#mtD8l

Dziś mój kot postanowił pójść na polowanie i uznał, że świetnym pomysłem będzie zademonstrowanie mi swojej zdobyczy akurat w momencie, kiedy pracowałem przy komputerze. Straty? Laptop zalany colą (niestety nie do odratowania) i głębokie rany na moich rękach, zadane mi przez rozjuszonego szczura, który wbrew pozorom wcale nie był martwy. Właśnie wróciłem od lekarza. Dostałem zastrzyki na tężec i wściekliznę. Kot absolutnie nie robi wrażenia skruszonego...

#vbokk

Koleżanka mojej dziewczyny straciła dziecko. Przeżyło tylko dwa dni.
Jesteśmy na pogrzebie, tak sobie przed całą "uroczystością" rozmawiamy i moja ukochana mówi:
- Nie bez powodu mówi się, że najmniejsze trumny niesie się najciężej.
A ja jak ten głupi, odpowiedziałem jej na to bardzo mądrze, a mianowicie:
- A co, te trumny robi się z jakiegoś kamienia? Może z marmuru, jak myślisz?

Dużo osób to słyszało. Równie dużego zbiorowego facepalma to ja nigdy nie widziałem.

#xCxx7

Dziś mój tata oznajmił mi, że moja metoda ukrywania komputerowego folderu z pornosami jest beznadziejnie wręcz naiwna. Teraz nie wiem, co mnie bardziej przeraża - to, że ojciec wie o mojej kolekcji filmów z karłami czy to, że gdzieś w moim komputerze jest jeszcze lepiej ukryty folder z pornosami mojego taty...

#jfifn

Miesiąc temu skakałam na bungee. Być może widzieliście filmik, jak instruktor trolluje skaczącego, mi zrobili to samo.
Podczas odchylania się do skoku jeden ze śmieszków rzucił mi linę i krzyczał, że jestem nieprzypięta. Co tu dużo mówić, razem ze mną leciał deszcz, posikałam się w majty.

#2pTqi

A więc historia moich rodziców: poznali się na wykopkach, po kilku miesiącach wpadka, więc trzeba się zaręczać. Ojciec pieniędzy wtedy dużo nie zarabiał, ale postanowił zagrać romantyka i kupić pierścionek pomimo zapewnień mamy, że ślub idzie i szkoda wydawać pieniądze.
Więc kiedy mój dumny rodziciel, który do miejsca zamieszania przyszłej żony ma około 150 km, wyszedł z pociągu, dopadł go niesamowity głód. W głowie włączył się kalkulator, ponieważ w kieszeni tylko 100 zł przeznaczone pierwotnie na pierścionek i BUM! Pomysł jest. Tata wchodzi do jubilera i mówi do ekspedientki: "Proszę o najpiękniejszy pierścionek jaki pani ma, tu mam 100 zł, proszę tylko liczyć się z tym, że za resztę chcę sobie kupić zapiekankę". Kobieta w śmiech i suma summarum nawet mu cenę zniżyła :) Mama zadowolona z pierścionka, a ojciec z zapiekanki.
Romantyzm level master.

#gsVUR

Kilka razy byłam z moją siostrą w lumpeksie, moja siostra ma oko do takich spraw i bardzo często znajduje jakieś markowe ubrania, albo nawet z metką.

Pewnego razu postanowiłyśmy udać się do tego samego działu, żeby przeglądać koszulki. Rozmawiałyśmy obok siebie, przeglądając zawartość półek, do momentu, w którym na chwilę odwróciłam się w drugą stronę, bo zauważyłam jakąś ciekawą rzecz. Gdy wróciłam do poprzedniej pozycji, moja siostra wzięła do ręki jedną z koszulek, a ja wypaliłam do niej z tekstem "Nie bierz, i tak nie będzie ci pasować" (oczywiście dla żartu). Gdy tylko popatrzyłam do góry, zamiast mojej siostry zauważyłam jakąś dziewczynę, która patrzyła na mnie, jakby chciała mi coś zrobić...

Głupio mi było jak nie wiem, w końcu spaliłam buraka i po cichym "przepraszam" poszłam do wijącej się ze śmiechu siostry :)

#rV74v

Przypomniała mi się moja wycieczka szkolna w podstawówce, czwarta klasa, wszystkie dzieciaki uradowane wizją tygodniowego wypadu w góry, ja także.

Naszymi opiekunami mieli być pan dyrektor i dwie nauczycielki.

Trzeci dzień wycieczki. Ognisko. Większość z nas specjalnie nie jadła obiadu, by wieczorem móc się rozkoszować pyszną kiełbasą i ziemniakami przy akompaniamencie gitary. Po zakończonej uczcie wszyscy udali się do pokojów, by następnego dnia być w pełni sił na zwiedzanie Zakopanego. Tej nocy nie spałam zbyt dobrze, podobnie połowa innych osób. Rano niepokojące objawy ustąpiły, mi chyba jako jedynej, bo ok. 18 osób miało biegunkę i wymioty. Zostali w ośrodku z panem dyrektorem oczekując na lekarza, gdy ja wraz z resztą grupy pojechaliśmy spacerować po Krupówkach.

W trakcie drogi poczułam bulgotanie w brzuchu, zaczęło mi się robić słabo, w te pędy wygrzebałam z dna plecaka woreczki... no i stało się, mnie także dopadło zatrucie. W trakcie jazdy kilkanaście razy puściłam soczystego pawia.
Po dotarciu na miejsce ani razu nie otrzymałam pomocy ze strony opiekunów, jedyna osoba, która się mną zainteresowała i poszła do publicznej toalety, bym tam mogła kontynuować swoje męki, to pani przewodnik z biura podróży.

Jakoś dotrwałam do końca, wróciliśmy do ośrodka, zapadła decyzja: resztę wycieczki spędzę w izolatce. Cały dzień leżałam w samotności i oczekiwałam powrotu do domu, od dyrektora i pozostałych opiekunów dostałam zgodę tylko na wychodzenie do toalety, by opróżnić zawartość miski z wymiocinami stojącej obok łóżka. Odebrano mi telefon, bym przypadkiem "nie zadzwoniła do rodziców i ich niepokoiła, mają pewnie swoje obowiązki, a tobie zaraz przejdzie". Co jakiś czas przynoszono mi kilka sucharków i wodę. Gdy poprosiłam o lekarza, usłyszałam, że niestety, ale już był w ośrodku pod moją nieobecność i więcej nie przyjedzie, bo ma innych pacjentów. Stan mojego odwodnienia dyrektor sprawdzał lekkim uszczypnięciem skóry na dłoniach, po czym stwierdził, że wszystko jest w porządku.

Na ratunek przyszedł mój kolega, zakradł się do izolatki i użyczył swojego telefonu. Zadzwoniłam do mamy, na skraju wyczerpania opowiedziałam jej o całym zajściu. W ośrodku wraz z tatą była za 3 godziny, bez żadnych rozmów z dyrektorem czy nauczycielkami wzięła mnie do samochodu i od razu pojechałyśmy do szpitala. Okazało się, że mam podejrzenie zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych, silne odwodnienie, i wiele innych. W szpitalu spędziłam miesiąc, w tym czasie robiono mi liczne badania, by upewnić się, że mojemu życiu już nic nie zagraża.

Po całej sprawie mama wybrała się do szkoły, dyrektor wstawił się za nauczycielami, kuratorium nas zignorowało, bo nie było dowodów, tak że nikt żadnych konsekwencji nie poniósł.
A sanepid wykrył w kiełbaskach salmonellę.

#zXKTm

Podczas wakacji 2019 roku z chłopakami postanowiliśmy przeżyć coś ciekawego i spać na łące w namiocie. Natura, męska przygoda, wyrwanie się spod kurateli rodziców - w sumie czemu nie.
Wszystko było fajnie, do czasu kiedy gdzieś o 02:00 rano zaczęła się ulewa i zerwał się wiatr. Było nas czterech, więc cały namiot raczej nie mógł odlecieć, jednak nikt się nie spodziewał, że namiot przerwie się w pół...
Cały dach odleciał, a my zaczęliśmy moknąć na środku łąki. Wbiegliśmy więc do pobliskiego lasu i staliśmy tam do 06:00 rano, kiedy ulewa się skończyła.

Tak mi zbrzydł pobyt na łonie natury, że przez następny tydzień nie wychodziłem z domu :)

#HzXqP

Było tu kiedyś wyznanie osoby, której ojciec niedługo po śmierci żony, a jej mamy, wdał się w romans z zamężną kobietą. Przypomniała mi się ta historia po tym, jak parę dni temu odkryłam coś, co teraz mnie prześladuje i nie mam komu tego powiedzieć. A muszę to jakoś z siebie wyrzucić.

Moja mama też umarła, prawie rok temu. Chociaż do okazów zdrowia nie należała, nie była też pacjentką paliatywną. Unikała wizyt u lekarza, rozmów o zdrowiu. Ale kiedy zdrowie zaczęło jej szwankować coraz mocniej, namówiłam ją na wizytę u rodzinnego. Posłuchała na szczęście, poszła, dostała skierowanie na oddział. Zmarła w szpitalu niedługo potem. Zgłosiła się za późno.

Kilka dni temu przypadkiem dowiedziałam się, że mam młodszego brata. Dwuletniego. Mój brat, a syn mojego ojca. Geniuszem matematycznym nie trzeba być, żeby zrozumieć co to znaczy. I tak, ojciec o nim wiedział od początku, tylko ukrywał to przede mną i przed mamą. Dawał pieniądze na dziecko, brał udział w jego wychowywaniu. I cały czas nas okłamywał.

Co ciekawe, najbliższa rodzina wiedziała - zarówno z jego strony, jak i mojej mamy. Kryli go. Rozumiecie?

Skonfrontowałam się z ojcem. Nie było przyjemnie. Pytałam, jak mógł to robić mamie, jak mógł okłamywać nas obie. Byłam wstrząśnięta. Świat po prostu mi runął... I wiecie co? On uznał, że "coś mu się od życia przecież należy i nie będzie się tłumaczył". Zero wyrzutów sumienia, tylko ta niechęć do konfrontacji. Myślałam, że nie może być gorzej, ale na koniec dorzucił, że czekał, aż pójdę na studia (mam 20 lat i w tym roku składam papiery) i się wyniosę, bo chciał tu sprowadzić swoją kochankę i ich dziecko. A mieszkanie, w którym spędziłam całe życie i co do którego przysięgał, że kiedyś przejdzie na mnie, postanowił jednak oddać dzieciakowi, bo ja "jakoś sobie sama poradzę".

Wspaniały bilans. Lockdown, matura, śmierć matki, romans ojca, kłamstwa jego i rodziny. Nie ma co, rok poprzedni i obecny chyba zagonią mnie albo do psychiatry, albo do grobu.
Dodaj anonimowe wyznanie