Moja teściowa ma na plecach takiego czarnego pryszcza-zaskórniaka. Z każdym razem jak go widzę, to świerzbią mnie paluszki.
Do tego stopnia, że gdyby straciła przytomność, to najpierw bym się rozprawiła z tym małym czarnym, a później dzwoniła po pogotowie.
Moi rodzice są dość... specyficznymi ludźmi. Nie wiem za bardzo, jak sobie poradzić z ich niektórymi, dziwnymi zachowaniami. Ale o co tak właściwie mi chodzi? No cóż, u nas w domu nienormalne sytuacje są normalne. Przykłady?
1. Tata nie widzi żadnego problemu w chodzeniu przy mnie w samych dziurawych bokserkach. Mama kiedyś w żartach go upomniała, to się śmiał i wciąż to kontynuuje. Jeśli chodzi o mamę, wcale nie jest lepiej. Ona również chodzi po domu w samej bieliźnie, korzysta z toalety przy otwartych drzwiach, a kiedyś nawet chodziła bez majtek...
2. Cały czas publicznie głośno pierdzą i śmieją się z kupy. Jak dla mnie, to zachowanie jest co najmniej dziecinne, a ja nie czuję się przy tym komfortowo.
3. Kiedyś w nocy uprawiali seks przy otwartych drzwiach, dobrze wiedząc, że nie śpię. Nawet gdy głośno kaszlałam i chodziłam po domu, także obok ich sypialni, nie przestawali.
4. Moja mama twierdzi, że jestem ogromnie zboczona (serio, ja?). Wystarczy, że oglądam jakąś komedię, śmieszne koty, czy cokolwiek, wystarczy po prostu, że się zaśmieję lub nawet uśmiechnę do tego, co oglądam, od razu krzyczy, żebym nie oglądała porno. Nie wiem, skąd się to u niej wzięło, bo nigdy mnie na czymś takim nie przyłapała ani nic.
To tylko kilka przykładów, ale naprawdę mam tego wszystkiego serdecznie dość...
W ubikacji częściej psikam odświeżaczem powietrza po tym, jak się masturbuję niż po tym, jak faktycznie sram. Taka taktyczna zmyła, żeby domownicy się nie domyślili.
Od jakiegoś czasu jestem z dziewczyną, z którą rozumiemy się bez przeszkód i jesteśmy bardzo podobni do siebie. Czuję się z nią lepiej niż z każdą inną, z jaką byłem, i zależy mi na niej i na jej szczęściu, bo w życiu nie ma łatwo. Problem polega na tym, że nie miała w dzieciństwie sporo miłości i jeśli chodzi o związki, to ja jestem pierwszą osobą, z jaką się spotyka. Niby wszystko to jest mi na rękę, bo mogę jej pokazać, co to znaczy kochać i sprawić, żeby czuła się doceniana, kochana i potrzebna, ale ma też to swoje negatywne strony. Niedawno, gdy wyszliśmy gdzieś razem, spędziliśmy super dzień, na którego zakończenie postanowiłem pierwszy raz powiedzieć jej: „Kocham cię”, wcześniej było ciężko, bo przeszliśmy z zakochanych skrycie przyjaciół w związek. Przytuliliśmy się na pożegnanie i powiedziałem jej to wyznanie miłosne, na co ona odparła: „Dziękuję”.
Nie powiem, że mnie to nie zabolało z lekka, ale później dodała, że jestem pierwszą osobą, która jej to powiedziała, później podziękowała, że w ogóle miałem ochotę się z nią spotkać. Cieszę się, bo widzę, że uważa mnie za wyjątkową dla niej osobę, ale z drugiej strony mi źle, bo nie mam pojęcia, czy nie potrafi okazać miłości, czy nie jest jeszcze na tyle oswojona z tym jako pierwszym związkiem, czy po prostu nie odwzajemnia takiego uczucia. Jestem dzięki niej szczęśliwy, ale jak tylko wracam do siebie, to myślę o tym, czy za jakiś czas nie usłyszę: „To nie wypali...”. Nie mam pojęcia co myśleć ani co robić.
Związałem się z kobietą z dwojgiem dzieci, po kilku miesiącach zrozumiałem, dlaczego była samotną matką. Postanowiłem się rozstać. I miałem problem. Mieszkaliśmy w moim domu, a ona nie chciała się wyprowadzić, argumentując, że nie mam prawa jej wyrzucić, bo ma dzieci i oni nie mają gdzie pójść. Imałem się różnych sposobów, a najgorsze jest to, że nie mogłem tego zrobić raz, a konkretnie, bo przecież nie mogłem wyciągnąć jej z domu za kudły razem z dziećmi, bo jeszcze sam sobie narobiłbym kłopotów. Policja nie mogła nic zrobić, a sądownie trwałoby to miesiącami albo latami. Chciałem po prostu zmienić zamki, kiedy jej nie będzie, ale ona nie opuszczała domu, bo wiedziała, że już tu nie wejdzie. Kłótnie i awantury były na porządku dziennym. Starałem się być tak mocno nieznośnym, jak tylko można. Robiłem imprezy w nocy. Zamontowałem wszędzie zamki i zamykałem łazienkę i inne pomieszczenia na klucz, ale ku mojemu przerażeniu zaczęły załatwiać się do zlewu i wiaderka. Aż się przeżegnałem, jak to zobaczyłem. Nie kupowałem jedzenia i wyłączyłem ogrzewanie w nadziei, że któreś z jej dzieci zachoruje i siłą rzeczy będzie musiała wyjść, żeby pójść z nim do lekarza. Zamawiały jedzenie na dowóz i niestety miały alimenty i 800+, więc miały z czego. Byłem kłębkiem nerwów we własnym domu, nie mogłem wypić nawet piwa, żeby przypadkiem nie zadzwoniła na policję i czegoś nie nawymyślała.
Poskutkowało dopiero wzięcie ich głodem. Pożyczyłem od rodziców dwa duże psy, jednego zostawiłem w domu, żeby bały się wyjść z pokoju, a drugiego puściłem na podwórko, żeby dostawca jedzenia bał się wejść na posesję. Dwa tygodnie szarpania się i aż nie wierzę, że to się skończyło.
Ja nie wiem, jak to możliwe, że w dzisiejszych czasach mogą dziać się takie cyrki. Jak można być takim pasożytem i zasłaniać się dziećmi? To, co się u mnie działo, przypominało scenariusz „Trudnych spraw”. Aż wstyd o tym komuś opowiadać.
Wywołana przeze mnie winda zjechała na dół, po czym wyszła z niej pani w podeszłym wieku z niepewnym uśmiechem na twarzy. Skoro posłała mi uśmiech, to dlaczego go nie odwzajemnić? Uśmiechnęłam się do niej i wsiadłam do windy. A po chwili już wiedziałam, dlaczego tak dziwnie się uśmiechała – nigdy wcześniej nie czułam tak okrutnego pierdnięcia. Łzy w oczach, ale co robić, dojechałam na swoje piętro i wysiadłam.
Najgorsze, że na moim piętrze do windy wsiadł mój sąsiad, którym jestem zainteresowana. Na mój widok co prawda się uśmiechnął, ale gdy drzwi się zamknęły, to przez okienko zdążyłam dojrzeć wyraz zdziwienia i obrzydzenia na jego twarzy...
Chyba już nie mam u niego żadnych szans :/
Mam 37 lat i depresję. Oraz poczucie, że niczego w życiu nie osiągnąłem.
Jako że moi znajomi w dużej mierze należą do środowiska IT, mam też słabą grupę porównawczą i patrząc na nich, robi mi się jeszcze bardziej smutno, jak porównam ich życie z moim.
Skończyłem studia, ale niestety odbiłem się od muru doświadczenia – nikt nie chciał zatrudnić nieopierzonego studenta, woleli ludzi pracujących kilka lat w zawodzie. Znajomości też nie miałem. Podczas jednej rekrutacji oddzwonili, skakałem z radości pod sufit! Miałem zacząć od następnego tygodnia, przyszedłem na miejsce i usłyszałem, że przykro im, ale przyjęli kogoś z rodziny szefa...
Poszedłem więc do jakiejkolwiek pracy, próbując dalej dostać się do zawodu. Pracowałem głównie w obsłudze klienta (gastro, sklepy, call-center), fizycznie (budowlanka, magazyn itp.), dużo poniżej moich kompetencji. Zarabiam niewiele więcej niż najniższa krajowa. Za namową znajomych postanowiłem się przebranżowić na IT, wziąłem dodatkową pracę, po kilku miesiącach pracy dzień w dzień po paręnaście godzin udało mi się oszczędzić kilka tysięcy na kurs. Obiecywano, że rynek jest chłonny i 80% kursantów znajduje pracę. Rzeczywistość okazała się inna, na staż przychodzi ok. 60 cv/miejsce, na juniora ok. 300. Wysyłam cv od ponad 2 lat, oddzwoniono kilka razy, byłem na 2 rozmowach. Tyle. Aha, wybrałem ścieżkę testera, bo podobno tak miało być łatwiej wejść w branżę- więc nie mam jak robić portfolio, bo z czego? Z klikania po ekranie?
Do tego nie idzie mi z kobietami. Nie jestem jakiś brzydki, mocne 6, może 7 na 10. Jestem też całkiem wygadany. Przyciągam dziewczyny „z problemami”, a to z alkoholem, a to niezrównoważone psychicznie, jedna mnie zdradziła, inna po kilku latach wspólnego życia i planów ślubnych stwierdziła, że jednak czuje coś do byłego... A mi od jakiegoś czasu zachciało się żony. Kogoś, z kim będę dzielić życie. Mam serdecznie dość samotności, ostatni związek miałem kilka lat temu. I nie wiem, czy nie wyglądam na desperata, czy ta wewnętrzna pustka ze mnie nie wyziera.
I tak sobie żyję w wynajętym pokoju, bo nie stać mnie nawet na kawalerkę. Od początku epidemii odezwało się do mnie 2 znajomych, pomimo szukania kontaktu przeze mnie. Po pracy siedzę sam i oglądam Netflixa. I tak dzień w dzień.
Mam dość. Nie popełniłem jeszcze samobójstwa, bo nie ranić dziadków (są po 80, dziadek po 2 zawałach, mogliby tego nie przeżyć), boję się też, że coś pójdzie nie tak i zostanę warzywem.
Mam leki, ale niewiele zmieniają. Rozpocząłem też psychoterapię, ale nie wiem, jak ma mi ona pomóc, przecież psycholog nie załatwi mi dobrej pracy, nie da własnego mieszkania.
Mam już dość. Wegetuję.
Moja dobra znajoma stała się typową madką, dla której jej bombelek jest oczywiście najważniejszy. No i ostatnio na serio zaczęło jej odwalać. Najpierw poprosiła mnie, żebym dała jej nowego tableta, którego sobie kupiłam, bo jej bombelek jest chory i mu się nudzi. Ta choroba to zwykłe przeziębienie... Ale dobra, mówię, że mogę pożyczyć im na kilka dni, ale nie ma opcji, żebym jej oddała za darmo, bo zapłaciłam sama za to swoje ciężko zarobione pieniądze. Co usłyszałam? Że jestem nieczuła na cierpienie innych ludzi i mam w dupie jej syna.
Serio? Ja rozumiem różne sytuacje, ale ten gówniak ma wszystko, czego zapragnie i to zazwyczaj dostaje za darmo od ludzi, bo madka bierze ich na litość. Mówi wszystkim, że jej dziecko jest poważnie chore i chce mu umilić ostatnie chwile jego życia. No ręce opadają! W ten sposób wyłudziła już nowy telefon i jakieś mega drogie zabawki. Wymyśliła sobie zbiórkę, ustawiła zdjęcie jakiegoś chorego dzieciaka i wmawia ludziom, że to jej syn. A on tak naprawdę leży w łóżku z katarem i kaszlem. Coraz bardziej obawiam się, co wyrośnie z tego dzieciaka. Na razie jest rozwydrzony i rozpuszczony i uważa, że wszystko mu się należy.
Z koleżanką staram się ograniczać kontakty, ale to dosyć trudne, bo ciągle pisze do mnie wiadomości odnośnie do tego tableta. Hitem było, jak zapytała, czy w zamian za mojego tableta może oddać stare ciuszki małego, no bo on i tak z nich już wyrósł, a mi na pewno kiedyś się przydadzą.
Czasem, kiedy życie robi się już za bardzo frustrujące, wybieram sobie jakiś przypadkowy cel podróży, łapię stopa, a potem śpię w hostelach. Wolność, wiatr we włosach, ktoś tam dzieli się historiami. Ot tak, na kilka dni. Najlepiej jeszcze wyłączyć telefon, żeby nikt mi nie zawracał głowy. Bez takiego resetu po prostu nie mogę, cały świat zaczyna się robić zbyt irytujący i ja dla otoczenia także.
Każda kolejna kobieta, z którą byłem jakoś bardziej na poważnie, uważała, że na pewno ją zdradzam. No bo tak nagle jadę w pizdu, a potem wracam cały szczęśliwy. A ja tylko sobie oglądam chmurki czy inne starówki w Pcimiu Dolnym, albo gadam z tirowcami. I nawet za bardzo nie piję, bo szkoda tripa na kaca bez sensu.
Wakacje 2013. Obóz piłkarski dla dziewczyn w malowniczej scenerii gór. Całe dwa tygodnie żaru z nieba. Na nasze nieszczęście, boisko treningowe było oddalone o 4 km od naszego domku. W ramach „rozgrzewki” codziennie chodziłyśmy na boisko (oczywiście trenerzy jeździli autem i prawie nigdy nikogo nie zabierali).
Pewnego dnia, jako że ładnie nam szło na treningu, dostałyśmy pizzę na obiad. Od razu jak pojawiła się na stole, to nikt nie chciał jej zjeść. Oczywiście ja, jak to pasibrzuch, zjadłam prawie wszystko.
Następnego dnia pożałowałam. Już w drodze na boisko czułam się niezbyt dobrze. Na treningu niestety już było gorzej, ale uszczęśliwiona, że toalety obok murawy są otwarte, poszłam się tam załatwić. Zdziwiona, że tak łatwo i szybko poszło, wróciłam do ćwiczeń. W drodze do domu odłączyłam się troszkę od mojej paczki dziewczyn, aby w spokoju porozmawiać z mamą przez telefon. Konwersując już tak z dobre parę minut, nie dostrzegłam, że kumpela gdzieś znikła. Ona ukryła się w krzakach. W momencie, kiedy byłam obok niej, prawie wyskoczyła mi na łeb i tak mnie wystraszyła, że (za przeproszeniem moi mili, ale inaczej się nie da) zesrałam się w gacie. Zamarłam, bo było naprawdę źle, a do domu dobra połowa drogi. W końcu uświadomiłam moje koleżanki, co się stało, zanim by same poczuły. Po 10-minutowej fali śmiechu wszystkie zaczęłyśmy się zastanawiać co dalej. Każda z nas poszperała za chusteczkami, ale niestety nie było tego dużo, więc musiałam skorzystać z darów natury (liście z drzew).
Kiedy poszłam doprowadzić się do jakiegoś porządku, dziewczyny czekały na mnie, dalej śmiejąc się pod nosem. Jedna z nich usiadła na takim płocie z dużych drewnianych bali. Druga koleżanka, gabarytowo o wiele większa, usiadła obok niej. Po kilku sekundach płot runął na ziemię, tak hałasując, że właściciel wręcz wyskoczył z domu. Laski przed siebie, a ja pobiegłam za nimi, zapominając, że na drzewie wiszą moje majtki, a spodenki mam do połowy ubrane. Nie wiem, jak to wyglądało, ale do dzisiaj mam nadzieję, że ten facet niczego nie widział.
Ostatni kilometr. Podjeżdża duże auto. Patrzymy się, a tam chłopak kumpeli, jechał do niej w odwiedziny, proponuje podwózkę. Ja odmawiam z przyczyny znanej, ale on mówi, że mam się nie wygłupiać. No cóż... położyłam się koleżankom na brzuchu na ich kolanach. Wszystko fajnie i nagle tekst chłopaka: „Chyba dzisiaj ktoś gnój wywoził albo szambo komuś wywaliło, bo j**ie jak skurczysyn”. XD
Dodaj anonimowe wyznanie