Jak już spróbowałem jeden raz, to ciągle to robię.
Dziwne to wszystko i dużo ludzi źle by na to patrzyło, ale w domu jak chce mi się siku, to siadam na kibelek i sikam przez spodnie, bo uwielbiam, jak mam mokro.
Wstydzę się tego, ale marzę, żeby posikać się gdzieś publicznie, żebym nie miał gdzie się załatwić i nie wytrzymał.
Mam 23 lata i pracuję na magazynie.
Z rok temu przyjechał po odbiór towaru starszy facet z synem, gdzieś w wieku 12-13 lat, akurat ja kręciłem się na przodzie magazynu, więc od razu podbijam, aby wydać towar. WZ wzięte, towar zlokalizowany, jak to mam w zwyczaju zawsze chętnie pomagam przy załadunku, aczkolwiek nie mam takiego obowiązku, już podchodzę do towaru, aby pomóc w załadunku, wtedy słyszę, jak ojciec mówi do syna:
- Widzisz, Kacper, pewnie mu się nie chciało uczyć, więc widzisz jak skończył.
Niewiele myśląc pokazuję palcem stertę grzejników (paki po 40 kg) i wypalam do młodego:
- Widzisz, Kacper, jak się nie ma choć krzty kultury i szacunku do innych, trzeba sobie radzić samemu.
Po czym mówię do jego ojca:
- To jest pańskie, dziękuję, do widzenia.
Obróciłem się na pięcie i poszedłem w głąb magazynu, słysząc jak ojciec morduje się z grzejnikami.
Nie będzie morału, a wnioski wyciągnijcie sami, ale przyznam, że niby nic takiego, ale w jednej chwili mnie zagotowało, a później od razu przyszła mega satysfakcja :D
Może ktoś ma podobny problem i coś mi poradzi.
Podchodziłam do egzaminu na prawko 5 razy. Oblewałam zwykle po 40 minutach jazdy i wiele razy słyszałam, że jeżdżę dobrze, ale jednak popełniłam błąd i egzamin musi się skończyć negatywnie. Po ostatnim zrobiłam sobie przerwę na kilka miesięcy. I wszyscy mnie namawiają żebym spróbowała ponownie ale...
Miewam stany lękowe. Kiedyś wpadałam w panikę, dzisiaj już mi się nie zdarzają, ale lęki towarzyszą mi raz bardzie, a raz mniej. Na jazdach z instruktorem kilka razy miałam takie chwile, że ledwo łapałam oddech, serce mi waliło i czułam, że całe ciało drętwieje. Nie dlatego że coś się działo. Po prostu, ot tak. Ale jakimś cudem instruktor tego nie zauważył, bo to potrafi mi minąć po kilkunastu sekundach.
Pierwszy raz jak wziął mnie na głęboką wodę i kazał jechać autostradą 140km/h, wybłagałam go żebyśmy nie przekraczali 120, bo nie czuję się pewnie i wtedy po raz pierwszy od dawna poczułam to co mi na wiele lat przeszło.
Na egzaminach miewałam podobne chwile i nawet pomyślałam, że jak poczuje się gorzej to po prostu zatrzymam samochód gdzieś na poboczu i powiem, że nie jestem w stanie jechać dalej. To się nigdy nie wydarzyło, ale ja ze sobą tak walczę... A jestem w sytuacji gdzie powinnam mieć prawo jazdy. Wewnętrznie czuję, że sama w samochodzie nie będę czuła takiego stresu, a nawet jeśli to najwyżej sobie zjadę i przeczekam kryzys, ale na egzaminie muszę przetrwać stres. A to on powoduje że popełniam błędy.
Raz (serio) zrobiłam błąd celowo, żeby egzamin się skończył, bo chciałam już skończyć ten koszmar. I jestem w kropce. Nie wszyscy powinni mieć prawo jazdy (możliwe, że ja nie powinnam właśnie), ale jednocześnie należę do osób, które go potrzebują. Nikt o tym nie wie, rodzina uważała mnie za dziwaczkę, która znormalniała po okresie dojrzewania. Zastanawiam się czy nie pójść z tym do psychologa/psychiatry, ale po lekach też nie można prowadzić. Czuję się z tym tak źle, że ludzie robią to wszystko, a ja muszę walczyć o oddech zawsze kiedy dzieje się coś co mnie stresuje.
I teraz mam znowu dobry moment na kolejne podejście, ale nie wiem, tak się boję. Każdy egzamin oznacza zaczynanie wszystkiego od początku i towarzyszy mi przeświadczenie, że ja tego po prostu nie zdam. Że jest to niemożliwe. Matura mnie tak nie stresowała, obrony, loty samolotami... A nie mogę przebrnąć przez to.
Za czasów, kiedy uczęszczałam do liceum, w mojej szkole uczyło 4 nauczycieli języka angielskiego - pan F (ok. 30 lat), pan A (ok. 50 lat), pan L (ok. 35 lat) i pani E (ok. 40 lat). Mnie uczył pan A, którego wspominam bardzo dobrze, jednak ze względu na to, że był naszym nauczycielem, nie mógł być moim egzaminatorem na maturze. Pani E była bardzo sympatyczna, jednak uczyła drugą część mojej klasy - co ją także wykluczało. Tak więc na próbnej maturze w komisji zasiadł pan F z panem L.
Od razu, gdy tylko zajęłam miejsce w sali, pan F. zaczął komentować mój makijaż - że rzęsy pomalowane, że szminka na ustach (miałam lekko różową pomadkę nawilżającą) i że co ja sobie w ogóle wyobrażam i jak tak można na egzamin przychodzić (próbny, przypominam). Potem zwrócił uwagę na okulary przeciwsłoneczne, które miałam na głowie, że mam to zaraz schować, że przecież to jest szkoła, a nie plaża. Kazał mi wręcz wyjść z sali i zmyć makijaż, bo on na mnie patrzeć nie może - nie chciałam się z nim kłócić, więc posłusznie poszłam do łazienki.
Kiedy wróciłam do sali, czekało mnie kolejne rozczarowanie - pan F. egzaminuje, pan L. notuje. Jako że nigdy nie miałam większych problemów z angielskim, dobrze poradziłam sobie z dialogiem, obrazkiem i odpowiadałam niemalże bezbłędnie na każde zadane przez niego pytanie - mimo że ewidentnie wybierał takie, które miały obniżyć mi wynik końcowy. Na sam koniec pan L. podał mi rękę i życzył powodzenia na prawdziwej maturze, a pan F. z kolei nie powiedział kompletnie nic. Nie dotknęło mnie to zbytnio, modliłam się jedynie w duchu, żeby w maju nie powtórzyć tej sytuacji.
Kiedy wyszłam z sali, usłyszałam jeszcze dialog pana L. i pana F., który wyglądał mniej więcej tak:
Pan L: W sumie to nie dziwię się, że uczniowie cię nie lubią.
Pan F: Ale o co ci chodzi?
Pan L: O to, że czepiasz się wszystkiego, tylko nie zdolności językowej. Jak dziewczyna jest ładna, to od razu musisz na nią naskakiwać?
Może i nie powinnam tego usłyszeć, ale tak jakoś poprawił mi się humor :)
Mieszkam na wsi, mamy gospodarstwo, a w nim po trochu wszystkiego - krowy, świnie, wszelaki drób domowy, za domem kilka starych owocowych drzew. Co ważne, przy płocie rozrosły się maliny - nienawożone, pozostawione same sobie, krzaki wysokie już na około półtora metra. Obok malin stoi szklarnia i jest ogródek warzywny.
Historia dotyczy sąsiadów, którzy dwa lata temu sprowadzili się tu z miasta wojewódzkiego. Raz, na samym początku jak tu zamieszkali, w przypływie dobroci pozwoliłem ich dzieciom narwać malin, bo przecież jest ich mnóstwo, nie zbiednieję, jak dzieciaki sobie kilka zerwą. Ale jak to mówią - daj palec, wezmą całą rękę. Krzaki zostały praktycznie ogołocone - dobra, mój błąd, bo nie powiedziałem ile mogą zerwać. Potem się zaczęło. Nie zliczę, ile razy przez te dwa lata przyłapałem te dzieciaki po prostu kradnące owoce i warzywa ze szklarni czy ogródka. Poszedłem, grzecznie powiedziałem, że jak coś chcą, to niech przyjdą i poproszą, a nie kradną. Usłyszałem że "i tak leży, to co mi szkodzi". Ja jestem nauczony, że cudze to cudze, choćby miało zgnić, to nie ruszaj bez pozwolenia. Po tej akcji ulubioną rozrywką sąsiadów stało się rzucanie kamykami różnej wielkości w kury i gęsi na podwórku. Kilka zwierzaków padło, sprawę zgłosiłem sołtysowi, ale za rękę nikogo nie złapałem, dowodów brak, więc sprawa nie do rozwiązania. Odgrodziłem drób, a kontrolę na podwórku przejął młody owczarek niemiecki imieniem Teksas. Niestety, po kilku tygodniach względnego spokoju pies z dnia na dzień zaczął niknąć w oczach, nie dało się go uratować. Jestem przekonany, że zginął, bo bronił tej hołocie dostępu do skarbów z mojego terytorium.
Drugiego psa nie wziąłem, szkoda zwierzaka. Szkoda mi było pieniędzy na wyższy płot, zresztą pewnie i tak by nie stanowił większej przeszkody. Ze skargą do sołtysa też nie poszedłem. Postanowiliśmy więc z żoną całkowicie przeorganizować nasze podwórko - maliny wykopujemy, ogródek też można zrobić gdzie indziej. A na honorowym miejscu stanie płyta na obornik.
Siedzę sobie na fotelu ginekologicznym, środek badania. Otwierają się drzwi gabinetu i wchodzi... Antoni Macierewicz...
Niektórych snów wolałabym nie pamiętać...
Mam strasznego pecha do facetów, a konkretniej randek. Najgorsza z nich, mająca miejsce tydzień temu, skończyła się policją. Sama już nie wiem, czy to ze mną jest coś nie tak, czy po prostu często faceci mają jakieś dziwne przekonania co do kobiet. Ale wracając do historii: był to znajomy znajomego, gdzie w sumie umówiliśmy się, bo na imprezie firmowej dobrze się nam gadało. W towarzystwie wydawał się bardzo fajnym człowiekiem, nic nie wzbudzało moich podejrzeń.
Pierwsza lampka zapaliła mi się, gdy dzień przed randką rzucił tekstem, że na spotkanie ubierze jakieś fajne nowe ciuchy, więc żebym też włożyła na siebie jakieś "seksowne łaszki". Dziwne, ale uznałam, że to po prostu taki słaby żart. Dodatkowo miałam raczej obraz tego człowieka z imprezy, gdzie nie przejawiał jakichś niezdrowych zachowań. Skwitowałam ten tekst, że ubiorę raczej ciepły sweter i płaszcz przeciwdeszczowy.
Umówiliśmy się w kawiarni pod wieczór, pierwsze chwile minęły całkiem miło, gadaliśmy o pracy albo jakichś rzeczach, którymi się interesujemy. Później natomiast zwróciło moją uwagę, że jakoś podejrzanie próbuje gdzieś fizyczny kontakt ze mną złapać. Gdy nagle złapał mnie za udo, nerwowo oznajmiłam, że idę do toalety. Po powrocie wymyśliłam, że muszę już wracać. Niechętnie to przyjął i oznajmił, że w takim razie odprowadzi mnie na przystanek, bo też idzie w tamtym kierunku. Nie bardzo miałam co z tym faktem zrobić. Gdy mijaliśmy jakieś osiedle, popchnął mnie i przystawił do ściany bloku, napierając na mnie i próbując całować. Zaczęłam krzyczeć i się wyrywać, aż wypaliłam w emocjach, że to przecież gwałt i żeby mnie zostawił. On na to stwierdził "to wcale nie jest gwałt i coś mi się chyba należy, skoro była randka"... Na szczęście cała akcja trwała dosłownie chwilę, bo ktoś słysząc moje krzyki, wyszedł na balkon bloku i pogonił go. Następnie wylądowałam na policji, składając zeznania.
Mam taką traumę, że obecnie boję się każdego faceta w ciemniejszej uliczce... To jak prymitywni potrafią być ludzie jest po prostu straszne.
Jak miałam 6 lub 7 lat myślałam, że jedna osoba nie może być uzależniona od kilku rzeczy naraz. Dlatego też wtedy byłam szczęśliwa, że moja mama zaczęła palić, ponieważ myślałam, że dzięki temu rzuci alkohol.
Cóż, pomyliłam się :/
Jestem ratownikiem medycznym. Właśnie wróciłem z dyżuru i muszę się z wami czymś podzielić.
Dzisiaj zebraliśmy z ulicy człowieka, który dość paskudnie został poturbowany przez samochód. Od razu zorientowałem się, że mężczyzna, któremu ratowaliśmy życie, to mój były nauczyciel z podstawówki. Człowiek, który psychicznie dręczył mnie i wykorzystywał każdy moment, aby publicznie mnie upokorzyć. Dzięki niemu musiałem zmienić szkołę i nabawiłem się takiej traumy oraz nieufności do belfrów, że przez dobre dwa lata chodziłem na sesje do dziecięcego psychologa.
Kiedy leżał na ziemi, a ja robiłem mu sztuczne oddychanie, miałem moment słabości i jakaś wewnętrzna siła zmusiła mnie do zatrzymania uciskania jego klatki piersiowej. Na chwilę. Ułamek sekundy, nie więcej. Czułem przez ten krótki moment niesamowitą, wywołującą dreszcze na moich plecach satysfakcję, że życie tego sukinsyna jest w moich rękach i tylko ode mnie zależeć będzie, czy ten człowiek trafi do piachu, czy dane mu jeszcze będzie cieszyć się słońcem…
Ostatecznie rozsądek zapanował jednak nad chęcią okrutnej zemsty, ale ten króciutki moment, kiedy zdjąłem dłonie z jego klatki piersiowej, dał mi największą satysfakcję, jaką w życiu czułem. I wiecie co? Piszcie, co chcecie. Nie żałuję!
PS Udało się nam przywrócić facetowi oddychanie. Trafił do szpitala i z tego co wiem jest szansa, że po długiej rehabilitacji odzyska władzę w nogach.
Niedawno usłyszałam od kilku osób, że jestem potworem, bezduszną egoistką itp.
Powód? Nie zdecydowałam się na związek z chłopakiem na wózku. Ile spośród osób piętnujących mnie chciało poznać moje argumenty? Zero.
Tamtego chłopaka - nazwijmy go Kamil - poznałam jakieś 1,5 roku temu. Bardzo szybko się zaprzyjaźniliśmy, mieliśmy sporo wspólnych zainteresowań. Było w nim jednak coś, co bardzo mi się nie podoba - jego poglądy na kobiety. Nieraz powtarzał przy mnie, że nastoletnie matki "nadają się tylko do pracy w burdelu", że większość zgwałconych dziewczyn "sama jest sobie winna" i że "może to wreszcie nauczy je rozumu". Każda dziewczyna, która w wieku kilkunastu lat miała chłopaka była dla niego "nic nie wartą idiotką". Kiedy po którymś z jego wywodów powiedziałam mu, że nie spełniam jego kryteriów (spotykałam się z chłopakiem w liceum kilka lat wcześniej, zanim poznałam Kamila), a on łaskawie odrzekł, że z miłości do mnie by mi to wybaczył, ale musiałabym bardzo się postarać się, żebym udowodniła mu, że nie jestem "taką samą szmatą jak każda inna". Po tym zerwałam naszą znajomość - nie pozwolę nikomu traktować się w taki sposób.
Męczyło mnie u Kamila jeszcze jedno - ciągle domagał się pełni mojej uwagi. Całymi dniami SMS-ował do mnie i narzekał, kiedy nie odpisywałam. Nie pomagały tłumaczenia, że kiedy pracuję (jestem kosmetyczką) albo jestem w szkole (studiuję zaocznie) nie mogę pisać SMS-ów albo na messengerze, bo po prostu nie mam na to czasu. Ciągle słyszałam, że gdybym chciała, to mogłabym z nim pisać. Bałam się powiedzieć mu, że kiedy przez cztery dni w tygodniu pracuję od 9 do 18, to jestem zmęczona i chcę trochę odpocząć w samotności. Dodatkowo co każdą sobotę mam zajętą - na zmianę pracuję albo jestem na zajęciach od 8 do 18 lub 19.
Kiedyś próbowałam wypracować kompromis - chciałam odwiedzać go w poniedziałki i niedziele, które mam wolne i raz czy dwa po pracy - w zależności ile będę miała "zadane" w szkole. Wtedy był płacz (Kamil nie potrzebuje do tego zbyt istotnego powodu), że się nim nie interesuję. Próbowałam go namówić, żeby też zapisał się na studia, by miał zajęcie - usłyszałam, że "on nie będzie się szarpał z bandą głupich małolatów (a mamy po 23 lata), a papierek nic mu nie da". W ogóle jego zdaniem powinnam odciąć się od reszty znajomych, zrezygnować z pracy i pomóc mu w karierze pisarza kryminałów. Nie napisał ani strony, bo "nikt mu nie pomaga".
Kiedy zakończyłam naszą znajomość, Kamil żalił się na prawo i lewo jaka zła jestem. Mieszkamy w niedużym mieście, więc wieści się rozchodzą. Teraz ludzie mają mnie za wielką egoistkę, nawet kilka koleżanek w pracy. Murem za mną stają szefowa, moja kochana babcia, z którą mieszkam już ponad 10 lat i kolega z uczelni, z którym od kilku tygodni się spotykam.
Dla większości osób jestem teraz nikim.
Dodaj anonimowe wyznanie