Nie wiem, z czego to wynika. Może różnica w mentalności, może po prostu Polacy w większości są bucami, ale nie wiem.
Dwie podobne sytuacje w różnych krajach.
Spóźniłem się kilka minut na autobus w Hiszpanii. Na szczęście był duży korek, więc go dogoniłem. Podbiegłam do autobusu, delikatnie stukam w szybkę, więc kierowca mi otworzył. Podziękowałem i byłem zadowolony, bo na drugi autobus musiałbym czekać godzinę.
W Warszawie dobiegłem do tramwaju dopiero po zamknięciu drzwi – tramwaj jeszcze stał na przystanku, jednak przyciski do otwierania drzwi były nieaktywne. Podbiegłem na początek tramwaju, pukam do motorniczego i pokazuję na drzwi, ale on tylko się na mnie popatrzył, popukał w czoło i odjechał.
Byłem w szoku.
Może by tak pierd*lnąć to wszystko i postarać się o obywatelstwo w innym kraju?
Parę lat temu pojechaliśmy z rodzicami na wakacje do Grecji. Wszystko pięknie ładnie, wypoczęliśmy, bawiliśmy się. Jako że kot się sam nie przypilnuje, a sąsiedzi akurat też wyjeżdżali, to zaproponowaliśmy naszej babci tydzień u nas. Babcia mieszkała wtedy w małym mieszkanku, dodatkowo z moją ciotką, wujkiem i kuzynką, więc tydzień na wsi brzmiał dla niej wspaniale.
Każdy kto posiada trampolinę wie, że podczas burzy... lubi sobie odlecieć. No, moja też czasem uciekała. Akurat się tak babci niefortunnie trafiło, że po paru dniach pogoda zrobiła się nieciekawa. Ale babcia nie narzekała, zamknęła się w domu z kotem i mimo szalejącej na zewnątrz burzy siedziała spokojnie. W którymś momencie trampolina odleciała. No po prostu wzbiła się w powietrze i już jej nie było. Oczywiście babcia była w szoku, ale jest też twardą babką – postawiła sobie za cel złapanie trampoliny i przywleczenie jej z powrotem. Lekceważąc 80 parę lat na karku, wybiegła z domu. Oczywiście nie pojmała trampoliny, więc zrezygnowana wróciła do domu, a wtedy okazało się, że drzwi się zatrzasnęły... Babcia w samej koszuli nocnej i czepku na głowie ruszyła powiadamiać sąsiadów, ale nikogo nie było. Ostatecznie znalazł i dał jej schronienie sołtys, a ciotka z wujkiem musieli "włamywać się" do naszego domu :D
PS I babcia, i trampolina dotarły do domu całe i zdrowe, a sołtys dostał wino w podziękowaniu :)
Po długim dniu w pracy postanowiłam wziąć relaksującą kąpiel z pianą, pachnącymi świecami obok itp.
Kiedy miałam już wszystko przygotowane, idyllę zniszczył mój kot, który nagle wskoczył na brzeg wanny, przestraszył się i wpadł do wody. Nie dość, że mnie podrapał, to jeszcze ze strachu zrobił... rzadką kupę.
Odechciało mi się wszystkiego...
Problem polskiej szkoły, czyli dlaczego poziom nauczania wciąż spada.
Moja żona chodziła do liceum. Zwykły, osiedlowy ogólniak, podobnie jak moja żona, większość zostałam tam posłana przez rodziców, bo blisko domu, nauczyciele znani od podstawówki - zespół szkół, ten sam budynek, dyrektor itd. Wybrała klasę o profilu ścisłym - rozszerzona matma, fizyka, chemia, dla chętnych geografia. Niestety okazało się, że połowa klasy to matematyczne miernoty i dodatkowe godziny na rozszerzenie nauczycielka przeznaczała na powtarzanie rzeczy podstawowych i uzupełnianie braków wiedzy - zwyczajne zajęcia wyrównawcze. 95% klasy chodziło razem do tej samej podstawówki i gimnazjum. Skąd ich braki? Z "braku talentu" czy lenistwa? I po co pchali się do klasy ze ścisłymi rozszerzeniami?
Przy takiej sytuacji moja zdolna żona miała same piątki i zero motywacji, żeby robić coś więcej. Jednocześnie rodziców nie było stać na dodatkowe zajęcia + "nie odczuwali potrzeby", żeby dzieci na takie chodziły. Prędzej posłali starszą córkę na zajęcia z angielskiego, z którym sobie nie radziła. Natomiast piątki młodszej były dla nich sygnałem, że wszystko jest OK i nie należy się martwić. Koniec końców w klasie maturalnej żona usłyszała, że "do matury rozszerzonej z matmy w tej klasie nikt nie będzie dopuszczony, bo reprezentują za niski poziom i to by było tylko na szkodę szkoły" (What?!). Świetnie zdała maturę podstawową z matmy, chemii i geografii. Sama do końca nie wiedziała, co chce robić w życiu, ale przypadek sprawił, że złożyła "papiery" na polibudę i się dostała. Kierunek niełatwy. Od początku mściły się braki z rozszerzenia z matematyki. Poradziła sobie dzięki swojej inteligencji i uporowi. Dziś, jako inżynier, pracuje w zawodzie i jest zadowolona z obranej ścieżki życiowej, ale wciąż ma żal do swojej szkoły za takie beznadziejne podejście.
W tym samym czasie ja chodziłem do prywatnej szkoły i regularnie dostawałem niezły "wp.erdol" na każdym sprawdzianie. Jechałem na trójach i ciągle słyszałem, że do matury rozszerzonej muszę się więcej uczyć. Matury podstawowe zdałem z palcem w d...., a rozszerzenia poszły mi przyzwoicie, wbrew przewidywaniom moich nauczycielek, które z tego miejsca pozdrawiam :) Też poszedłem na polibudę (inny kierunek), ale dzięki rozszerzeniom taka fizyka nie była dla mnie drogą przez mękę.
Takie porównanie dla kontrastu.
Jakiś czas temu siedząc w pracy czytałem Igrzyska Śmierci. Pracę mam dość luźną, póki nie pojawi się klient, mogę sobie na to pozwolić. I czytając dochodzę do jednego, dość smutnego momentu, kto czytał pierwszą część, ten wie co to za moment.
Pochłonięty lekturą nie zauważyłem, że łzy mi ciekną po policzkach. I tak coraz bardziej rozczulam się nad smutną sytuacją, gdy coś mnie wyrywa z tego stanu. Dwa słowa.
- Dzień dobry!
Podnoszę wzrok, a przede mną stoi klient i patrzy prosto we mnie. W zapłakanego nad książką dorosłego chłopa. Minę miał bezbłędną, nie ma co.
Kiepska reklama dla sklepu, ale co tam.
Mój chłopak w ogóle się na mnie nie złości i nie denerwuje, po prostu bierze jakąś moją rzecz, np. telefon, i kładzie na najwyższej półce, albo na szafce. Ma 2 metry wzrostu, więc to jest naprawdę uciążliwa "zemsta" na zimno.
Działo się to w magiczny wieczór zwany Wigilią Bożego Narodzenia.
Słowem wstępu:
Przeprowadziłam się wreszcie do własnego mieszkania z chłopakiem, więc to była moja pierwsza Wigilia, moje pierwsze święta daleko od domu, byłam zachwycona mieszkaniem (fakt, wynajmowane, ale świetne, duże, wszechstronne itp.), a że ja lubię dobrze podjeść w wigilię i dwie rodziny były do jakby „poczęstowania”(moja i lubego- nie narzeczonego), zaczęłam robić dania: barszcz czerwony na własnym zakwasie, krokiety z kapustą i grzybami i dwa ciasta. I to takie porcje razy dwa (przynajmniej krokiety, chciałam, by wszyscy spróbowali, a było gęb około 20).
Ja w skowronkach zapieprzam całe dwa dni od dosłownie 12 w dzień, kończąc o 12 w nocy, i to jeszcze z pomocą lubego - na dwie patelnie, gary, a wszystko było w kuchni pozajmowane – od stolików do jedzenia, stołów, po (uwaga!) SUSZARKĘ DO UBRAŃ, Z KTÓREJ ZROBIŁAM „STÓŁ”, oraz wszelkie palniki, nie pomijając piekarnika.
Nadchodzi dzień Wigilii u lubego.
Przyniosłam barszcz, krokiety, ciasta, sałatkę jarzynową, trochę pomagam przy ubieraniu choinki, trochę gadamy, śmiejemy się itp. Miło czas spędzamy, przyjeżdża rodzina lubego z opóźnieniem (i to porządnym – tutaj wtrącę, że dzieci nie mają małych żeby się spóźniać) i jego ciocia z jej rodziną. I wszystko ładnie pięknie, oni stawiają na stół pierogi na słodko, przyjeżdża siostra lubego, trochę pierogów zrobiła, mama i tata lubego obstawili stół dobrymi rybami i wszelakimi sałatkami itp. Jemy barszcz, a ja naglę się dowiaduję, że rodzina cioci jakoś nie przepada za barszczem z zakwasem, tylko jedynie „słodki”, no ale jedli, aż im się uszy trzęsły, w sumie chyba dlatego, że wszyscy byli głodni – OK, nie wszyscy lubią na zakwasie, jestem w stanie zrozumieć (swoją drogą barszcz nie był „kwaśny”, tylko miał posmak taki z racji domowego zakwasu). Gwoździem programu było to, kiedy podaliśmy krokiety. Nagle ciocia się odzywa „JAKIE WIELKIE! JA TEGO NIE ZJEM, NA DWOJE TRZEBA”. No cóż, spoko, nie każdy lubi duże krokiety, my z lubym lubimy jeść takie duże, jeden porządny i tyle, nikt ogólnie nie protestował więcej i każdy stwierdzał, że są smaczne. I nagle ciotka po raz kolejny, wyskakuje z opinią „POWINNAŚ ZROBIĆ MNIEJSZE! PRZECIEŻ TO ŁADNIEJ WYGLĄDA”, na to ja, że nie dało rady, bo nie mam mniejszej patelni… chciałam się zaśmiać i naglę znowu słyszę „NO TO TRZEBA BYŁO SIĘ POSTARAĆ, PRZECIEŻ MOŻNA MNIEJSZE”…
Wiecie co? Zniszczyło mi to gwiazdkę. Kurna mać! Najeba**m się jak cholera, z zadowoleniem robiłam wszystko, chciałam, żeby było fajnie, coś dać od siebie z serca… Tym bardziej że to pierwsza gwiazdka u lubego. A tu takie coś...
Byłem cholernie zakochany w Agacie. Cudnej, boskiej Agacie. Podbijałem do niej ile sił, całkiem nieźle to szło, do momentu, w którym byliśmy już tak blisko, że postanowiła mi przedstawić swojego największego adoratora i prawdopodobnie przyszłego chłopaka.
Zanim go poznałem, już go oczywiście nienawidziłem, więc opracowywałem plan, jak go zniszczyć.
Poznaliśmy się w końcu i... no nie wiem, polubiłem gościa z miejsca. Dogadaliśmy się jakoś między sobą, szybko przejrzeliśmy na oczy, że Agata wodzi nas obu za nosy i urwaliśmy z nią kontakt.
Jednocześnie wyleczyłem się z fatalnego "zakochania" i zyskałem przyjaciela na całe życie. Dzięki, Agata!
Ludziom nigdy nie dogodzisz.
Gdy w Polsce wybuchła afera związana z aborcją, jednym z argumentów za jej zakazem był "przecież można urodzić i oddać! Istnieją przecież domy dziecka i okna życia". Takie opinie często słyszałam też w mojej rodzinie.
Ostatnio na świątecznym zjeździe familii od popitych wujków dostałam pytanie, kiedy i ja zostanę matką (chodź dopiero skończyłam 19 lat). Odpowiedziałam, że za kilka lat może i zdecyduję się na dziecko, ale nie będę go rodzić, gdyż wolę zaadoptować. No i dramat. Bo jak to tak? Zdrowa jestem, to czemu mam brać "cudze" dziecko pod swój dach? Czemu nie urodzę?
A najgłośniej krzyczały te ciotki, które niedawno tak przeklinały aborcję i wychwalały adopcję jako alternatywę.
Chciałbym wam opisać przypadek, który dzieje się w moim związku. Mam dość i chciałbym się tym z kimś podzielić.
Poznaliśmy się 4 lata temu, na studiach. Zaczynało się wszystko pięknie – spacery, kino, randki, wypady do baru ze znajomymi, dużo spędzonego razem czasu, po prostu żyć nie umierać.
Przełom nastąpił po dwóch latach, jak zamieszkaliśmy razem. Najpierw był jej wrzask przy każdej kłótni, nawet najmniejszej. Potem przybyły wyzwiska. Określenie „Ty kur*o, szmato, jesteś gównem” itp. itd. co mniejsze moje przewinienie (np. kiedy się z nią nie zgodzę z czymś, wyrażę swoje zdanie). Przemoc fizyczna też się z czasem pojawiała. Łapała mnie za twarz, ciągnęła za włosy, potrafiła uderzyć w plecy, w klatkę – nigdy w twarz. W twarz mi pluła. Mój płacz po takich akcjach przedrzeźniała. Wyzywała jeszcze bardziej. Dodajmy do tego kontrolę konta. Mojego konta. Cały czas przegląda, czy sobie niczego nie kupię bez jej zgody. Ma do niego hasło i przegląda historię z wymówką, że ja ją oszukuję, bo mówię, że nic sobie nie kupuję, a kupuję i ona mi nie ufa – jeżeli kupiłem sobie kebaba / puszkę coli – mam przesrane, bo mam zakaz(nie, nie jestem gruby. Tak, ma swoje konto, do którego dostępu nie mam).
Moje życie stało się szarobure. Nie widzę siebie takiego, jakim byłem kiedyś, nie mam kontaktu ze starymi znajomymi ani nie mogę z nikim pogadać na ten temat, bo mój telefon też jest kontrolowany. Wstaję, szykuję nam śniadanie, jemy je zwykle w ciszy, bo boję się kolejnej awantury. Wracam, zakupy, robię obiad dla nas do pracy, sprzątam, robię pranie, zawsze, mimo że ona wraca jako pierwsza. Rozmawiamy tylko o tym, co u niej. Odnoszę wrażenie, że nie interesuje jej moje życie, to co myślę, czuję.
Po żadnym z wyżej opisanych przypadków mnie nie przeprosiła. Twierdzi, że na wszystko sobie zasłużyłem. Wiele rozmów za nami. Niestety nic nie pomaga, nawet się nie stara, by to wyglądało lepiej. Zwykle próba rozmowy kończyła się kłótnią. Czemu z nią jestem? Ma przebłyski kobiety, w której naprawdę się zakochałem. Potrafi być miła i kochana. Ale czasami sam się zastanawiam, czy to jest naprawdę miłość. I czy tego chcę.
Dla wszystkich co proponują psychologa – próbowałem ją do tego przekonać. Bez skutku, kolejna awantura. Kiedyś byliśmy na kilku sesjach, po których stwierdziła, że to bez sensu, że nie potrzebujemy. Jestem w kropce. Ma swoje dobre chwile, gdzie czuję się pewnie i super. Ale są zdecydowanie mniej szokujące niż to, co opisałem wyżej. I te złe nie zdarzają się rzadko... W naszym wynajętym mieszkaniu czuję, że stąpam po kruchym lodzie.
Uważajcie na siebie. Takie coś nie zdarzyło się z dnia na dzień. Przez lata rozwijało swoje skrzydła. Czasami trzeba je odciąć w odpowiednim momencie. Nikt na to nie zasługuje. Trzymajcie się wszyscy.
Dodaj anonimowe wyznanie