Dobra, to będzie jedna z tych historii rodem z babskich książek, ale jej niesamowitość mnie przeraża i muszę się nią podzielić.
Wszystko zaczęło się w podstawówce. Była taka dziewczynka - Kasia, która strasznie mi się podobała. Jak to bardzo poważny zalotnik w drugiej klasie, z największym szacunkiem ją adorowałem. Zawsze razem w parze, zawsze na WF razem, zawsze w świetlicy starałem się być blisko niej. Oczywiście wtedy nie powiedziałbym, że to zakochanie, bardziej niezrozumiały magnes ciągnący mnie w tamtą stronę. Kasia potrafiła być naprawdę dziwna, była bardzo cicha, nieśmiała, ale cholernie mądra. Potem trafiliśmy do różnych klas. Nie widziałem już jej i przez lata nie zawracałem sobie tym głowy.
Aktualnie studiuję w Warszawie.
To było w zeszłym roku w listopadzie. Właśnie wracałem z zajęć i zaczął padać deszcz. Zwykle jestem tak roztrzepany, że nie sprawdzam pogody i nie miałem parasola. Ulewa jak cholera, jedynym miejscem gdzie mogę się schronić jest przystanek autobusowy albo daszek sklepu. Jako że na przystanku tłok, wybieram drugą opcję. Ktoś tam stoi. I tak... Dobrze myślicie... To była Kaśka. Ja oczywiście nie od razu ją poznałem, ona mnie też nie.
Staliśmy chyba z pięć minut nie przejmując się sobą i swoim towarzystwem, chociaż potem dziewczyna zaczęła na mnie zerkać. I głupio się śmieje :P A ja pajac nie rozumiem o co chodzi? Psycholka? I nagle się odzywa: "Widzę, że to już chyba przeznaczenie". Ja dalej jak idiota stoję i już poważnie myślę, czy do psychiatryka nie dzwonić. "Jak możesz nie poznawać dziewczyny, którą pocałowałeś jako 8-latek?". Ding dong... Znaczy to był pocałunek w policzek, żeby nie było wątpliwości ;) Tak w ogóle poza nią nie całowałem żadnej innej, czy dlatego, że faktycznie tylko ona była mi przeznaczona?
Nie będę już przynudzać, bo pewnie domyślacie się jak to się skończyło ;) W każdym razie rozglądam się za pierścionkiem :)
Dopiero wczoraj zauważyłam, jakiego mam wspaniałego tatę.
Zaczął mi się okres. Standardowo - ból brzucha, zły humor itd...
Tata wrócił z pracy późnym wieczorem. Kiedy zobaczył mnie w starym dresie i rozmazanym tuszu do rzęs, o nic nie pytał, tylko wyjął z lodówki dwa pudełka lodów i do nocy oglądał ze mną "Epokę lodowcową" :D
Kocham Cię, tato! :))
Historia zdarzyła się, kiedy byłem w piątej klasie podstawówki.
W naszej szkole miała być dyskoteka z okazji pożegnania klas szóstych.
W trakcie dyskoteki dla żartów powiedziałem pani Kowalskiej, że pan Nowak chciałby z nią zatańczyć...
Zatańczyli i chyba się sobie spodobali. Dzisiaj składałem im życzenia z okazji dziesiątej rocznicy ślubu. :)
Nie mam prawie żadnych znajomych, nie wspominając o przyjaciołach.
Wszystko zaczęło się jeszcze w podstawówce. Nie dość, że byłam pulchna, to miałam również bogatych rodziców. A moi rówieśnicy uznali to za zbrodnię.
Kiedy miałam 13 lat zdarzyło się coś, co po dziś dzień uznaję za najlepsze co mogło mi się przydarzyć. Moja mama urodziła mojego brata. Jedyną poza rodzicami osobę, która stała się dla mnie całym światem.
Nigdy nie miałam też dobrych kontaktów z dziadkami od strony taty. Rodziców mamy nigdy nie poznałam, zmarli przed moimi narodzinami.
W gimnazjum było równie uroczo jak w podstawówce, bo i ludzie praktycznie ci sami. Jeśli ktoś chciał się ze mną zapoznać, natychmiast go "naprostowywano".
Później przyszedł czas na liceum. Tutaj już ludzie byli inni, ale z kolei ja się zmieniłam. Nie ufałam nikomu. Jedyne rozmowy jakie odbywałam w szkole to te z nauczycielami.
W klasie maturalnej stało się coś, co jeszcze pogłębiło moje wycofanie. Moi rodzice mieli bardzo poważny wypadek. Tir wjechał w bok ich samochodu. Nie mieli żadnych szans. Ja miałam 19 lat, mój brat 6.
Teraz powinno nastąpić wielkie pojednanie z rodziną, ale nie nastąpiło. Solą w ich oczach jest fakt, że byłam jedynym spadkobiercą moich rodziców, oczywiście do podziału z bratem. A było tego naprawdę niemało.
Wyrokiem sądu brat został ze mną, co było do przewidzenia, bo nikt z mojej rodziny i tak go nie chciał.
Jakimś cudem udało mi się zdać maturę i dostać na studia z indywidualnym tokiem nauczania. Został mi ostatni rok nauki, ale było naprawdę ciężko.
Starałam się wychowywać brata najlepiej jak umiałam i poświęcałam mu praktycznie cały wolny czas.
Mimo tego wielokrotnie spotykały mnie przykrości, niekoniecznie usłyszane od starszych osób. Często byli to ludzie z mojej uczelni, bo nie widziałam powodu, żeby zwierzać się kompletnie nieznajomym osobom. Przez co niejednokrotnie słyszałam, że za swoje błędy muszę płacić, skoro chciało mi się puszczać.
Ale niczego nie żałuję.
Mój brat jest mądrym i czułym dzieckiem i udało mu się to, co nigdy nie udało się mi. Ma przyjaciół i kolegów, nie jest cichy i zamknięty w sobie. Kocha mnie i bardzo często to powtarza.
W tej chwili ja mam 23 lata, a on 10. Nie żałuję żadnej z podjętych decyzji. Chciałam tylko komuś o tym opowiedzieć, bo jedyne osoby, które mają pełen obraz sytuacji w ogóle się do nas nie przyznają i nie utrzymują kontaktów.
Dziś jest 4. rocznica śmierci naszych rodziców.
Ludzie piszą o zabawkach w dorosłym życiu, no to ja też.
Lat miałem może 6, siostra z 4. Rodzice kupili siostrze maskotkę, jeża. Taki wielkości pomarańczy, brązowe "kolce", niebieski pyszczek, wyszyty czarnymi nićmi nosek, oczka czarne, plastikowe. No to mały ja MYK, jeż jest mój. No i wojna, oboje płaczemy, że chcemy jeża. No to rodzice kupili nowego, podobnego, ale niebieskawy. No i znowu wojna. Tak do chyba czwartego jeża, potem siostra się przerzuciła na kotki.
No ale ona ciągle się rozmyślała, a ja ciągle, że chcę jeżyka. Wakacje nad morzem? Jeż z bursztynami. Wyjazd na narty? Jeż-narciarz. Znowu nad morze? Jeż z muszelkami. Każdy napotkany pluszowy jeż też musiał być mój.
Wszyscy wiedzą, jak bardzo kocham jeże. Moja dziewczyna zawsze też mi jakieś kupuje. Za kilka(naście) lat mój syn pewnie wrzuci do Internetu historię "mój stary to fanatyk jeży, cały dom zawalony jeżami". Na drodze jak widzę rozjechanego jeża, to się zatrzymuję i spycham go na pobocze, żeby spoczął we "względnym" spokoju. Ostre hamowania przed jeżami to też norma. Spotkam jeża w parku? Biorę go i bronię przed psami. 1% z podatku odprowadzam na fundację "Jerzy dla Jeży". No po prostu kocham jeże.
Teraz jak to opisuję, to w zasięgu wzroku mam 14 jeży (zabawek). W aucie jeżdżą ze mną 3. KAŻDY ma imię i funkcję w mojej "jeżowej społeczności". Jest jeż prezydent, jeż rajdowiec, jeż policjant, mam nawet takiego, co chyba miał służyć jako zabawka edukacyjna "jak rodzą się dzieci" - ma kieszeń na małe jeżyki w wiadomym miejscu. Marzę o małej hodowli jeży pigmejskich. Mam ponad 20 lat, nie zasnę bez przynajmniej jednego z nich obok mnie, kilka mam takich, co robią za poduszkę, pościel w jeże też mam.
Dziewczyna na szczęście to akceptuje i śpimy w trójkę, a nawet w czwórkę i piątkę :)
2 lata temu lekarz poinformował mnie o tym, że już nigdy nie będę mogła mieć dzieci. Zaczęłam chorować na depresję, bo zawsze pragnęłam być mamą, nigdzie nie wychodziłam, tylko płakałam całymi dniami. Mój mąż był bezradny, próbował mi pomóc, podnieść i wyleczyć z tej depresji, i jakoś mu się to w końcu udało. Pogodziłam się z tym i próbowałam zacząć normalnie żyć.
Dziś dowiedziałam się, że jestem w 3 miesiącu ciąży. Lekarz był w szoku. Uwierzcie, że nigdy tak bardzo nie płakałam ze szczęścia jak dziś.
Cuda się zdarzają.
Mój chłopak mieszka w tym samym mieście co ja. Ostatnio chciałam mu zrobić niespodziankę i tak jak w tych wszystkich filmach założyłam tylko bieliznę, płaszczyk i w drogę.
Stoję już pod drzwiami jego domu (mieszka sam) wyobrażając sobie co się będzie dziś działo, aż tu nagle drzwi otwiera mi mój przyszły TEŚĆ. I strututu "daj ten płaszczyk i siadaj do nas". Okazało się, że zrobili mojemu niespodziewaną wizytę, a mój chłopak właśnie miał do mnie dzwonić, żebym przyjechała. Nie wiedząc jak wybrnąć z tej sytuacji, bo już i chłopak zastanawiał się o co chodzi, czemu stoję w płaszczu, krzyknęłam tylko "O BOŻE, ŻELAZKO!" i pobiegłam do auta. W domu ubrałam się i wróciłam... Po cichu opowiedziałam chłopakowi co się stało.
Przyszli teście o niczym nie wiedzą, a luby dalej mi wypomina, że gdybym tylko chciała, to następnym razem pojedzie ze mną wyłączyć żelazko...
Córka (lat 4) wróciła dziś podekscytowana z weekendu u taty i z błyszczącymi oczkami opowiedziała mi, że tatuś i ciocia Ewa biorą ślub, ciocia założy śliczną białą sukienkę, będą kwiaty, goście, nawet tort, a ona będzie niosła obrączki!
"Ciocię Ewę", nazywaną przez mojego partnera "nową stażystką" miałam wątpliwą przyjemność poznać w całej okazałości, kiedy będąc w pierwszym trymestrze ciąży gorzej się poczułam w pracy. Szefowa litując się nade mną kazała mi spadać do domu, a tam mój facet beztrosko zabawiał się z Ewunią w tym samym łóżku, w którym zrobił mi dziecko kilka tygodni wcześniej. Powiedzieć, że byłam załamana, to jakby nie powiedzieć nic. Gdyby nie wsparcie najbliższych, nie podniosłabym się. Ojcu dziecka nie wybaczyłam, ale nigdy nie utrudniałam mu kontaktu z dzieckiem.
I aż do dziś sądziłam, że już to przebolałam, ale wiadomość o ich ślubie zwaliła mnie z nóg. Przecież to ja miałam mieć białą sukienkę, tort i kwiaty, to nasze obrączki córka miała ponieść do ołtarza! I już nie chodzi nawet o to, że nam nie wyszło, ale szczytem sk@#$%syństwa jest moim zdaniem fakt, że moja córka ma ponieść obrączki tej cudownej parce, a Ewunia w białej sukni i welonie będzie zgrywać niewiniątko.
Hej, mam 32 lata i kiedyś borykałam się z nadwagą. No, dobra - byłam jednym z tych leniwych grubasów, co to wylewa swe gorzkie żale gdzie tylko się da, mówiąc o tym, że ani dieta, ani ćwiczenia nie pomagają. Tak było - przyznaję bez bicia. Do czasu...
Poszłam kiedyś do jednej z dużych galerii handlowych, aby kupić sobie jakieś nowe ciuchy. Znalazłam ładny biustonosz, a przede wszystkim - śliczne spodnie i idealnie pasującą do nich przepiękną, luźną koszulę. Weszłam więc do przymierzalni. Będąc w środku rozebrałam się do samych majtek, zdjęłam nawet stanik i zaczęłam mocować się ze spodniami. O ile na długość były one wręcz za duże, to już gorzej było z ich włożeniem na siebie.
Myślicie, że moje tłustawe pupsko skutecznie uniemożliwiało ich przymierzenie? Błąd. Problemem okazały się moje grube niczym dębowe pieńki, łydki. Wstałam więc ze stołka i usiłowałam przepchnąć nogawkę podskakując na jednej nodze (stara, sprawdzona metoda - wiadomo). Udało się! Teraz pozostało powtórzyć czynność z drugą nogą. Stopa została umieszczona w nogawce... i wtedy zaczęłam tracić równowagę. Obijając się w kabinie (ona mała, ja - duża) desperacko usiłowałam odzyskać pion. Nic z tego...
Runęłam z hukiem prosto na drzwi przymierzalni. Skobelek, pod wpływem uderzenia mojego galaretowatego cielska, pękł i wyleciałam z kabiny, niczym wielka kula wystrzelona z katapulty. Najgorsze jednak było to, że uderzyłam swoimi ubranymi w stringi (!) pośladkami o zimne kafelki, czemu towarzyszył donośny dźwięk przypominający plaśnięcie wielkiej meduzy o posadzkę. PLASSSK!
Oczy całego sklepu zwróciły się na mnie. Sprzedawców, klientów, matek, dzieci, fajnych facetów, kurde - WSZYSTKICH! Nawet muzykę ktoś wyłączył!
Dosłownie wszyscy w ciszy patrzyli na ubranego w same stringi walenia rozmaślonego na ziemi, który nie może się ruszyć, bo ma nogi na wysokości łydek skrępowane spodniami dla, no nie ukrywajmy - szczupłych lasek.
Podniosłam się czym prędzej do pozycji siedzącej i zrobiłam jedyną sensowną rzecz, jaką mogłam zrobić, aby szybko wrócić do przebieralni. Po prostu "poszłam" tam na tyłku. I w tej grobowej ciszy, gdzie człowiek z najgorszym nawet słuchem wychwyciłby bzyczenie przelatującej muchy, sklep wypełnił się dźwiękami: MLASK! MLASK! MLASK! - wydawanymi przez moje spocone pośladki odrywające się z każdym "krokiem" od kafelków.
Dopiero gdy byłam już w środku i zamknęłam za sobą drzwi, usłyszałam śmiech kilkudziesięciu osób. Owacje, niczym na "Nocy Kabaretów".
Ale wiecie co? Nie mam traumy. To wydarzenie zachęciło mnie do zapisania się na treningi. Zmieniłam też dietę. W ciągu kilku miesięcy zrzuciłam prawie połowę swojej wagi. Nie dość, że się nieprzeciętnie "wylaszczyłam" to teraz jestem w stanie utrzymać równowagę nawet i stojąc na głowie! :)
Opowiem Wam historię, która przytrafiła się mojej siostrze Aśce. Aśka zapisała się na kurs prawa jazdy. Na trzeciej jeździe próbowała ruszyć z miejsca bez odpalenia silnika, a na czwartej pamiętała, żeby załączyć silnik, włączyła światła i myślała, że zrobiła wszystko dobrze, ale pojawił się pewien problem. Zaświeciła się na czerwono jedna kontrolka i znowu nie mogła ruszyć. Między nią w instruktorem wywiązał się taki dialog:
Instruktor: Asiu, co ta kontrolka oznacza?
Aśka: Nie wiem.
I: Jak widzisz na drodze czerwone światło, to co robisz?
A: No... Nie mogę ruszyć.
I: Dobrze, a więc co robisz, jak ta kontrolka się świeci na czerwono?
A: ...Czekam na zielone?
Instruktor płakał jak słyszał.
Dodaj anonimowe wyznanie