#rV74v

Przypomniała mi się moja wycieczka szkolna w podstawówce, czwarta klasa, wszystkie dzieciaki uradowane wizją tygodniowego wypadu w góry, ja także.

Naszymi opiekunami mieli być pan dyrektor i dwie nauczycielki.

Trzeci dzień wycieczki. Ognisko. Większość z nas specjalnie nie jadła obiadu, by wieczorem móc się rozkoszować pyszną kiełbasą i ziemniakami przy akompaniamencie gitary. Po zakończonej uczcie wszyscy udali się do pokojów, by następnego dnia być w pełni sił na zwiedzanie Zakopanego. Tej nocy nie spałam zbyt dobrze, podobnie połowa innych osób. Rano niepokojące objawy ustąpiły, mi chyba jako jedynej, bo ok. 18 osób miało biegunkę i wymioty. Zostali w ośrodku z panem dyrektorem oczekując na lekarza, gdy ja wraz z resztą grupy pojechaliśmy spacerować po Krupówkach.

W trakcie drogi poczułam bulgotanie w brzuchu, zaczęło mi się robić słabo, w te pędy wygrzebałam z dna plecaka woreczki... no i stało się, mnie także dopadło zatrucie. W trakcie jazdy kilkanaście razy puściłam soczystego pawia.
Po dotarciu na miejsce ani razu nie otrzymałam pomocy ze strony opiekunów, jedyna osoba, która się mną zainteresowała i poszła do publicznej toalety, bym tam mogła kontynuować swoje męki, to pani przewodnik z biura podróży.

Jakoś dotrwałam do końca, wróciliśmy do ośrodka, zapadła decyzja: resztę wycieczki spędzę w izolatce. Cały dzień leżałam w samotności i oczekiwałam powrotu do domu, od dyrektora i pozostałych opiekunów dostałam zgodę tylko na wychodzenie do toalety, by opróżnić zawartość miski z wymiocinami stojącej obok łóżka. Odebrano mi telefon, bym przypadkiem "nie zadzwoniła do rodziców i ich niepokoiła, mają pewnie swoje obowiązki, a tobie zaraz przejdzie". Co jakiś czas przynoszono mi kilka sucharków i wodę. Gdy poprosiłam o lekarza, usłyszałam, że niestety, ale już był w ośrodku pod moją nieobecność i więcej nie przyjedzie, bo ma innych pacjentów. Stan mojego odwodnienia dyrektor sprawdzał lekkim uszczypnięciem skóry na dłoniach, po czym stwierdził, że wszystko jest w porządku.

Na ratunek przyszedł mój kolega, zakradł się do izolatki i użyczył swojego telefonu. Zadzwoniłam do mamy, na skraju wyczerpania opowiedziałam jej o całym zajściu. W ośrodku wraz z tatą była za 3 godziny, bez żadnych rozmów z dyrektorem czy nauczycielkami wzięła mnie do samochodu i od razu pojechałyśmy do szpitala. Okazało się, że mam podejrzenie zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych, silne odwodnienie, i wiele innych. W szpitalu spędziłam miesiąc, w tym czasie robiono mi liczne badania, by upewnić się, że mojemu życiu już nic nie zagraża.

Po całej sprawie mama wybrała się do szkoły, dyrektor wstawił się za nauczycielami, kuratorium nas zignorowało, bo nie było dowodów, tak że nikt żadnych konsekwencji nie poniósł.
A sanepid wykrył w kiełbaskach salmonellę.
rutabo Odpowiedz

To za słaba imbe rozkreciliście w kuratorium. Przynajmniej kilka zarzutów bym znalazl w tym ograniczenie swobody, zagarniecie mienia, narazenie na utrate zdrowia i zycia.

Ferest

W przypadku gdy któryś z nauczycieli/opiekunów był "zasłużonym" solidaruchem to był nie do ruszenia. Wszyscy co powinni robić z takimi porządek działają zgodnie z przysłowiem "nie ruszaj gówna, bo będzie śmierdzieć". Tak, do solidaruchów, tak jak do komunistów, nic nie mam - nawet szacunku.
Inna sprawa, że od pokoleń szkoła uczy bycia poddanym i obowiązków - nic o prawach. Tutaj wychodzi nie tyle nieznajomość prawa, a brak wiedzy gdzie szukać odwołań do prawa. Odwołań, które są kijem na urzędników państwowych by łaskawie ruszyli się.

czarnaskorupa

Odwołań to znaczy?
Może idiotyczne pytanie, ale ciekawość.

Ferest

Inaczej odniesienia - w tym przypadku do prawa. Choć bardziej pasowało by odniesień, ale spotkałem się ze stosowaniem jako synonimy. Chodzi by wiedzieć gdzie szukać przepisów, które pomogą udowodnić, że ma się rację lub nie. W pierwszym przypadku można od razu użyć w oficjalnych pismach takich jak urzędowe. Np. Mimo braku zapisu na ten temat w umowie, firma/osoba/urzędnik NN nie wywiązał się z zapisów Roz. X KC §1 pkt.1 (Rozdział X Kodeksu Cywilnego paragraf 1 punkt 1).
Nie jestem prawnikiem, ani tym bardziej urzędnikiem państwowym. Musiałem się tej podstawowej rzeczy, razem z próbami interpretacji, bardzo szybko sam nauczyć by nie zostać zjedzonym przez urzędników i podobnych cwaniaków.
Przy tak trudnej sytuacji jak w powyższej historii takie odniesienia są wręcz wskazane. Jednak i tak wymagałoby to konsultacji z prawnikiem - niestety niektóre przepisy można interpretować w dwojaki sposób lub po prostu mimo jasnych zapisów w prawie dany ktoś nie ruszy się.

Dodaj anonimowe wyznanie