Mam dwoje dzieci, mąż bardzo chce trzecie. Ja nie. Są z tego powodu awantury, potem ciche dni.
Dlaczego nie chcę kolejnego dziecka? Bo chciałabym je mieć z nim. Z moim bezpłodnym mężem, a nie z jego młodszym bratem, który jest już ojcem tej dwójki. Nie chcę po raz kolejny robić tego z moim szwagrem tylko dlatego, że mój mąż pragnie dziecka, którego nie jest w stanie mi, brzydko mówiąc, zrobić, ale wymaga, żeby było "z jego krwi"...
Tak, dobrze czytacie. Mój mąż o tym doskonale wie, ba, to on wpadł na ten szatański plan i przekonał do niego mnie i swojego brata.
Tylko że ja mam już dość.
Tym bardziej że szwagier jest od niedawna żonaty, choć nie przeszkadza mu to w pełni popierać kolejnego pomysłu brata...
Żałuję, że się zgodziłam za pierwszym razem. Za drugim też. Zrobiłam to z miłości do męża, bo widziałam, jak bardzo pragnie dziecka. Ale też z własnego zwykłego egoizmu...
Moje życie to szambo...
Boli mnie podejście płci pięknej do zagadnień finansowych w związku. Pokłóciliśmy się o pieniądze, których ona nie chce mi oddać. Trzasnąłem drzwiami i wyszedłem. Moja była to córeczka tatusia, pomimo że pracuje w sklepie z butami za minimalną krajową, życie prowadzi jakby zarabiała co najmniej dwa razy tyle. Wszystko było dobrze, dopóki tatuś sypał hajsem, ale kiedy pandemia wykończyła mu biznes, siłą rzeczy musiał przestać, bieda zajrzała mu w oczy i sam teraz ledwo ciągnie. Zamiast współczuć staruszkowi, zaczęła mieć do niego pretensje i to był dla mnie pierwszy sygnał ostrzegawczy.
Połowa miesiąca mija, a moja była laska już nie miała pieniędzy nawet na chleb. Pomyślałem sobie – no dobra, kij, nauczy się i przywyknie w kolejnym miesiącu. Jedliśmy za moje, pożyczyłem jej jeszcze 700 zł na jej babskie rzeczy, i przyszedł drugi miesiąc, gdzie było to samo. Znów żyliśmy za moje i nie dość, że mi hajsu nie oddała, to pożyczyła kolejne 700 zł. Znamy się rok, pół ze sobą mieszkamy i zakomunikowałem jej, że związek związkiem, ale ma się ogarnąć i zacząć żyć jak przystało na minimalną krajową, bo nie jesteśmy w małżeństwie, a ja nie mam napisane na czole bankomat. Rypła focha, mieliśmy kilka cichych dni i jakoś to życie wracało do normy.
Pewnego pięknego słonecznego poranka wyciągam ze skrzynki rozliczenie za wodę. 1800 zł niedopłaty. Wyszło jej kąpanie się dwa razy po 30 minut w ciągu dnia we wrzątku. Powiedziałem jej, że niech będzie, że dzielimy na połowę i odejmuje sobie od mojej części jej dług dla mnie. I jeb, kłótnia, gdzie już chciałem się wyprowadzać, później druga, gdzie już się wyprowadziłem. Poczułem się tak, jakby moim obowiązkiem było jej utrzymanie. Związku, który istnieje od około roku. Może są faceci którzy sobie pozwalają, ale ja nie jestem jeleniem, żeby dawać się naciągać lasce na hajs. Nie mogę ogarnąć sposobu w jaki na mnie patrzyła i jak mi próbowała grać na męskim ego. Zarzuciła, że zostawiam ją z długiem, którego nie ma jak zapłacić i poleciały do mnie słowa powszechnie uznane na obelżywe i wulgarne. Nie poznałem dziewczyny. Zagotowałem się, kiedy znajomi zaczęli mi mówić, że rozpowiada, że jestem złotówą i takie inne.
Nie ogarniam jak można być tak pozbawionym wstydu i honoru jak ona, żeby robić facetowi jazdy, bo nie chciał jej utrzymywać, jednocześnie być za równouprawnieniem. A jeszcze bardziej rozwalają mnie jej koleżaneczki, które by mi oczy wydrapały, no bo jak to? Jakim prawem nie chcę dawać jej swoich pieniędzy? XD Zapalił mi się poważny error w głowie. Po tym co odwaliła i odwala mam nadzieję, że będzie tak głupia i nabierze providentów na życie i na zadłużenie ze wspólnoty. Później bociana, żeby spłacić providenta, a później vivusa, żeby spłacić bociana, a później to już z górki i windykator zrobi puk, puk…
Obserwuję syna, jak śmiga na rowerze i powraca moje najgorsze, najbardziej skrywane i najobrzydliwsze wspomnienie...
30 lat temu, tak jak on teraz byłam dziewięcioletnim dzieckiem. Razem z rok młodszym bratem całe lato spędzaliśmy poza domem - w lesie na jagodach, na placu zabaw, moczyliśmy się w strumyku, zbierało się puszki żeby było parę groszy na lody. Zawsze sami - matka była zajęta na zmianę "układaniem sobie życia" z którymś nowo poznanym fagasem lub opijaniem kolejnego rozstania z koleżanką.
Tego dnia bawiliśmy się nad strumykiem, ja w kostiumie kąpielowym, brat w samych majtkach. Na mostku obok nas zatrzymał się facet na rowerze - pamiętam jak dziś, że miał ciemne włosy, wąsy, był wysoki i szczupły. Wypytał gdzie mieszkamy, jak mamy na imię, ile mamy lat. Pamiętam jak włożył dłoń pod dół mojego kostiumu, dotknął mnie "tam" i stwierdził "No, ty rzeczywiście jeszcze mała jesteś". Potem kazał bratu zejść z nim pod ten je@$ny mostek, ja miałam poczekać. Chciałam uciekać, ale bałam się zostawić brata, nie miałam pojęcia co robić. Niedaleko były domy, a ja stałam jak sparaliżowana zamiast krzyczeć o pomoc. Kiedy wrócili spod tego mostku brat był blady, ale spokojny, nie płakał ani nic. Pamiętam, że facet odczepił się od nas dopiero kiedy nadjechał ktoś z naszej wioski i zapytał go czego od nas chce.
Miałam tylko 9 lat. Nie wiedziałam z kim mamy do czynienia, co to jest seks, penisa widziałam raz jak dziadek zapomniał zamknąć drzwi do łazienki. Nikt nas nie nauczył żeby nie rozmawiać z obcymi, żeby w razie potrzeby wołać o pomoc, jakie są granice, których dorosły nie może względem dziecka przekroczyć. Nigdy nie słyszałam słowa PEDOFIL. Brat ma się dobrze, ożenił się, ma dzieci. Może gnój nie zdążył go skrzywdzić, to moje jedyne pocieszenie. Nie zapytam go nigdy o tamten dzień. Mam nadzieję że chociaż jemu udało się wyprzeć to wspomnienie z pamięci, mnie będzie męczyło już zawsze. A może spoglądając na swoje dzieci, jak powoli stają się samodzielne, oboje mamy przed oczami twarz tamtego mężczyzny..
Słyszałam, że na świecie jest kilka osób podobnych do nas.
Niedawno mój znajomy znalazł mojego sobowtóra. Na Czerwonej Tubie.
Jedyne, co z siebie wykrztusiłam, jak mi to pokazał: "To nie ja. Jakbym grała w takich filmach, już dawno miałabym lepszy telefon".
Zostałam zgwałcona. I nie mam traumy. Oczywiście, nie było to ciekawe doświadczenie, zgwałciło mnie dwóch naćpanych typków, sprawę zgłosiłam na policję, zostali zatrzymani.
Ale nikt z mojego otoczenia nie rozumie, że mnie to nie ruszyło. Wciskają mi psychologa, terapię, obchodzą się ze mną jak z jajkiem, boją się przy mnie rozmawiać o seksie, rodzice szepczą po kątach, a mój chłopak przy każdym zbliżeniu dopytuje, czy na pewno może mnie dotknąć.
A ja nie potrzebuję psychologa, mogę normalnie o tym rozmawiać, nie mam problemu ze swoją seksualnością. Żyję tak jak wcześniej, nic się we mnie nie zmieniło, nie jest mi smutno, nie przeszkadza mi dotyk innych osób, seks jest dla mnie tak samo przyjemny, jak wcześniej. Chcę żyć normalnie, ale nie mogę, bo społeczeństwo próbuje mi wmówić, że na pewno moja trauma jest ukryta, że nie mogę tego w sobie trzymać, bo w końcu pęknę. Chcą żebym przepracowała coś, czego nie ma.
A dla mnie to po prostu jak wdepnięcie w gówno. Nieprzyjemnie i śmierdzi, ale umyłam już buta i poszłam dalej.
Historia z iście anonimowym zakończeniem.
W pierwszej klasie liceum w ramach integracji wyszliśmy klasowo na miasto. Jak to bywa, zaczęliśmy się coraz bardziej rozkręcać. W końcu ktoś rzucił wyzwanie "niech ktoś pójdzie i wyrwie jakąś laskę". Jako że zbyt piękny nie byłem, to żeby zwalczyć moją nieśmiałość powiedziałem, że ja to zrobię. Wtedy nigdy nie miałem dziewczyny i nie miałem pojęcia co zrobić. Postanowiłem wykorzystać pewien "trik". Polega on na poproszeniu wybranki o zadzwonienie do np. kumpla pod pretekstem rozładowanego telefonu. Jednak podajecie swój numer i dziewczyna sama do ciebie dzwoni.
No to wracając do historii wielkiego podrywu. Znalazłem dziewczynę, która nie wyglądała na śpieszącą się. No i podchodzę i mówię: "Hej, słuchaj, bo mam taki problem. Założyłem się z kumplami, że poderwę jakąś dziewczynę z pięknymi oczami"(serio miała piękne oczy).
Dziewczyna już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale ja w tym momencie wziąłem ją na ręce i powiedziałem: "No i właśnie zostałaś poderwana".
Ona zaczęła się śmiać, ja też. No ale na tym skończyć się nie mogło.
"No to mam problem. Bo rozładował mi się telefon i nie mogę znaleźć moich kumpli, mogłabyś do jednego z nich zadzwonić i powiedzieć, że Michał tu jest?".
Ona: *przez śmiech* "jasne!"
No i zadzwoniła do mnie. Znowu zaczęła się śmiać, podała mi swoje imię i odeszła.
Dzięki tej akcji nabrałem śmiałości i odwagi i w klasie zdobyłem wspaniałych przyjaciół.
*znane wszystkim zakończenie*
Dzisiaj wieczorem chcę się oświadczyć ;)
Kiedyś w dzieciństwie znałam pewną dziewczynę, nazwijmy ją Ewa. Ewa miała bogatych rodziców, którzy obsypywali swoją ukochaną córeczkę najlepszymi zabawkami. Jednak Ewa była typową chłopczycą uwielbiającą kopanie piłki z facetami czy zabawę w Power Rangers (myślę, że część grona tutaj pamięta kultowy serial) i nie w głowie jej były wymyślne lalki czy zabawki. Jednak mimo wszystko gdzieś tam się zaprzyjaźniłyśmy się, mimo dzielących nas różnic, co cieszyło jej rodziców mających nadzieję, że Ewa trochę zmieni upodobania na bardziej dziewczęce.
U mnie w domu nie przelewało się, więc o większości jej zabawek mogłam tylko pomarzyć, całą moją radością było przesiadywanie u niej i bawienie się nimi. W końcu Ewka zaczęła mi je pożyczać do domu, co sprawiło, że byłam najszczęśliwszą osobą na świecie, a u Ewki bawiłyśmy się już wspólnie.
Parę lat później ojciec Ewki nagle umarł, osierocając ją w wieku 13 lat. Poziom jej życia również drastycznie spadł.
Niestety, po pogrzebie Ewka kompletnie wycofała się z życia, nie dopuszczając do siebie nikogo. Potem po gimnazjum nasze drogi rozeszły się zupełnie. Mimo że nadal mieszkałyśmy blisko siebie, nowe obowiązki i znajomości pochłonęły nas do reszty. Czasami dochodziły mnie wieści o dziwnym towarzystwie, w którym się obraca, co utwierdziło mnie do reszty, że nie zmieniła się za wiele. Jednak bardzo młodo, bo mając niewiele ponad 19 lat, miała syna z jednym chłopakiem ze swojej paczki.
Sytuacja, którą chcę opisać wydarzyła się przed Mikołajem w zeszłym roku.
Wybierałam właśnie prezent dla mojego chrześniaka w jedynej w naszym mieście galerii, gdy usłyszałam za sobą przeraźliwy płacz chłopca. Gdy odwróciłam się, moim oczom ukazał się widok Ewki kucającej przy małym, spokojnie tłumacząc chłopcu, że nie stać jej na tę zabawkę, na co mały wydzierał się mocniej. Upływ czasu jaki ze sobą nie rozmawiałyśmy i obecna na pewno krępująca dla Ewki sytuacja skłoniła mnie ku odwrotowi i kontynuowaniu swoich zakupów, Ewka zresztą nawet mnie nie zauważyła w ferworze walki. W końcu Ewka pozbierała małego i poszła, a ja niewiele myśląc oprócz prezentu dla mojego chrześniaka kupiłam ową zabawkę. Co prawda swoją premię świąteczną planowałam dać mamie, jednak postanowiłam spakować zabawkę i angażując kolegę udającego kuriera zabawić się w anonimowego Świętego Mikołaja.
Nie wiem, czy postąpiłam słusznie, jednak stwierdziłam, że w ten sposób mogę choć trochę odwdzięczyć się jej za każdy dzień radości, który mi dała, pożyczając swoje najlepsze zabawki.
Dzięki, Ewka!
Dosyć rzadko budzę się w środku nocy. Najczęściej kiedy się przebudzę ze snu, idę po pewnym czasie do łazienki.
Pewnego razu, kiedy nosiłam jeszcze aparat ortodontyczny (taki ściągany), poszłam załatwić swoje potrzeby. Jako że musiałam spać w aparacie, do pewnego momentu miałam go w buzi. Spuściłam wodę i w pewnym momencie usłyszałam głośne "chlup!". Ledwo przytomna (2-3 w nocy), niewiele myśląc, wyciągnęłam z toalety aparat i założyłam go na zęby...
Do dzisiejszego dnia nie jestem pewna, czy to był sen.
Dostałem mandat za przekroczenie czasu postoju na płatnym miejscu, więc kiedy zbliżała się data „ważności” mandatu, czym prędzej wszedłem na stronę mojego banku i… dowiedziałem się, że serwis jest chwilowo nieczynny. Niewiele myśląc wsiadłem w auto i pojechałem do placówki bankowej, aby zlecieć wykonanie przelewu. Najwyraźniej awaria strony internetowej zmusiła innych klientów do odwiedzenia tejże placówki. W każdym razie tak można by sądzić po długiej kolejce ludzi czekającej na swoją kolej przy okienku. Czekałem chyba ze 40 minut.
Kiedy wyszedłem z banku okazało się, że o 10 minut przekroczyłem wykupiony czas postoju i dostałem mandat...
Myślicie, że jesteście nieogarnięci? Spróbujcie przebić to.
To było dobre kilka lat temu, siedziałam sobie w salonie i zauważyłam, że na półce leżał telefon mamy, która widocznie zapomniała go wziąć ze sobą do pracy. Jednak zajęłam się czymś innym i wypadło mi to z głowy. Po jakimś czasie chciałam z jakiegoś powodu zadzwonić do mamy i wzięłam telefon stacjonarny. Dzwonię, czekam i słyszę co? Oczywiście znajomy dzwonek dobiegający z półki. W mojej głowie pojawiło się "O, ktoś dzwoni do mamy. Odbiorę i powiem, że nie wzięła telefonu". Rozłączyłam się więc z myślą "A do mamy zaraz zadzwonię". Ale, kurcze, jak ja się rozłączyłam, to akurat telefon mamy przestał dzwonić. No to trudno, wracam do dzwonienia ze stacjonarnego.
Zorientowałam się po trzech próbach.
Dodaj anonimowe wyznanie