Mieszkam na wsi (jestem nastolatkiem, ale nie będę podawał wieku). Kilka miesięcy temu zmarł mój dziadek. Był dość żywiołową osobą. Wykonywał wiele prac ogrodowych. Domowników (aktualnie mieszkam z matką, babcią, siostrą, i jej 5 letnią córką (moja siostrzenicą) traktował z góry, mieliśmy go już trochę dość, ale dawałem radę z nim nawet żyć. Jestem osobą rozwiniętą intelektualnie, bardzo dobre wyniki szkolne, interesuje się badaniami naukowymi, ekonomią, polityką, merytoryczną argumentacją, psychologią, socjologią, chemią, fizyką (np. kwantową). Od śmierci mojego dziadka, myślałem, że w końcu odetchnę pełnią życia. O zgrozo, jak bardzo się myliłem.
Mojej matce w skrócie odbiło. Pracuje za bardzo mało, nie robi w swoim życiu nic by zarobić więcej, ale uważa, że jest Panią świata, tylko wszystko jest przeciwko niej. Przez kilka miesięcy szkoły nie mam prawa na wiele rzeczy. O kompie - pomarzyć. Argumentuje mi to tym, że muszę się uczyć, a odpoczywać będę w wakacje, nawet jeśli przez cały rok szkolny nie spędziłem minuty nad książką, bo wszystko wynoszę z lekcji (bardzo łatwo się uczę).
Ale gdy nadchodzą wakacje, codziennie przez 7 godzin, do skończenia jej pracy (nie mam nawet własnego pokoju bo od początku pandemii zrobiła sobie z mojego pokoju biuro i tak się jej spodobało, że chyba zostanie na stałe) muszę się zajmować dzieckiem. Potem przez kolejne kilka godzin, nie mam prawa zająć się czymkolwiek produktywnym, bo zaraz zaczyna się wołanie mnie co 2 minuty do robienia gówna typu wynoszenie po 1 butelce, byleby dać mi robotę. Potem zostaje mi (przypominam - w wakacje) może 3 godziny życia.
Każde moje osiągnięcie jest warte jakieś 3 minuty (przy dobrych wiatrach) jej uwagi, a każde potknięcie, często małe, godziny, dni, czasem tygodnie wypominania (przez jedną kłótnię potrafiłem spędzić miesiąc życia leżąc na łóżku śpiąc albo gapiąc się w ścianę).
Uważa, że we wszystkim powinienem się z nią zgadzać, powinienem być dosłownie kopią jej samej. Nie zgodzić się z nią, to zadanie, którego komandos bałby się podjąć, (ale mimo to i tak to robię, bo wolność cenię bardzo mocno). Oczywiście wmawianie mi, że mam wypaczoną psychikę i jestem nic nie wart, jest na porządku dziennym. Nawet jeśli nie mówi tego wprost, co i tak się zdarza.
Oczywiście ona twierdzi jednak, że wszystko jest normalnie, bo przecież, nie za******lam cały dzień w polu i nie kopię ziemniaków...
Dziś powiedziałem jej, że jak tak dalej mam być traktowany, to jak już zarobię wystarczająco, to się wyprowadzę i zostanie sama (jedna z moich sióstr już podjęła tą decyzję, praktycznie brak kontaktu od kilku lat, a ta z którą mieszkam ciągle się kłócą - prosiła mnie kilka lat temu bym w przyszłości tego nie zrobił). Oczywiście wtedy stwierdziła, że jestem gówniarzem bez kultury.
Generalnie, tak to się żyje w tej Polsce.
Przedstawię Wam moją historię - to jak uczyłam się od nowa miłości, jak poznawałam swoje dziecko i jak zrozumiałam, że tolerancja to coś naprawdę ważnego.
Jestem dorosłą kobietą, mam dobrą pracę i syna w liceum - wychowuję go sama. Chłopak świetny - kulturalny, pomocny, nieźle się uczy, wiecie, marzenie każdej matki.
Kilka miesięcy temu zauważyłam, że coś go gryzie - chodził zamyślony, smutny, zamykał się w swoim pokoju, więc zapytałam go prosto z mostu co się dzieje. Po chwili wahania odpowiedział, że jest gejem i że nie chce już tego przede mną ukrywać. Ja przeżyłam niemały szok, on się popłakał, zaczął mnie przepraszać, a ja jak głupia stałam i się tylko na niego patrzyłam.
Sytuacja między nami dość napięta - on unikał mnie, ja nie zaczynałam rozmowy, aż do pewnego dnia, kiedy przyprowadził do domu pewnego chłopaka (nazwijmy go A.). Przez cały dzień widziałam, jak A. się na niego patrzy, jak delikatnie go szturcha, daje jakieś sygnały, więc w pewnym momencie mój syn wyrzucił z siebie jedno słowo, tak szybko, jakby miał nadzieję, że nie zrozumiem. ''MamochcęcipowiedziećżeA.ijaspotykamysięodpewnegoczasu''. Drugi mój szok, nie powiem, byłam nieźle zaskoczona, nie zła, ale... hm, może zawiedziona? Nie mam pojęcia, nie wiem co czułam, ale wiem, że nie dałam tego po sobie poznać. Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że bardzo się cieszę. Mina syna na zawsze pozostanie mi w pamięci, jestem tego pewna, a mina A., no cóż...bezcenna.
Zaakceptowałam syna, pozwoliłam, żeby A. bywał u nas codziennie, on powoli wdrażał się w naszą rodzinkę i naprawdę go polubiłam. Nie było dla mnie niczym dziwnym, że zamiast obiadu dla 2 osób gotuję dla 3, że zamiast spędzać wieczór we dwójkę spędzaliśmy go we trójkę, że na Wielkanoc szykowałam dodatkowe nakrycie, że od razu zakładałam, że jak się mam gdzieś wybrać z synem, to nie pojedziemy sami. Było i jest to dla mnie coś cudownego.
Naprawdę, nie wyobrażam sobie, że mogłoby nie być z nami A. Dobrze pamiętam, jak pierwszy raz zamiast ''pani'' powiedział do mnie po imieniu, jak zamiast po imieniu powiedział ''ciociu'' i jak ostatnio zamiast ''ciociu'' bardzo nieśmiało powiedział do mnie ''mamo''. To przekonało mnie, że chcę i może powinnam dodać to wyznanie, bo pragnę zaapelować do wszystkich matek, ojców, sióstr, braci - należy zaakceptować swoje dziecko, swoje rodzeństwo takim, jakim jest, bo po pierwsze tolerancja i akceptacja są bardzo ważne w życiu człowieka, szczególnie tak młodego, a poza tym dzięki temu można zyskać nowego członka rodziny, pokochać kogoś nowego i dać mu odrobinę siebie.
Jeszcze jakiś czas temu zakończyłabym to wyznanie słowami ''Kocham mojego syna'', ale dzisiaj z całą pewnością mogę zakończyć je nieco inaczej.
Więc kochani - Kocham moich synów i jestem z nich cholernie dumna.
Taka historia ku przestrodze, a może ktoś przewartościuje swoje życie i nie popełni moich błędów... Pewnie takich historii tu było dużo, ale warto sobie uświadomić, że karmy nie ma i ona nie wraca, a oprawcy żyją sobie dobrze, ofiara ma traumę na całe życie i to życie skopane... a więc do brzegu...
Jest początek lat 80 ubiegłego wieku, jako małe dziecko pewnych rzeczy nie rozumiem, ale intuicyjnie wyczuwam, że ojciec nie jest do mnie przyjacielsko nastawiony, krótko mówiąc nienawidzi własnej córki, gdyż chciał syna i przedłużenie rodu mu się marzyło. Dla obcych dobry, spokojny człowiek, uczynny, a w domu sadysta, który bije, zastrasza mnie i matkę. Mało tego. Potem gdy pójdę do szkoły usłyszę od koleżanki jak to mój ojciec chwali się kolegom w pracy jaki ma reżim w domu i jak nas tłucze, znęca się nade mną.
Nie raz nie ćwiczę na wf, gdyż jestem cała posiniaczona albo mam pasy na całym ciele, takie czasy, że szkołę to nie interesuje, ja się boję poskarżyć, a jak już udaje mi się powiedzieć prawdę nauczycielce, to jej mąż rozmawia z moim ojcem i wpierd*l potrójny.
Będąc żoną i matką, nigdy nie zrozumiem swojej matki, która pozwalała na krzywdę swojego dziecka. Traumę mam do dziś, potrafi mi się to wszystko śnić i nie mogę spać po nocach, a trochę lat minęło. Ja, dorosła, stara kobieta nie mogę sobie z tym poradzić, terapia to piękne słowo, ale obrazy wracają i nie można się ich pozbyć, tych lat bólu, łez i bezsilności...
Jestem bardzo nerwowa i niestabilna, chociaż nauczyłam się to kontrolować, to nie zawsze się udaje...
Takie podsumowanie: jak ojciec, rodzinny dom, może pozostawić ślady na całe życie. Może nikomu tym wyznaniem nie pomogę, a może chociaż jedna osoba zastanowi się nad swoim postępowaniem albo nabierze siły i uwolni się lub swoich bliskich od oprawcy. Tacy ludzie jak mój ojciec są i będą, i tylko od nas zależy ilu ludzi skrzywdzą, i zostawią ślady na całe życie. Proszę reagujcie!
Mam 24 lata i właśnie urodziłam moje pierwsze dziecko. Poród trwał bardzo długo i z racji, że pojawiło się kilka drobnych komplikacji, lekarz zdecydował, że powinnam zostać pod obserwacją w szpitalu przez kilka dni.
Położono więc mnie w pokoju poporodowym. Takim na pełnym wypasie, bo to prywatna klinika. Wszyscy tu dosłownie chuchali i dmuchali na mnie i na maleństwo. Co kilka godzin odwiedzał mnie jeden z doktorów lub jakaś pielęgniarka. Robili mi standardowy "przegląd podwozia" i kilka szybkich badań. Zapisywali coś w kajecikach i lecieli do następnych pokoi.
No, więc leżę ja sobie, a tu otwierają się drzwi i wchodzi facet od góry do dołu odziany w taki zielony strój, na nogach ma buty ochronne, a na głowie czepek. No, nic - kolejne badanie - myślę sobie i zadzieram koszulę. Następnie z nadludzkim wysiłkiem umieszczam nogi na takich dwóch specjalnych wspornikach po bokach łóżka, aby doktorek mógł zrobić swoje i iść na dalszy obchód.
Ale ten facet stoi z takim dziwnym wyrazem twarzy łączącym w sobie zdziwienie, rozbawienie i obrzydzenie jednocześnie. Chwila trwa wieczność, aż w końcu chłopina mówi:
- Hue hue... Spokojnie, panienko. Ja tu tylko śmieci przyszedłem wyrzucić - to rzekłszy wyjmuje z kosza pełną torbę, umieszcza w nim nowy worek i kręcąc głową wychodzi z pokoju, zostawiając mnie jak tę ostatnią sierotę z podwoziem gotowym do przeglądu i twarzą krasną jak radziecki sztandar.
Jeśli organizujesz wesele w wynajętej sali czy restauracji, prawdopodobnie zostaniesz okradziony... I to na sporą kwotę.
Pracuję w eleganckiej restauracji, obsługujemy nawet kilka wesel w tygodniu. Wesela są różne, goście są różni, państwo młodzi są różni, ale większość z nich łączy jedno - w całym weselnym zamieszaniu nikt nie kontroluje co dzieje się z weselnym jedzeniem i piciem, a nawet z niektórymi dekoracjami... A co się dzieje? Kradniemy je. Kelnerzy, pracownicy kuchni, osoby sprzątające, pomoc techniczna, absolutnie wszyscy. I nie, nie mam tu na myśli poczęstowania się ciastem, sałatką, czy obiadem, bo to standard. Mam tu na myśli wynoszenie - nawet na kilka razy - toreb z ciastem, z mięsem, a już zwłaszcza alkohol - i to wcale nie ten zaczęty, ale całkiem nowe butelki.
Kradniemy rzeczy za które płacą państwo młodzi i w niesowitej większości nie mają nawet pojęcia jakie ilości picia i jedzenia nam fundują. Jeśli w ogóle się nad tym zastanawiają, to podejrzewają być może bliższą lub dalszą rodzinę, może znajomych, bo zawsze ktoś ma znajomego, który chętnie schowa do torby butelkę wódki lub dwie.
Pracownicy u nas zmieniają się dość często, ale każdy w końcu zaczyna kraść, każdy. Jak ich przekonujemy, żeby dołączyli do nas, a nie zaczęli donosić? Mówimy im, że przecież mało im tu płacą, że mogą w ten sposób "odebrać zapłatę w naturze", tak sobie "dorobić", że nikt tego nie kontroluje, że niektórzy robią tak całymi latami, że żywią tak rodziny, że nie muszą już gotować... Czy mało nam płacą, tak serio mało? Nie, nie jest źle. Mamy stawkę godzinową, premie i napiwki, czasem nawet państwo młodzi dają nam to jedzenie, tą wódkę - tak sami od siebie - ale i tak bierzemy więcej, bo nikt tego nie kontroluje, a okazja czyni złodzieja...
Wszyscy kradną, ale między sobą nie rozmawiamy o tym ile i co, udajemy, że nie widzimy, choć zawsze widzimy... Rekordziści potrafią wynieść z wesela nawet 10 nowych butelek wódki i nieważne czy to wesele na 60 czy 160 osób. A nie dotyczy to tylko mojej restauracji, znam branżę i wiem, że tak jest w wielu miejscach.
Dlaczego to wyznaję? Ku przestrodze. Powiedzmy, że ruszyło mnie sumienie w momencie jak pani młoda płakała na koniec jednego z wesel, że nie ma już ciasta, żeby podzielić się z gośćmi, że nie ma dla nich prezentów na zakończenie imprezy. Zarzucała we łzach świeżo upieczonemu małżonkowi, że za mało zamówił, kłócili się strasznie, ale my - obsługa - wiedzieliśmy, że nie zamówił go za mało, tylko że jest ono pochowane już w naszych torbach, że część z niego już dawno wyszła z innymi pracownikami i że pewnie potem nie zjedzą nawet takiej ilości i wyrzucą je na śmieci, a ona dziś nie ma co dać swoim gościom...
Uważajcie bardzo na obsługę przy takich imprezach, nawet w najlepszych restauracjach. Bo kradną wszędzie...
Będzie to historia po części o wojnie, a raczej już po niej.
Kilka lat temu w marcu została u nas przedstawiona Wystawa Katyńska. Chyba każdy wie co się tam znajdowało, stare radia, plakaty, kartki, które ponoć pisali żołnierze podczas przetrzymywania. I właśnie o te kartki chodzi.
Na wystawę przyjechało też kilku gości, których rodzic/e byli w obozach podczas II WŚ.
Pewna pani zainteresowała się jedną kartką. I zobaczyła, że jest tam imię i nazwisko jej ojca. Miała rzadkie nazwisko, więc można było jej wierzyć. Po weryfikacji okazało się, że tą kartkę napisał do niej tata tuż przed wyjazdem z obozu.
Okrutne, że kobieta czekała 84 lata na to, żeby przeczytać list, który napisał jej tata.
Dlaczego niektórzy ludzie są tacy dziwni?
W lipcu byłem z rodzicami na wakacjach w Chorwacji. Poznałem mega fajną dziewczynę, Alę. Spoko nam się rozmawiało, ale nie martwcie się - to nie będzie żadna romantyczna historia, możecie czytać dalej. Pewnego wieczoru gdy schodziłem z rodzicami na kolację do restauracji hotelowej, zauważyłem Alicję siedzącą z rodzicami przy stoliku, pomyślałem, że się przywitam. Ogólnie wydawali się być bardzo kulturalni. Po kolacji Alicja mnie zaczepiła, czy idziemy się przejść. Rozmawialiśmy podczas spaceru i zacząłem zauważać, że Alicja chce się do mnie zbliżyć. Szczerze mówiąc, nie podobała mi się. Bardzo spoko się z nią rozmawiało, miała fajne poczucie humoru, ale traktowałem ją tylko jako wakacyjną koleżankę.
Stwierdziłem, iż zmyśle, że jestem gejem. To chyba było najlepsze rozwiązanie, żeby po prostu nie zrobiło się jej przykro, że jest brzydka czy coś.
Ogólnie mieliśmy swoje social media, bo, jak się okazało, mieszkaliśmy niedaleko siebie, bo niecałe 100 km, więc mieliśmy w planach jakiś tam kontakt utrzymywać. W sensie, rozmawiało nam się serio spoko. Po powrocie z Chorwacji moi przyjaciele piszą do mnie, czemu nie powiedziałem, że jestem gejem i że przecież zaakceptowaliby mnie tego, jakim jestem. Z początku nie wiedziałem, o co chodzi, ale gdy przyszli do mnie rodzice mówiąc, że akceptują moją orientację to nagle mnie oświeciło.
Przypomniałem sobie, że powiedziałem tak też Alicji. Ta idiotka w złości, że ją odrzuciłem postanowiła napisać do moich przyjaciół, (których swoją drogą nie ciężko było znaleźć, bo mam z nimi zdjęcia na ig), że jestem gejem i że w Chorwacji zwierzałem się jej, że nie wiem jak się do tego przyznać przed moimi bliskimi, a ona bardzo chce pomóc mi w tym. Może to brzmi śmiesznie, ale napisała to serio tak, jakby rzeczywiście była to prawda.
Oczywiście zerwałem z laską znajomość, bo to, że wyznajmila moim przyjaciołom jak i moim rodzicom, że "jestem gejem" to nic, ale dosłownie mnie prześladowała. Nigdy więcej znajomości na wakacjach i kłamania, że jestem gejem.
Postanowiłam, że od dziś zaczynam dietę.
Moja matka, nie wierząc, że mi się uda kupiła mi 10 sztuk moich ulubionych batoników. Kilka położyła na biurku w moim pokoju, a pozostałe przy łóżku. Wszystko po to, by "przetestować moją odporność na pokusy".
Trzymajcie za mnie kciuki!
Mam syna w jednej z pierwszych klas SP. Nauczyciele twierdzą, że mają z nim ogromne problemy wychowawcze (których nikt - ani my, ani osoby z naszego otoczenia nie obserwujemy w przestrzeni domowej).
W poradni pp zdiagnozowano deficyt uwagi, wydano opinię. Szkoła przez cały okres pobytu dziecka w szkole wywiązywała się jedynie z formalnych zajęć nałożonych w obowiązku przez poradnię.
Żadne inne formy pomocy podczas lekcji nie były podejmowane. A winą za to, że zachowuje się w szkole, jak furiat obarczono mnie i żonę. Syn pracował wybiórczo na lekcji, a dopiero po pół roku, przez przypadek wyszło, że ma trudności z wykonaniem zadań.
Nikt nas nie poinformował, nikt nie udzielił dziecku pomocy (a my sądziliśmy, że widocznie nie uzupełniają wszystkiego w ćwiczeniach). Doszło do tego, że nasze dziecko zostało kilkakrotnie pobite w szkole przez rówieśników. Wychowawca i pedagog obarczyli winą naszego syna. Po tym incydencie udaliśmy się z żoną do dyrektora szkoły.
Okazało się, że dyrektor miał przedstawione wybiórcze informacje o tym, co się dzieje.
Jedynym naszym wsparciem w tej sytuacji był... ksiądz katecheta. Jako jedyny zadzwonił i poinformował, jakie są problemy. Jako jedyny zainteresował się tym, co się dzieje i widząc brak współpracy ze strony wychowawcy, zainterweniował. Stanął też po naszej stronie w tym konflikcie.
Dzięki niemu dostajemy że wszystkich przedmiotów informacje o tym, co przerabiane jest w szkole i możemy popracować z synem w domu nad treściami, które były dla niego trudne. Jako jedyny podszedł do naszego syna, jak do człowieka.
Do końca życia będę mu za to wdzięczny. Bo moje dziecko było już w takim stanie, że twierdziło, że chce zniknąć z tego świata. Mimo, że nie skończyło nawet 10 lat.
Ostatnio byłam na 18 i był tam DJ, który puszczał bardzo smętną muzykę.
Na dodatek ciężko się go było doprosić o jakąkolwiek weselszą piosenkę.
Na imprezie przeważało młodsze towarzystwo i trochę zaczęło się denerwować.
Co zmieniło nastawienie DJ-a?
Dziadek jubilatki wyskoczył do niego z tekstem, że zamawia go sobie na pogrzeb :D
Dodaj anonimowe wyznanie