Tę historię zrozumie każdy, kto ma starsze rodzeństwo, które ma świadomość, że z ciebie jest strachliwa istota. Nie było więc nic dziwnego w tym, że mój braciszek uznał za genialną zabawę straszenie mnie w mniej lub bardziej wymyślny sposób.
Oto kilka z nich:
- Środek nocy, ja śpię grzecznie w łóżku, gdy nagle słyszę koszmarne krzyki ze starej szafy. Pierwsza reakcja? Łeb pod kołdrę i mnie tu nie ma. Jednakże dźwięk przesuwających się po podłodze paznokci sprawił, że niczym Struś Pędziwiatr wyskoczyłam z łóżka z zamiarem ucieczki z domu. I w tym momencie mój kochany, schowany pod łóżkiem brat złapał mnie za kostki...
- Któregoś wieczoru miałam ochotę posłuchać sobie strasznych opowieści, lektor miał przyjemny głos, więc siedziałam sobie przed kompem zasłuchana w niego, gdy nagle usłyszałam skrobanie w okno. Jak się domyślacie, jak się odwróciłam, to nikogo nie było. Taki śliczny widok na bezchmurne, rozgwieżdżone niebo. Po chwili znowu to samo skrob, skrob, a ja wiedząc, że to na pewno mój brat stoi na drewutni i co chwilę kuca, postanowiłam wziąć butelkę z wodą i go oblać... Otworzyłam okno i co? Brat na mnie wyskoczył w masce z jakiegoś horroru.
- Sobota, godzina 3:00, wracam do domu narąbana jak szpak. Ledwo otwieram drzwi i jeszcze trudniej zdejmuję buty. Otwieram drzwi łączące przedsionek z salonem i co widzę? Postać w długiej białej koszuli i czarnej peruce zsuwa się po schodach jak jaszczurka? Efekt? Uciekając, walnęłam się w drzwi i zemdlałam.
- Najświeższe na koniec! Wracam po nocce w pracy, siadam na fotelu i... Usypiam jak dziecko przed jakąś hiszpańską telenowelą. A gdzie się budzę? Zamknięta w walizce na strychu.
Kocham Cię, braciszku <3
Wchodzisz do restauracji. Rozglądasz się dookoła szukając wolnego miejsca na spotkanie z mateńką. Po chwili zauważasz idealne miejsce, znajdujące się tuż koło stolików dwojga zakochanych i starszego pana z wnuczką. Cudnie. Zasiadasz tam, oczekując na swoją rodzicielkę. Pojawia się coraz to więcej ludzi. Robi się mały tłok, ale sytuacja zostaje opanowana. Wszystkie miejsca zajęte. W końcu pojawia się matula. Radość ze spotkania, buziaczki, pitu pitu... Lecz cóż to? W restauracji powstaje zamieszanie. Przewlekasz spokojnie spojrzeniem po wszystkich tu zgromadzonych, aż w końcu dostrzegasz...To chłopak siedzący przy sąsiednim stoliku klęka na jedno kolano przed swoją wybranką.
Zapada cisza.
Pada to najważniejsze pytanie. Niemal każdy oczekuje w napięciu, czy będzie mu dane bicie brawa dla świeżo upieczonych narzeczonych, czy też może smutne pokiwanie głową nad losem chłopaka. Usta dziewczyny formują się już w odpowiedź. Atmosferę można ciąć nożem. Wtedy w akcję wkracza telefon. Twój telefon. I jego dźwięk połączenia przychodzącego. W sali rozbrzmiewają na maksymalną głośność ''Orki z Majorki''. Wszyscy patrzą na ciebie, łącznie z klęczącym chłopakiem oraz dziewczyną z rozdziawioną buzią.
K***a mać.
Moją historię, nieco skróconą, wyraziłem w komentarzu do wyznania byłej prostytutki, która sprzedawała się, aby mieć pieniądze na leki dla chorej matki i jedzenie. Moja historia miała miejsce dawno temu, czyli około 12 lat wstecz.
W moim domu rodzinnym nigdy się nie przelewało (w sensie, że nie jeździliśmy najdroższymi autami, nie mieliśmy willi z basenem, markowych ubrań itp.). Ja jako 10-11-letni wypierdek nigdy na to nie narzekałem, wiedziałem, że inni mają gorzej i żyją. Tak miał właśnie mój kolega z klasy. Nie pamiętam dnia, żeby kiedyś przyniósł do szkoły coś do jedzenia, żeby miał wyprasowane ubrania, ale za to zawsze miał uśmiech na twarzy. Zakumplowałem się z nim od razu. I wtedy zauważyłem, że za tym uśmiechem kryje się całkiem inny człowiek - głodny, smutny, biedny, nieśmiały i cichy. Dowiedziałem się od innych rówieśników jaka jest sytuacja. Postanowiłem coś z tym zrobić, pomóc mu, bo inni tylko śmiali się i wytykali go palcami.
Akcję ratunkową zacząłem następnego dnia: uzbrojony w drugie śniadanie, ulubionego batona i banana wyruszyłem do szkoły, gdzie miałem rozpocząć misję, o której nie wiedział nawet kapitan mego okrętu (zwanego domem) - mama. Zacząłem niepozornie: na przerwie wyjąłem śniadaniówkę, poczęstowałem swojego biednego kolegę kanapką, a właściwie wepchnąłem mu ją siłą, bo nie chciał wziąć, a banana i batona wrzuciłem mu do plecaka. Następnego dnia wyjąłem moje kieszonkowe ze skarbonki by kupić więcej prowiantu, ponieważ wiedziałem, że ma jeszcze 2 młodsze siostry i samotną matkę. Po szkole poszedłem z nim do spożywczaka. Wybrał sobie drożdżówkę, a siostrom jakieś czekolady czy batoniki. Kupiłem mu jeszcze bochenek chleba i pasztet (nie wiem czemu akurat pasztet, nie pytajcie, miałem 10 lat).
Po powrocie ze szkoły tydzień później (przez cały ten tydzień regularnie chodziłem po szkole z kolegą do sklepu) usłyszałem dzwonek do drzwi. Mama wyszła, aby zobaczyć kto przyszedł. Okazało się, że to mama tego kolegi. Przyszła porozmawiać z moją mamą na temat naszego shoppingu w spożywczym. Gdy tylko wyszła z domu, moja mama weszła do mojego pokoju. Spodziewałem się krzyku, kary i opieprzu, ale mama mnie pochwaliła, zapytała czemu jej o niczym nie powiedziałem, a potem sama wkroczyła do akcji. Pomogła mamie tamtego chłopaka znaleźć lepiej płatna pracę, a teraz już są przyjaciółkami na dobre i na złe.
Moim zdaniem każdy może pomóc - czy dziecko, jak ja, czy dorosły, jak moja mama. Trzeba pomagać. Pomaganie jest fajne.
Właśnie pokłóciłam się z moją siostrą bliźniaczką, bo nie chciałam jej "pożyczyć" mojego chłopaka na noc.
Stwierdziła, że on nie zauważyłby różnicy, a jej on zawsze się podobał.
Aha.
Nienawidzę psów; sytuacja z wczoraj - jadę na rowerze, z bramy wybiega wiejski kundel raczej nie nastawiony przyjaźnie, a że jest blisko to trzeba się zatrzymać i z roweru zsiąść.
Kundel ucieka gdy się ustawię przodem do niego / ruszam w jego kierunku, atakuje gdy się odwracam i próbuję kontynuować jazdę... i tak przez parę minut.
Kamieni na poboczu niestety brak, chyba zacznę wozić jakieś ze sobą, gaz pieprzowy też.
Aha, nie żeby to był przypadek odosobniony, obszczekujące i / lub próbujące ugryźć pchlarze to zjawisko bardzo częste, i na zabitych dechami wiochach, i na spacerze w centrum miasta. Ubić, wszystkie.
Jestem młodym leśnikiem, a hobbystycznie także myśliwym. Moja praca to dużo godzin spędzonych w lesie, a dodatkowo pasjonujące polowania. Nic więc dziwnego, że problem kleszczy to chleb powszedni, ale zazwyczaj insekt nie jest dużym kłopotem.
Pewnego razu jednak pasożyt nie dał za wygraną i musiałem pojechać do szpitala. Problem w tym, że kleszcz był w bardzo intymnym miejscu. Na oddziale pojawiłem się w roboczym ubraniu i od razu zostałem skierowany do gabinetu zabiegowego. Przez pielęgniarkę zostałem poproszony o rozebranie się za parawanem i czekanie na doktora. Mimo tego, że po ciężkiej pracy byłem spocony, zapach lasu wyczuć można było na kilometr, a kleszcz był w bardzo intymnym miejscu, to specjalnie się nie krępowałem, bo nastawiony byłem na spotkanie z pięćdziesięcioletnim znajomym doktorem, który dość często przyjmował na tym oddziale.
Moim oczom ukazała się jednak młoda, piękna, zdobywająca medyczne doświadczenie lekarka. W tym momencie zaniemówiłem i zrobiłem się cały czerwony, ale co mogłem zrobić? Buntować się? Nagi położyłem się na kozetce, a nie dość, że wybitnie piękna, to jeszcze pachnąca pani zbliżyła się i rozpoczęła zabieg. Nachyliwszy się nade mną powiedziała, żebym się nie stresował, lecz w tym momencie dostrzegłem jej cudny dekolt wyłaniający się spod fartucha. Kobieta chwyciła członka i zaczęła się bliżej przyglądać medycznemu zagadnieniu. Ja jednak nie wytrzymałem i mój mały zwariował. Kolokwialnie mówiąc zaczął stawać...
Lekarka próbowała ukryć śmiech, jednak ja i tak to zauważyłem i ogromny wstyd (na szczęście) zahamował cały fizjologiczny proces. Zabieg się udał, lecz ja czerwony wyszedłem ze szpitala...
Następnego dnia z nieznajomego numeru dostałem wiadomość jak się czuję i czy nie ma stanu zapalnego. Zdziwiłem się i początkowo pomyślałem, że to jakiś kolega z pracy, ale później okazało się, że to ta lekarka. Zaczęliśmy pisać, umówiliśmy się i... do dzisiaj jesteśmy bardzo szczęśliwą parą.
Wyobraźcie sobie tylko jakie mamy miny, gdy ktoś się pyta nas jak się poznaliśmy.
Mam bliźniaków. Nie wiem, czy to głupota ludzka, czy o co chodzi.
Zawsze, dosłownie zawsze spotykam się z pytaniem o to, który pierwszy się urodził. Wskazuję na jednego, mniejszego, mówię, że ten. Następnie jest pytanie, że skoro się pierwszy urodził, to dlaczego jest mniejszy?
Odpowiadam wam wszystkim, nie wiem, może mam nadzieję, że tak głupiego pytania nikt już więcej nie usłyszy. Ale to, że jedno z bliźniąt urodziło się pierwsze nie oznacza, że jest większe czy zdrowsze.
Mam chorobę genetyczną zwaną analgezją (w skrócie: nie czuję bólu, ciepła itp.).
Sytuacja sprzed kilku miesięcy.
W szkole często ludzie "testowali" moją chorobę, klepiąc mnie albo dźgając ołówkiem. OK, mogę to zrozumieć. Jednak nasz klasowy idiota pomyślał, że dobrym pomysłem byłoby zepchnięcie mnie ze schodów, bo przecież nie czuję bólu = nie da się mnie zabić.
Nieźle musiał się zdziwić, jak odwoziło mnie pogotowie z połamanymi dwiema nogami, ręką, paroma żebrami i kilkoma siniakami itp.
Cała historia mogłaby się zakończyć tutaj, gdyby nie to, że jak wróciłem do szkoły, to ten sam idiota zepchnął mnie jeszcze raz z tych samych schodów, łamiąc mi tym razem drugą rękę i kilka palców, tłumacząc, że mogłem mu powiedzieć, że może mi się coś stać.
Nie wiedziałem, że można być aż tak tępym.
Ostatnio wstałem na mega kacu, nie kontaktowałem co się dzieje wokół mnie. Wyszedłem z pokoju, bo potrzeba wzywała. W samych bokserkach, a włosy na głowie wyglądały, jakby w nie piorun trzasnął. W sumie sam nie wiem, czy jeszcze byłem pijany, czy alkohol wypłukał mi wszystkie szare komórki, ale na bani wydawało mi się świetnym pomysłem, żeby na noc wrócić nie do siebie, a do rodziców.
Wyobraźcie sobie minę mojego ojczulka, który popija ranną kawkę w szlafroku, a tu jego syn, wyglądający jak menel i odpowiadający na jego "Dzień dobry" - "Nie ma za co" i odlewający się do zlewu, na koniec salutując do niego.
Wstyd jak stąd na Antarktydę. Nie polecam.
Gdy nocowałam u babci, obudziła mnie o 4 nad ranem i zapytała, czy chcę bigos.
Dodaj anonimowe wyznanie