rzeczy i też wyszedł. Miałem ubaw do końca dnia. :D

#rpudF

Starszy brat męża urodził się ze sparaliżowanymi kończynami i upośledzeniem umysłowym. Przedsiębiorcza matka postanowiła dać bratu rodzeństwo, by miał się kto nim zająć, więc urodził się mój mąż. Jak to bywa, ojciec usunął się z ich życia, choć łożył na utrzymanie dzieci.

Od małego mój mąż był sprowadzany do roli opiekuna. Nigdy nie zaznał od matki choćby ciepłego słowa, ba, dotkliwie go biła, wyzywała, poniżała, grzebała w jego rzeczach i zabierała mu pieniądze "bo cię utrzymuję". Małemu dziecku, które dostało coś np. od babci... Szybko nauczył się rozładowywać frustrację, bijąc się na podwórku. Matka zamiast z nim porozmawiać, zwyczajnie tłukła go jeszcze mocniej za to, że się bił. Nietrudno się domyślić, że w czasie nastoletnim został dresem pełną gębą wraz z grupą innych kolegów. Nawet jak skończył szkołę i zaczął pracować ("Studia? Zapomnij! Tu mi jesteś potrzebny, za robotę się weź") i akurat nie musiał zajmować się bratem (wtedy musiał rzucać wszystko), to w wolnym czasie wraz ze swymi kompanami umilali sobie czas obijając ludziom mordy, głównie podobnym do nich w zainteresowaniach (dodam, że nigdy nie uderzył kobiety, a raz uratowali dziecko przed pedofilem - nie gloryfikuję, ale nie byli takimi całkiem czarnymi charakterami).
Pamiętam, jak próbował mnie od siebie odsuwać, zniechęcać, nawet próbował mnie nastraszyć, odwalając ze swymi kompanami akcje na moich oczach, ale ja się nie bałam ani trochę, wiedziałam, że nigdy mi nie zrobi krzywdy. To brzmi głupio, ale jakby wiedziałam, że robi to specjalnie.

Moja miłość go odmieniła. Wiem jak idiotycznie to brzmi, ale tak było. Przyznał, że fakt, że ktoś go pokochał, był dla niego dziwny, bo nikt go nigdy (!) nie kochał w ogóle.

Po jakimś czasie wiedziałam już wszystko. Zaręczyny, skromne mieszkanko wynajęte po znajomości za opłaty. Ślub, praca, udawało się nam co miesiąc odłożyć kilka stówek. Zaczęłam się jednak mocno obawiać o wpływ, jaki ma na niego matka, prośbą i groźbą zmuszająca wciąż do zajmowania się bratem, a starzy "znajomi", z którymi zerwał kontakt, zaczęli się odzywać ("ooo, masz swój kwadrat").

Mąż miał sporo pomysłów na firmę, zaproponowałam szalony pomysł, byśmy najpierw wyjechali za granicę coś zarobić, by po powrocie móc coś otworzyć. Nie było łatwo, były jeszcze zamknięte granice, ale cudem udało mi się zorganizować wyjazd, a rodzice pożyczyli mi pieniądze.
Minęły lata, nie wróciliśmy, dobrze nam tu.

Co w tym anonimowego? Nigdy nie zamierzałam wracać. Mąż po jakimś czasie sam zdecydował, że chce zostać, a ja tylko przytaknęłam. To, że nie wie, że celowo go stamtąd zabrałam jest moją jedyną tajemnicą, jaką przed nim mam.

#8NzXX

Historia typu "niewidomy też człowiek z poczuciem humoru".
Siedzę z mamą w poczekalni, kolejka do gabinetu lekarskiego o dziwo niewielka. Od kilku sekund gdzieś na końcu korytarza to pokazuje się, to znika jakaś postać. W końcu niepewnym krokiem, z wolna zaczyna przemieszczać się w naszą stronę. Dopiero po chwili orientuję się, że pan ma czarne okulary i charakterystyczną białą laskę.

Akurat w tym momencie mama coś powiedziała, na co mężczyzna zwracając się w kierunku z którego dochodził głos i mówi: "Przepraszam panią bardzo. Czy byłaby pani tak miła i mogła wskazać drzwi od toalety?". Na co mamuśka wstaje, przytakuje, gorączkowo podprowadza owego pana do wskazanych drzwi i kiedy ten już wchodzi do środka, wylatuje z tekstem: "To ja może jeszcze tylko panu światło zaświecę".

Mama spaliła buraka roku, ja zaciskam zęby, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Na co pan odpowiada: "E... chyba nie ma takiej potrzeby. Pewnie znów sprzątaczka się obijała, wolę nie oglądać tego bałaganu" :D

#5Fehq

Przeczytałam dziś wyznanie, które popchnęło mnie do napisania o mojej dawnej sytuacji i o tym jak ją naprawiłam.

Moja mama wyprowadziła się od taty kilka lat temu, gdyż nigdy się nie kochali, ślubu nie mieli, a jedynym ogniwem łączącym związek byłam ja - dziecko z "friends with benefits". (rodzice dalej traktują siebie jako przyjaciół, ale mama postanowiła znaleźć swoją miłość) Moja rodzicielka zwykle zabierała mnie, gdy kończyła pracę, a wieczorem odstawiała do domu, gdyż nie miała warunków do wychowywania mnie w mieszkaniu jednopokojowym. Z ojcem spędzałam weekendy. Moja historia zaczęła się, gdy mamusia wyjechała za granicę na 5 miesięcy, ponieważ miała problemy finansowe. Ojczulek, mimo iż mu pomagałam, nie wyrabiał ze mną na głowie, gdyż dużo pracował w domu, gdy teoretycznie nie powinien pracować. Niestety, stwierdził iż alkohol będzie idealnym sposobem na wyluzowanie się. Zaczęło się od 1 piwa, a skończyło się na kilku drinkach dziennie, ale zawsze na następny dzień pamiętał co się działo.

Pewnego dnia, gdy miałam 16 lat, postanowiłam to skończyć. Moim pierwszym planem było zabranie kluczyka do barku, gdzie stał mocniejszy alkohol, a pozostawienie mojemu tacie dostępu tylko do 2 piw, które były w lodówce. Nie wyszło, gdyż tata wziął spinacz i nim otworzył barek. Za drugim razem przygotowałam się bardziej. Udałam się do sklepiku, w którym nieletnie dresy kupują alkohol i zakupiłam spirytus. Po powrocie do domu otworzyłam barek i zamieniłam wódkę ze spirytusem, a do soku pomarańczowego dolałam wódki. Mój tata uchlał się tego wieczora do nieprzytomności. Następnego dnia wstałam o 6 (mój tata budził się o 7,a do pracy szedł na 8:30) i wykonałam piękną charakteryzację rany na brodzie i łuku brwiowym, którą przykryłam plasterkami. Gdy tata wstał, spytał się co się stało odpowiedziałam mu, iż po pijaku mnie pobił. Tego samego dnia zobaczyłam go szukającego terapii dla alkoholików, oraz terapii rodzinnej.

#Fdlhj

Tak, tak... Nie jest to "takie anonimowe jak dawniej", ale nie jest też o sebkach i ślubach. Pocieszna, zwyczajna sytuacja bez kalafijorów.

Jadę pociągiem "intersiti" do Szczecina. W przedziale 5 osób - ja, spokojny starszy pan w słuchawkach, bardzo szczupła ładna blondynka w marynarce (ok. 20 lat) zaczytana w (sądząc po mrocznej okładce) thrillerze bądź kryminale i gderliwe małżeństwo, które mentalne zatrzymało się w komunie.

Facet narzeka na żonę, ona go ignoruje. Usiłuje pomarudzić na "dzisiejszą Polskę" i ostatni mecz Polaków do pana w słuchawkach, ale także został zbyty uśmiechem i pokiwaniem głowy. Mnie jakoś oszczędził, przyszedł czas na jadącą naprzeciw mnie elegancką dziewczynę. Gapi się na nią bazyliszkowym wzrokiem i zaczyna litanię.
- Ta dzisiejsza młodzież... Kto to widział, żeby damy czytały takie paskudne książki! W ogóle kobiety nie powinny czytać... A jeździć same? Przecież to nie wypada... Mężczyzny się słuchać, gotować, o...

Laska go ignoruje. Wyjmuje z plecaka jabłko i dalej zaczytana, chrupie je.

- A fe... Jabłka ze skórką! Przecież to damom nie wypada... Obrane, pokrojone, to to jeszcze... A czemu takie małe? Jabłko musi być duże i czerwone, inaczej to nie jabłko...

Laska dalej go ignoruje. Postanowił zabrać się za komentowanie jej wyglądu (szczupła, wyglądająca na wysportowaną, ubrana w rurki, marynarkę i bluzkę w paski podkreślającą jej szczupłość. Czarne kreski pod oczami, wygolony bok głowy).

- Kobieta to powinna mieć ciało. Jak najwięcej! A nie... yhh... I kto to widział, żeby dama sobie wygalała pół głowy?! Nie rozumiem, dzisiejsza młodzież...

Dziewczyna się chyba poirytowała. Odłożyła książkę, delikatnie odwróciła głowę w stronę marudy i z uśmiechem, spokojnie odpowiedziała:
- A kto to widział, żeby stary facet jeździł pociągiem? Toż to czas na trumnę... I co to za bańdzioch? Przecież mężczyzna powinien być wysportowany. A taki nieogolony?! Jak mężczyzna może tak w ogóle z domu wyjść... I dlaczego te bagaże stoją na korytarzu? - Wskazała na dwie wielkie walizki małżeństwa, które stoją na korytarzu. - Przecież prawdziwy facet to powinien je wrzucić na półkę jednym paluszkiem!

Po czym znów wróciła do lektury. Facet chyba ma przydeptane ego. Poczerwieniał i zamilkł, a jego żona śmieje się pod nosem.

Brawo laska! Zachowanie adekwatne do wyglądu - dosadne, aczkolwiek dystyngowane. Miło, że "dzisiejsza młodzież" umie dać inną ripostę niż "spie..alaj".

#QCfEo

Niedawno wprowadziłam się do nowego mieszkania, gdzie wynajmuję pokój. Jestem studentką, a aktualnie codziennie pracuję w pełnym 8-godzinnym wymiarze godzin. Dzisiaj po pracy postanowiłam po raz pierwszy od kiedy mieszkam w nowym miejscu odkurzyć dywan w moim pokoju.
Kiedyś już sprawdzałam, jak działa odkurzacz w mieszkaniu. Uznałam wtedy, że ze starości jest bardzo słaby, albo trzeba w nim wymienić worek, bo prawie w ogóle nie wciąga brudu. Ale posprzątać trzeba, więc postanowiłam sprawdzić jak działa w praktyce.
Wyciągnęłam go, podpięłam do kontaktu i zaczęłam odkurzać. Nie zdziwił mnie fakt, że właściwie w ogóle nie wciągał brudu z dywanu, więc po kilku dość męczących próbach zrezygnowałam. Wyłączyłam go wyłącznikiem i wciągnęłam kabel. I dopiero wtedy zobaczyłam, że rura, którą chciałam odkurzać, nie była podpięta do wylotu odkurzacza...

PS Po poprawnym wpięciu wszystkich części nadal nie grzeszył dobrym działaniem, ale jakoś poszło.
Ale swojemu chłopakowi o tym nie powiem, bo miałby ze mnie niezły ubaw ;)

#h0Pmf

Historia przypomniała mi się, jak przeglądałem strony p0rno...

Mam rodzinę w USA, do której rodzice wysłali mnie parę lat temu na całe wakacje, żebym podszkolił angielski. Codziennie (poza weekendami) chodziłem na kurs, poza tym spędzałem czas z rodziną, przede wszystkim z kuzynem w podobnym wieku, który z kolei chciał ćwiczyć swój polski.

Moje imię jest dość trudne do wypowiedzenia dla obcokrajowców, nawet jak je wymawiali, to z akcentem, co mnie strasznie denerwowało. Zauważyłem, że Amerykanie często posługują się swoimi inicjałami, co mi się spodobało, więc postanowiłem, że będę się przedstawiał właśnie inicjałami - BJ.

Pierwsza okazja do użycia mojej ksywki pojawiła się dość szybko - przedstawiłem się tak kolegom kuzyna. Wydawało mi się, że lekko ich to rozbawiło, ale Amerykanie ogólnie są wiecznie weseli, wiec stwierdziłem, że się podśmiewają z mojego akcentu czy coś.

Od tamtej pory zawsze i wszystkim przedstawiałem się jako BJ i reakcja często była podobna jak za pierwszym razem, tj. dziwny uśmieszek na twarzy. W końcu zapytałem się o to mojego kuzyna (a było to już pod koniec mojego pobytu) i ten powiedział mi, że BJ to powszechnie używany skrót od blowjob, czyli robienia laski. Nie mówił mi tego wcześniej, bo go to strasznie bawiło. I tak całe wakacje przedstawiałem się wszystkim jako blowjob.
Dodaj anonimowe wyznanie