#2lW4S
Wynajmuję mały pokoik w mieszkaniu z trójką studentów - dwoma dziewczynami i jednym chłopakiem. On - typowy syndrom Piotrusia Pana, jeżeli pojawiał się na uczelni raz w tygodniu - sukces, wiecznie zgrywał "słodką niezdarę". Niestety, moje współlokatorki absolutnie w to wierzyły i robiły za niego wszystko. Gotowały obiadki, prały ubrania, sprzątały jego "przydział", ba!, nawet jego sypialnię. Wprawdzie absolutnie tego nie rozumiałam, ale w końcu nie moja sprawa. Aż do czasu.
Do czasu, w którym nasze współlokatorki postanowiły wyjechać na 2-tygodniowy kurs, zostawiając naszą dwójkę w mieszkaniu.
1 dzień. Przywitał mnie, siedząc przy stoliku w kuchni, nerwowo tupiąc nogą i posyłając mordercze spojrzenia. Zresztą od razu fuknął, że co to ma być, budzi się, patrzy do lodówki, a tam pusto! Nie ma z czego nawet kanapki sobie zrobić! Przeze mnie musiał opuścić wykład!
Przytaknęłam i spokojnie przypomniałam mu, że przecież sama śniadań nie jadam, więc będzie musiał o takie rzeczy zadbać. Myślałam, że zabije mnie tym spojrzeniem. Tym bardziej, kiedy zdał sobie sprawę, że idę na uczelnię, a nie do sklepu.
Wieczorem, wracając absolutnie wykończona z uczelni, z ulgą wpadłam na kuchni. A tam, pan milusiński, właśnie zadowolony kończył jeść moją lazanię. Lazanię, w pocie czoła zrobioną z produktów ukradzionych mamie, jedyny powód, dla którego przetrwałam ten koszmarny dzień...
Uśmiechnął się i stwierdził, że porcja trochę mała, a on woli bardziej "konkretne rzeczy", ale w sumie całkiem przyzwoicie mi to wyszło.
Kiedy poprosiłam, żeby chociaż umył talerz, mruknął coś o siłowni i wyszedł.
2 dzień. Zostawiłam mu staranną rozpiskę z równym podziałem obowiązków i informacją, że tego dnia ma za zadanie powycierać podłogę w kuchni i przedpokoju.
Zniknął na cały dzień, do mieszkania wślizgnął się grubo po północy.
3 dzień. Wtargnął wściekły do mojego pokoju i zaczął wrzeszczeć, że co to ma być, że cała podłoga w jego sypialni się lepi, jest brudno, nie miał czego założyć, bo pranie nie zrobione i że mam się nie dziwić, że chłopak ze mną zerwał, skoro nie potrafię utrzymać porządku. Kiedy zwróciłam mu uwagę, że sam może powycierać podłogę we własnej sypialni, uznał, że nie będzie sprzątał skoro kobieta jest w mieszkaniu i nazwał mnie szurniętą feministką.
4 dzień. Wchodzę do mieszkania i od razu zauważam, że ktoś był w moim pokoju. Wielki bałagan, rzeczy powyrzucane z szuflad, armagedon. Mój współlokator przyznał, że zepsuły mu się słuchawki, więc pomyślał, że weźmie sobie moje. I gdybym miała je na wierzchu, to nie zrobiłby bałaganu.
Ja za to zrobiłam mu taką awanturę, że sąsiedzi zmartwieni przyszli sprawdzić, co się stało.
5 dzień. Wyjechał na półtora tygodnia do mamy :D
Gratuluje cierpliwości, ja bym go słownie rozszarpała już po pierwszym dniu, jak by wziął moją lazanie. Na szczęście nigdy nie musiałam mieszkać na stancji, ale nie wyobrażam sobie znosić takiego chamstwa pod jednym dachem.
Mało go załatwiłaś. Za samo zjedzenie z premedytacją mojego żarcia, zrobiłabym mu piekło. Wtargnięcie do prywatnego pokoju, to już grubo cios poniżej pasa. Nie dostał żadnej nauczki, przeczeka trudny okres u mamy i wróci, gdy koleżanki także będą w mieszkaniu. Za to ciebie będzie miał za feministkę. Jedyna droga teraz, to nauczyć rozumu koleżanek.
a co złego jest w byciu feministką? Mówienie "nie" i stawianie jakichkolwiek granic jest od razu oznaką że coś jest z osobą nie tak? Nie mylcie ludzie feminizmu z faszyzmem
Mówienie "nie" i stawianie jakichkolwiek granic jest po prostu zwykłą asertywnością, której niektórym brakuje.
Termin "feministka" nabrał negatywnego wydźwięku dzięki agresywnym lesbobabochłopom, które m.in. obrażały się na naturę za to, że mężczyźni mogą sikać na stojąco a kobiety mają z tym większa gimnastykę. W związku z tym wymyśliły lejki, żeby osoby humanoidalne, nieidentyfikujące się jako kobiety choć obdarzone żeńskim aparatem oddawania moczu, mogły sikać do pisuaru w męskiej toalecie.
Nigdzie nie napisałam, że feministka to coś złego. Autorka sama napisała, że gościu tak ja nazwał. Podsumowałam po prostu sytuację :) gościu nic nie zrozumiał, taki jest morał, ma swoje przekonanie co do autorki. Dopiero reakcja koleżanek może tu pomoc.
Serio tacy ludzie istnieją? Niezła patologia. Dziwie się jak mozna sprzatać po obcej osobie i gotować jej zarcie. Musiał miec niezły bajer.
Nie chce mi się wierzyć, że dwie studentki tak się dały wrobić w usługiwanie obcemu typowi w studenckim mieszkaniu. Na szczęście jedna jedyna mądra autorka ma mózg i się nie dała.
Pewnie go mamusia w domu we wszystkim wyręcza i później wyrasta taka niedojda za którą trzeba wszystko robić. Znam takiego, dorosły chłop, a matka mu jeździ do wynajmowanego mieszkanka jedzenie na cały tydzień zawieźć i pranie zrobić i mówi, że mu szuka żony która ją zastąpi. Chyba się nie doczeka ;)
Nie do wiary.
Czytając o twoich współlokatorkach, ale też obserwując świat, zastanawiam się, czemu tak duża część ludzi nie jest zdolna do sprzeciwu, czemu ludzie pozwalają sobą pomiatać. I to w domu, w pracy, w szkole. Przecież szkoda życia na bycie ofiarą.
I z drugiej strony, przykre jest to, że pozostała część jest zdolna do pomiatania ludźmi. Z czego to wynika? Kompleksy? Jakaś chora chęć dominacji?
Przez to ciągle mam na uwadze, że pokazanie słabości lub czułego punktu, szybko może doprowadzić do bycia ofiarą.
I tak z mojego życia - gdy jestem z prezesów firmy, w której pracuję, mobbingował pracowników (robił to przez długie lata, jeden przypadek skończył się rozprawą sądową) i zaczął obierać mnie za ofiarę, szeregiem działań doprowadziłem do jego degradacji. Przestał zarządzać ludźmi. Nie pozwoliłem sobie i nie pozwolę sobie wejść na głowę, choćby nie wiadomo kto to by był. A po dostaniu takiego pstryka (bo to nawet nie pstryczek) w nos, pan prezes zupełnie inny :)
Z pracą to prosta sprawa - strach przed tym, że jak się postawisz to cie wywalą. Ja tak robiłam w mojej pierwszej pracy. Znosilam docinki, opierdol za nic i żałuję. Postawiłam się dopiero pod koniec gdy i tak miałam odchodzić I od tamtej pory stwierdziłam, że już nigdy więcej nie dam sobie wejść na głowę.
To jest warunkowanie od dzieciństwa. Koleżanki były nauczone usługiwania braciom jak były małe i tylko one i matka sprzątały w domu i gotowały, a chłopak był nauczony, że się koło niego skacze. Prosty i typowy schemat.
Jak można być taką pi**ą, żeby sobie nie potrafić po sobie posprzątać, czy zrobić sobie czegoś do jedzenia. Chociaż te współlokatorki to też niezłe kretynki.
Ja bym zrobiła jedzenie na drugi dzień i nasypała tyle środka przeczyszczającego że więcej by nie ruszył nic ;)
Za ruszenie żarcia zabiłabym! ;D