Jestem dziwnym człowiekiem.
Gdy bylem mały, zapładniałem folię bąbelkową cyrklem.
Cały zabieg wyglądał tak, że bawiłem się, że w cyrklu są małe plemniki, a bąbelki to komórki jajowe. Wtedy darłem się: „Patrzcie, kolejny bąbelek będzie mieć dziecko!”.
Może i to dziwne, ale robiłem to z ogromną precyzją.
A dzisiaj jestem ginekologiem.
Zawsze gdy w tekście kultury jest motyw, że bohaterowie są zamknięci w piwnicy czy gdzieś, to zastanawiam się, gdzie oni załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne.
Nigdy nie miałem szczęścia do dziewczyn, ale to była miłość od pierwszego wejrzenia. Ona: piękna, miła, radosna, uśmiechnięta. Zdecydowanie mój typ – ma oczy, uszy, dwie długie nogi...
Jedziemy właśnie do kliniki weterynarii zamówić jej protezy na te kolejne dwie brakujące. Wziąłem ją ze schroniska, to miłość na całe życie.
Mam 33 lata i postanowiłem żyć samotnie. Nie tak samotnie, samotnie jako kobiecy asceta. Spotykam się z kobietami, ale jedynie dla przyjemności i miłego spędzania czasu. Nie chcę się wiązać na stałe, uważam to za stratę zdrowia i wolę mieć kogoś z doskoku. Co kilka miesięcy zmieniam swoje koleżanki i tak już od ponad 3 lat. Dzięki temu unikam życia w fochach, pretensjach, ograniczeniach, złych humorach itp. Niektórzy mnie krytykują, ale to moje życie. Nie wyobrażam już sobie znoszenia nerwów, prób kontrolowania mojego życia i narzucania woli. Moja ostatnia stała dziewczyna nie liczyła się z moim zdrowiem do tego stopnia, iż kiedy mówiłem jej, że w wieku 29 lat mam podwyższony cholesterol spowodowany stresem i prosiłem ją, że musi zaprzestać robienia awantur, miała to w tak głębokim poważaniu, iż zrobiła mi awanturę o to, że oskarżam ją, że to jej wina. Obecnie cholesterol wrócił do normy, a na twarzy odmłodniałem. Nie dziwię się, że małżeństw jest coraz mniej, a rozwodów coraz więcej. Z dzisiejszymi kobietami nie da się żyć wbez zbędnego stresu.
Mieszkamy w Anglii i w tym roku spędziliśmy tutaj święta.
Najmilszą i szokującą rzeczą jaka spotkała nas w Wigilię, było to kiedy do drzwi zapukał sąsiad muzułmanin wraz z rodziną – wręczył nam kartkę świąteczną i życzył Wesołych Świąt.
Byłam dość ciekawskim dzieckiem, i do tego gadatliwym. Potrafiłam zadać trzy pytania na jednym wydechu. Moi rodzice (wraz z resztą rodziny) byli często zmęczeni moim gadulstwem. Właściwie tylko jedna osoba jakoś tak chętniej mnie słuchała, a był to młodszy brat mojej mamy. Dogadywaliśmy się tak dobrze, że nawet nie mówiłam do niego "wujku", tylko po imieniu, bo jakoś tak nam bardziej odpowiadało (nazwę go K.).
A teraz historia właściwa.
Było lato 2000 r. szłam się spotkać z moją paczką przyjaciół, którzy mieszkali blisko mnie. Napotkałam wtedy młodą dziewczynę (nazwę ją A.), miała jakieś 18 lat. Zapytała mnie, gdzie znajdzie taki i taki numer domu. W tamtym czasie dość ciężko było się zorientować o położeniu adresów w mojej miejscowości, gdyż wiele ulic nie miało swoich nazw. Od razu zaczęłam wypytywać A. o szczegóły (skąd jest, a co tutaj robi itd.), a ona cierpliwie na wszystko mi odpowiadała. Była czymś w rodzaju akwizytorki, ale pracowała dla jakiejś sieci komórkowej. Zaoferowałam się, że ją oprowadzę i tak zaczęłyśmy robić przystanki po domach sąsiadów. W międzyczasie dołączyły osoby z mojej paczki i tak bawiliśmy się w przewodników. Gdzieś na koniec postanowiłam, że zaprowadzę dziewczynę do domu moich dziadków. Nie było ich w domu, ale otworzył nam K. Od razu zauważyłam, że jakoś tak dziwnie się zachowywał, uśmiechał się i zaprosił ją do środka, a mnie dał drobne na słodycze i polecił, bym przyszła później. Zadowolona poszłam razem z moją paczką do sklepu i nie domyśliłam się o co chodzi.
Musicie sobie wyobrazić moje zaskoczenie, jak niecały miesiąc później przyprowadził A. na rodzinny obiad jako swoją dziewczynę. Rodzinka się śmiała, że pierwszy raz moja nadzwyczajna ciekawość i gadulstwo wyszły komuś na dobre. I rzeczywiście wyszły na dobre tak bardzo, że jakieś 7 lat później dostałam zaproszenie na wesele K. i A. :D. Oczywiście nie mogło zabraknąć przemówienia Pana Młodego, który opowiedział, jak za moją sprawą poznał swoją żonę. Do dziś jest to jedna z ulubionych historii rodzinnych :D
Mieszkam w bloku. Pod blokiem jest parking, a po drugiej stronie ulicy bar. Miałem wolny weekend, wypoczywałem więc przed telewizorem popijając piwo. W pewnym momencie zadzwonił do mnie kolega. Rozmawiając z nim wyjrzałem przez okno. Na parkingu leżał przedmiot przypominający smartfona. Wyszedłem przed blok i faktycznie znalazłem nowiuśki smartfon. Chciałem go oddać, pomyślałem, że pewnie wypadł komuś z kieszeni kiedy wsiadał do samochodu albo coś. Na pasku zadań nie było żadnych połączeń, to mnie przekonało, że właściciel pewnie się jeszcze nawet nie kapnął, a i ja nie mogłem zadzwonić pod żadne „mama”, „ice” czy inny „dom”, bo telefon miał hasło. Wróciłem do mieszkania, telefon położyłem na stole i wróciłem do oglądania telewizji.
Po jakiejś godzinie telefon odezwał się. Stanowczy głos powiedział, że zaginął telefon – dane telefonu się zgadzały, głos zażądał zwrotu. Powiedziałem, że oczywiście, zapraszam, w duchu myśląc, że pewnie flaszka znaleźnego wpadnie, tym bardziej że urządzenie naprawdę wyglądało jak nóweczka. Po jakichś 10 minutach telefon znów zadzwonił i facet w słuchawce powiedział, że już jest. Na parkingu czekało na mnie dwóch kolesi. Kiwnąłem im, pokazałem telefon, oni synchronicznie wyciągnęli portfele, uśmiechnąłem się więc. Panowie tymczasem pokazali swoje lśniące odznaki, a mi kazali stanąć w rozkroku i oprzeć się o barierkę.
Okazało się, że właściciel telefonu został napadnięty i pobity, a ja jestem aktualnie głównym podejrzanym i jedziemy na komendę. Zacząłem gorączkowo tłumaczyć i wyjaśniać przebieg wydarzeń, jednak śmierdzący piwem, ogolony na łyso w dresowych spodniach i podkoszulku odsłaniającym tatuaże nie byłem specjalnie przekonujący. Policjanci nie słuchali moich tłumaczeń. W oknach zaczęło pojawiać się coraz więcej gapiów, a ja czułem jak wali się moja reputacja..
- Dokumenty! - krzyknął policjant. Mówię więc, że nie mam, bo są w mieszkaniu. Bo nie spodziewałem się takiego zwrotu akcji.
- Dobra, zawijaj go – powiedział zniecierpliwiony drugi. Poczułem się jak Józef K. w „Procesie” Kawki.
- Jak się nazywasz?
Przedstawiłem się więc. Policjanci spojrzeli na siebie.
- Ten (i tu pojawiło się moje imię i nazwisko)?
- Raczej tak.
- Ten (i tu pojawiła się nazwa mojej niecodziennej profesji)?
- Tak...
- K... no to teraz już ci wierzę.
Nagle zza winkla wyszedł jakiś chłopak z rozkwaszoną, opuchniętą mordą i woła:
- Panowie, to nie ten!
Na co policjanci zgodnie odpowiedzieli:
- No przecież wiemy, że nie ten. Pan ci telefon znalazł, to flaszkę mu powinieneś kupić, a nie na policję od razu dzwonić - odmeldowali się i poszli, a ja zostałem kompletnie zdezorientowany. Chłopak z rozkwaszoną gębą finalnie wręczył mi flaszkę.
Następnego telefonu nie podniosę.
Sytuacja sprzed paru lat. Do tej pory myślałem, że takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach komediowych, ale do rzeczy.
Sylwester, jestem z moją dziewczyną od jakiegoś roku. Z różnych względów spędzamy go u jej rodziny, a dokładniej ciotki, wraz z jej rodzicami, rodzeństwem i kuzynostwem. Jako że to była moja pierwsza taka impreza z całą jej rodziną, trochę człowiek się denerwował. Żeby zabić stres, troszkę podjadałem różne przekąski i popijałem alkoholem i napojami gazowanymi. Po jakimś czasie zacząłem odczuwać, że strasznie jeździ mi po żołądku i organizm dawał mi znać, że ten miszmasz jedzenia i napojów był nieodpowiedni i chyba trzeba się udać wiadomo gdzie. Jako że byłem w nowym domu, nie chciałem iść na dłuższe posiedzenie przy całej jej rodzinie, więc myślałem, że uda mi się przetrzymać. W pewnym momencie jednak sytuacja była już bardzo krytyczna, więc odwiedziłem WC. Zrobiłem co swoje, nie będę mówił co wyszło z tego całego jedzenia i stresu, ale nie było to nic "twardego". Do wytarcia zużyłem dużo papieru, który wrzuciłem do kibelka i zadowolony spuściłem wodę. I wtedy stał się najgorszy koszmar. Kibel się przytkał, a woda cofnęła, mało tego rura z odpływu, który wychodziła z kibla, widocznie nie była zbyt szczelna i w wyniku przytkania i pewnie ciśnienia delikatnie zaczęła puszczać wodę. Stoję więc nad tą muszla i patrzę na wodę po jej brzegi, oczywiście z zawartością tego, co przed chwilą zrobiłem. W panice wziąłem szczotkę do WC i próbowałem to jakoś odetkać. Założyłem nawet siatkę foliową na rękę i próbowałem ręcznie wyciągnąć/odetkać choć trochę. Nic z tego, wszystko stało i za cholerę nie chciało ruszyć. Stoję więc tak nad tą muszlą i nie wierzę, że taki koszmar stał się mnie i że zaraz stanę się pośmiewiskiem i źródłem fajnej historyjki na kolejne lata. Zrezygnowany nie wiedziałem już co robić. W końcu zostawiłem wszystko tak jak było i wyszedłem.
Po powrocie do stołu modliłem się, żeby nikt po mnie nie chciał skorzystać z toalety. Na moje szczęście wcześniej było małe zamieszanie, bo zbliżała się północ i każdy chciał skorzystać i chyba wszyscy zrobili co mieli zrobić przede mną. Przez następne trzy godziny nikt nie poszedł do łazienki i wraz z dziewczyną poszliśmy do domu.
Do tej pory nie wiem kto zobaczył tę moją katastrofę pierwszy i czy się zorientowali, że to ja byłem ostatni, ale do dziś nikt nigdy o tym nie wspomniał. Do tej pory nie wiem kto tam czuwał nade mną, że po mnie nikt do tej toalety nie poszedł.
W zeszłym roku organizowałam sylwestra, trochę po 17 wychodzę z pracy, a tu dzwoni kumpel, gdzie jestem, bo w 5 osób czekają przed moim blokiem, a nikt nie otwiera.
Otóż moi goście przyszli na imprezę sylwestrową 30 grudnia.
Przedział wiekowy to 22-26 lat...
Kiedy miałam 6 lat powiedziałam mojej mamie, że nienawidzę pić mleka w przedszkolu. Byłam dzieckiem i nie zastanawiałam się nad tym, jakie konsekwencje pociągnie za sobą moje małe wyzwanie.
Następnego dnia, kiedy dotarłam do przedszkola, zamiast okropnego mleka dostałam herbatę.
Okazało się, że moja mama okłamała wychowawczynię, że jestem uczulona na laktozę.
Do końca zerówki byłam szczęśliwa, tak jak może być szczęśliwe dziecko.
Dodaj anonimowe wyznanie