#2rffR

Jestem kolekcjonerem noży.
Pewnego razu byłem w Biedronce, gdy przyszedł mi SMS. Byłem wtedy już w kolejce do kasy. Telefon miałem w tylnej kieszeni, a nóż w przedniej. Pomyliło mi się i wyciągnąłem nóż sprężynowy, przy okazji niechcący go otworzyłem.
Kasjerka i wszyscy ludzie dookoła myśleli, że chcę zrobić napad na Biedronkę, ja szybko schowałem nóż, ale i tak wszyscy patrzyli lekko przerażeni.

Przede mną w kolejce stała starsza pani, gdy schowałem nóż, powiedziała: "Chłopaku, mogłeś okraść wszystkich, ale mnie byś nie miał z czego, bo ZUS mi wszystko zapie*dolił" :D

Dodam tylko, że staruszka wyglądała jak taka typowa babcia, co lepi pierogi i robi szaliki dla wnuków :D

#cQj3g

Na studiach mieliśmy wykładowcę z ekonomii, który był najbardziej zatwardziałym szowinistą, jakiego znam. Jego pogarda dla płci pięknej była wręcz absurdalna. Złośliwe uwagi na temat kobiet, niestosowne żarty i tyrady na temat niedoskonałości kobiecego umysłu – to była norma i w zasadzie nikt się tym nie przejmował, bo facet w gruncie rzeczy był naprawdę znakomitym nauczycielem. Raz jednak zrobił numer, który na trwałe zapisał się w historii naszej uczelni.

Jako że wykład był dość późno, razem z grupą znajomych zgadaliśmy się na przerwie, aby kolektywnie dać dyla z zajęć. Nasze narady usłyszało paru innych chłopaków i wkrótce z gromadki pięciu kumpli zrobiła się wataha 20 facetów. W rezultacie cała męska część naszego roku, która miała uczestniczyć w zajęciach, pomaszerowała na piwo, zostawiając na pastwę wykładowcy same dziewczyny.

Profesor wszedł do auli, starł tablicę, otworzył dziennik, wyciągnął z szafki książki i położył je na swoim biurku, dostojnie odchrząknął i powoli przejechawszy wzrokiem po sali, mruknął: „A co to? Nikt nie przyszedł?”. Następnie zamknął dziennik, schował książki do szafki i bez słowa wyszedł z sali… Podobno dziewczyny przez dłuższą chwilę siedziały w ciszy, próbując zrozumieć co się właśnie stało.

#Fq1dB

Mam 28 lat. 4 lata temu zdradziłem swoją kobietę, chwila zapomnienia, która pozostawiła po sobie ślad w formie mojej córki Laury.
Matka Laury po 4 miesiącach poinformowała mnie o ciąży oraz o tym, że od razu po porodzie odda dziecka do adopcji. Bylem wtedy z M. 5 lat, od dłuższego czasu nam się nie układało. Jednak przyznałem jej się do zdrady oraz opowiedziałem jej całą historię z adopcją. M. płakała prawie całą noc. Gdy się obudziłem, jej już nie było. Na stole w kuchni leżała koperta, a w niej zdjęcie naszego dziecka. Miałem mieć dwoje dzieci w tym samym wieku... Poród w tym samych miesiącu, w zbliżonym terminie... M. nie odzywała się do mnie przez około 3 tygodnie. Gdy w końcu zadzwoniła, poprosiła o spotkanie. Poszliśmy do restauracji, aby pogadać na neutralnym gruncie. To co wtedy powiedziała uświadomiło mi, jakie mam szczęście.
M. oznajmiła mi, że jeżeli matka Laury zrzeknie się praw do niej, MY zostaniemy jej rodzicami. Byłem w szoku. Zdradziłem ją, a ona chciała adoptować owoc zdrady.

Obie nasze córki przyszły na świat w czerwcu. Laura 14, a Marcelina 12. Od razu załatwiliśmy wszystkie formalności. Rodzina i znajomi wiedzieli o wszystkim.

Pewnego razu gdy szliśmy na spacer, spotkaliśmy znajomego M. Spytał wtedy, która córka nie jest jej. Odpowiedziała "obie są moje, mają moje oczy, nie widzisz?".
Córki wychowujemy jako bliźniaczki. Moja żona już nigdy nie wspomniała o zdradzie ani nie traktowała Laury inaczej. Mam najwspanialsza kobietę na świecie!

#gGSHx

Mój tata uraczył mnie taką oto historią, która przydarzyła się jego wujkom.
Oboje noszą sztuczne szczęki, co jest dość istotne w kontekście historii.

Pojechali razem nad morze, wiadomo, plaża, Bałtyk, do wody wejść trzeba. Jako że fale były tego dnia dosyć duże, jeden z wujków przewrócił się i zgubił... nie, nie kąpielówki, okulary czy cokolwiek, właśnie swoją szczękę.
Zaskoczenie, panika, bo jak to tak, bez zębów?!

Woła do pomocy drugiego wujka:
- Włodek, zęby zgubiłem! Chodź, pomóż mi szukać!
A że wspomniany Włodek to taki śmieszek, postanowił zrobić drugiemu żart. Wyjął swoje zęby, włożył do wody, demonstracyjnie wyjął i krzyknął:
- Patrz, Józek! Mam! Znalazłem!
Józek ucieszony, wkłada szczękę, ale coś mu nie pasuje, wiadomo, każda szczęka pasuje tylko właścicielowi.
- Łe tam, nie moja - rzekł, po czym wyrzucił ją, daleko, daleko w morze...

Żadna ze szczęk się nie znalazła, obydwaj do końca wakacji byli skazani na zupki i budynie :D

#54B3W

Opowiem wam historię, której niesamowicie się wstydzę, ale nie chcę, żeby ktokolwiek inny popełniał mój błąd.

Byłem wtedy sam od kilku miesięcy. Przez przypadek poznałem pewną dziewczynę. Wracała z imprezy. Uderzyła we mnie barkiem, zatoczyła się i wtedy ja - przystojniak z refleksem - uratowałem ją od upadku. Nawet mi nie podziękowała, jej koleżanki nie dały nam nawet sekundy na zapoznanie się. Wyrwały ją z moich ramion i śmiejąc się zniknęły w bocznej uliczce.

Minęło kilka dni i wtedy pod kolejnym durnym postem na fejsie zobaczyłem komentarz, z którego uśmiechała się do mnie najsympatyczniejsza twarz na świecie, którą uratowałem przed upadkiem. Postanowiłem działać. Napisałem, bo co innego mogłem zrobić?

Rozmawialiśmy bardzo długo i bardzo dużo. Była bardzo nieśmiała, na krótki spacer dała się wyciągnąć dopiero po kilku miesiącach internetowej znajomości. Poprawiała mi humor, była najbardziej pozytywną i zakręconą osobą na świecie. Myślała o poważnych sprawach w sposób tak komiczny, że nawet największy gbur by się uśmiał. Zakochałem się po uszy.
Pierwszy sygnał dała mi całując mnie w policzek. Nie mogłem odpuścić. To była dziewczyna moich marzeń! Wyrozumiała, zabawna, dziewczęca, prosta i taka moja. Dokładnie taka, jaką chciałem.
Było nam razem cudownie, aż do momentu wybuchu mojej zazdrości.

Koleżanki, wyjścia - zrezygnowała dla mnie ze wszystkiego, a ja i tak nie potrafiłem jej zaufać. Nie chodzi o to, że coś zrobiła, bo była zawsze szczera. Jestem draniem, nie znoszę ludzi i nie ufam im. Widziałem, jak ją bolało moje zachowanie i zostawiłem ją, ale nie mogłem żyć bez niej. Nie zauważyłem momentu, kiedy wszystko stało się obsesją. Ona żyła w klatce, a ja kontrolowałem wszystko wokół niej. Mimo to nadal była, kochała mnie, co doceniłem po czasie, bo wtedy uważałem, że wciąż mnie okłamuje i umawia się z innymi. Myślałem, że to co mówi o naszej miłości to brednie.
Przestałem ją lubić, mimo to wciąż kochałem. Zostawiłem ją. Błagała mnie, mówiła, że kocha, jest szczera, że nigdy mnie nie zawiodła, że wszystko mi wybaczy. Nie wróciłem. Byłem dzieciakiem, znienawidziłem w niej wszystko. Jej bujne włosy, wielki uśmiech, kocie oczy, kiedyś najpiękniejsze na świecie, były dla mnie nie do zniesienia.
Wiem od jej koleżanek, że było jej okropnie ciężko. Nie umiała się pozbierać, bo facet, z którym wiązała przyszłość ją zostawił bez tłumaczenia.

Doceniłem ją po kilku miesiącach. Dorosłem, zrozumiałem, że była moim skarbem, że chciała dobrze i naprawdę mnie KOCHAŁA. Pisałem, dzwoniłem. Nie odzywała się. Wypytywałem jej koleżanki, mówiły, że nie umie mi wybaczyć.

Minęły dwa lata, spotkałem ją przypadkiem na ulicy. Zagadała, z uśmiechem wspomniała, że nie mam za co przepraszać, że to dawna sprawa, że teraz jest szczęśliwa z innym, że spodziewa się dziecka, że dawno mi wybaczyła.

A ja dalej cholernie żałuję, że byłem tak zazdrosny i głupi, nie potrafię sobie tego wybaczyć, bo doskonale wiem, że to mogła być ona, ta jedyna.

#2lW4S

Historia anonimowa, choć nie ze względu na mnie.

Wynajmuję mały pokoik w mieszkaniu z trójką studentów - dwoma dziewczynami i jednym chłopakiem. On - typowy syndrom Piotrusia Pana, jeżeli pojawiał się na uczelni raz w tygodniu - sukces, wiecznie zgrywał "słodką niezdarę". Niestety, moje współlokatorki absolutnie w to wierzyły i robiły za niego wszystko. Gotowały obiadki, prały ubrania, sprzątały jego "przydział", ba!, nawet jego sypialnię. Wprawdzie absolutnie tego nie rozumiałam, ale w końcu nie moja sprawa. Aż do czasu.

Do czasu, w którym nasze współlokatorki postanowiły wyjechać na 2-tygodniowy kurs, zostawiając naszą dwójkę w mieszkaniu.

1 dzień. Przywitał mnie, siedząc przy stoliku w kuchni, nerwowo tupiąc nogą i posyłając mordercze spojrzenia. Zresztą od razu fuknął, że co to ma być, budzi się, patrzy do lodówki, a tam pusto! Nie ma z czego nawet kanapki sobie zrobić! Przeze mnie musiał opuścić wykład!

Przytaknęłam i spokojnie przypomniałam mu, że przecież sama śniadań nie jadam, więc będzie musiał o takie rzeczy zadbać. Myślałam, że zabije mnie tym spojrzeniem. Tym bardziej, kiedy zdał sobie sprawę, że idę na uczelnię, a nie do sklepu.

Wieczorem, wracając absolutnie wykończona z uczelni, z ulgą wpadłam na kuchni. A tam, pan milusiński, właśnie zadowolony kończył jeść moją lazanię. Lazanię, w pocie czoła zrobioną z produktów ukradzionych mamie, jedyny powód, dla którego przetrwałam ten koszmarny dzień...

Uśmiechnął się i stwierdził, że porcja trochę mała, a on woli bardziej "konkretne rzeczy", ale w sumie całkiem przyzwoicie mi to wyszło.

Kiedy poprosiłam, żeby chociaż umył talerz, mruknął coś o siłowni i wyszedł.

2 dzień. Zostawiłam mu staranną rozpiskę z równym podziałem obowiązków i informacją, że tego dnia ma za zadanie powycierać podłogę w kuchni i przedpokoju.

Zniknął na cały dzień, do mieszkania wślizgnął się grubo po północy.

3 dzień. Wtargnął wściekły do mojego pokoju i zaczął wrzeszczeć, że co to ma być, że cała podłoga w jego sypialni się lepi, jest brudno, nie miał czego założyć, bo pranie nie zrobione i że mam się nie dziwić, że chłopak ze mną zerwał, skoro nie potrafię utrzymać porządku. Kiedy zwróciłam mu uwagę, że sam może powycierać podłogę we własnej sypialni, uznał, że nie będzie sprzątał skoro kobieta jest w mieszkaniu i nazwał mnie szurniętą feministką.

4 dzień. Wchodzę do mieszkania i od razu zauważam, że ktoś był w moim pokoju. Wielki bałagan, rzeczy powyrzucane z szuflad, armagedon. Mój współlokator przyznał, że zepsuły mu się słuchawki, więc pomyślał, że weźmie sobie moje. I gdybym miała je na wierzchu, to nie zrobiłby bałaganu.
Ja za to zrobiłam mu taką awanturę, że sąsiedzi zmartwieni przyszli sprawdzić, co się stało.

5 dzień. Wyjechał na półtora tygodnia do mamy :D

#9WqeX

Chodziłam do szkoły w latach 80./90. Miałam nauczyciela, który był gejem. Był to nauczyciel z pasji, który naprawdę potrafił uczyć, a nie tylko pędzić z materiałem. Po godzinach udzielał korepetycji, żeby pomóc uczniom, którzy gorzej sobie radzili.
Niestety jak to bywa, niektórzy uczniowie nie zamierzali się uczyć i chciał czy nie chciał, pan Marek musiał wystawiać im gorsze oceny. Co więc wymyślili chłopaki, żeby się zemścić?
Wymyślili, jak im się wydawało, zemstę idealną. Jeden z drugim zapisał się na korki do pana Marka i w ciągu kilku tygodni po kolei zaczęli "wyznawać" rodzicom, że ten ich dotykał. Za argument przemawiający za jego winą oczywiście każdy uznawał fakt, że pan Marek był gejem, więc według niektórych osób na pewno też musiał być pedofilem.

Wywiązała się niezła afera, pan Marek został odsunięty od pracy. W końcu po wielu miesiącach chłopaki przyznali się do tego durnego planu i nauczyciel został oczyszczony z zarzutów, po czym wrócił do pracy. Niestety łatka pedofila przylgnęła do niego na dobre. Wielu rodziców nie dawało wiary jego niewinności i zaczęli przenosić synów do innych szkół. Pan Marek miał po prostu przechlapane. Raz nawet został pobity przez ojców. Uczniowie z niego szydzili, nie tylko w mojej klasie, ale w całej szkole. O ile wcześniej na jego lekcjach był spokój, tak potem jak tylko wchodził do klasy, zaczynały się jakieś durne zaczepki ze strony chłopaków.

Od czasu jak to się zaczęło, pan Marek przychodził na lekcje wyraźnie przybity. Wcześniej tryskał energią i widać było, że lubił swoją pracę, ale po tym wszystkim stał się dosłownie wrakiem. Czasami po prostu siadał i tępo patrzył w okno, momentami w ogóle nie zwracał uwagi na otoczenie.
Wielu rodziców bardzo długo wierzyło w pomówienia i wysyłali petycje, by szkoła go zwolniła, bo oni się boją o swoje dzieci. Szkoła oczywiście te petycje miała gdzieś i nikt nie zamierzał go zwolnić. Pamiętam, że zwołano nawet specjalne zebrania rodziców, na których wychowawcy klas chcieli położyć kres plotkom. Niestety to niewiele dało, pamiętam, że moja matka też nie uwierzyła w niewinność nauczyciela i jak wiele innych matek i ojców rozpowiadała te plotki dalej. Wkrótce całe miasto miało pana Marka na tapecie, nie mógł nawet spokojnie zrobić zakupów. Kiedyś spotkałam go w sklepie i ekspedientka odmówiła mu sprzedaży, wyzywając od zboczeńców.

Dwa lata po tym, jak skończyłam szkołę, dowiedziałam się, że pan Marek popełnił samobójstwo. Nie wytrzymał presji.
I mam nadzieję, że chłopaki którzy wymyślili tę durną zemstę czują wyrzuty sumienia i że karma do nich wróci prędzej czy później za zniszczenie człowiekowi życia. Jeden z tych chłopaków rok temu zginął w wypadku i może zabrzmię jak ostatni cham, ale nawet nie jest mi go żal, ma za swoje.

#USs7r

Kiedyś na biologii nauczycielka wysłała mnie po coś na zaplecze (pełno na nim było wypchanych królików, kur, bażantów).
Ja niezdara coś tam popchnąłem i narobiłem trochę hałasu, biologica po zbadaniu sprawy weszła do klasy i powiedziała:
- To tylko Paweł zwalił ptaka na zapleczu.

#16QOD

Kiedyś z kumplem zmotaliśmy się na sztukę zioła. Dzwonimy do dilera, mówi, że jest dostępny i żebyśmy podeszli pod jeden z kościołów w moim mieście, a on będzie tam na nas czekał.

No więc stoimy pod tym kościołem już tak z kilka minut i ja, podirytowany czekaniem, mówię do kolegi, by do niego zadzwonił. Wyciągnął telefon, wybrał numer i dowiedział się, że mamy jeszcze chwilę poczekać. Minęło jeszcze kilka minut i przyszedł, a raczej wyszedł z kościoła. Nasz diler, ministrant w komży :D
Dodaj anonimowe wyznanie