Zawsze miałem bardzo dobry kontakt z siostrą, mamy takie samo poczucie humoru i rozumiemy się bez słów, dosłownie czytamy sobie w myślach (wiele razy było tak, że jak akurat miałem na coś ochotę lub potrzebowałem, to moja siostra dokładnie to kupowała i mi przywoziła, tak samo w drugą stronę). Gdy poznałem moją dziewczynę, a późniejszą żonę, również się polubiły. Często spotykaliśmy się we trójkę, jeździliśmy na wakacje, moja siostra nocowała u nas setki razy, byliśmy po prostu trójką dobrych przyjaciół.
Wszystko się zmieniło, gdy urodziła nam się córeczka. Moja żona zmieniła podejście do mojej siostry o 180°. Nagle zaczęło jej przeszkadzać, że siostra nas odwiedza, nie pozwalała jej zbliżać się do małej, brać jej na ręce ani się bawić. Na każdą próbę rozmowy reagowała agresją, a mojej siorce było po prostu przykro, mi zresztą też.
Gdy raz siostra zaproponowała, że przebierze córce pampersa, moja żona wpadła w szał, powiedziała, żeby się nie zbliżała, bo wydrapie jej oczy. Dosłownie takich słów użyła.
W końcu postanowiłem, że nie odpuszczę, dopóki żona nie wyjaśni mi o co chodzi.
Okazało się, że problem jest w tym, że moja siostra jest lesbijką... Żonie uroiło się w głowie, że każdy dotyk i spojrzenie mojej siostry w kierunku naszej córki ma podtekst seksualny. Gdzieś wyczytała, że wśród homoseksualistów występuje więcej pedofilów.
Nie wiem co mam z tym zrobić. Kocham moją żonę, jesteśmy razem 8 lat i to pierwszy raz, gdy naprawdę jej odbiło, wcześniej nie mieliśmy żadnych problemów, praktycznie o nic się nie kłóciliśmy. Może to hormony, nie mam pojęcia, ale nie chcę przekreślać tylu lat z powodu jednej sytuacji. Z drugiej strony kocham moją siostrę, zawsze była jedną z najważniejszych osób w moim życiu, nigdy nic złego nie zrobiła i nie zasługuje na takie traktowanie. Coraz bardziej się oddalamy, sama przestała przychodzić, bo każda wizyta u nas kończyła się kłótnią. Chcę, by miała normalny kontakt ze swoją bratanicą, by mogła się z nią bawić, wziąć na spacer, by mogła ją przytulić. Tym bardziej że moja żona również ma siostry i one normalnie mogą zajmować się małą, brać ją na ręce, nawet kąpać i przewijać. Próbowałem postawić na swoim, ale każda rozmowa z żoną kończy się jej histerią i jazdą po moim sumieniu, że nie obchodzi mnie bezpieczeństwo córki i chcę ją wrzucić w ręce pedofilki. I strasznie mi wstyd, ale pod wpływem żony w pewnym momencie sam zacząłem obserwować siostrę, jej zachowanie, to jak patrzy i jakie wykonuje gesty. Nie zauważyłem nigdy niczego nieodpowiedniego, wiem, że nie skrzywdziłaby mojej córeczki. Niestety żona nie odpuszcza, do psychologa też nie chce iść, bo twierdzi, że to nie z nią jest problem, tylko z moją siostrą. Jestem załamany.
Kiedy przyszłam na świat, moi rodzice od ponad 20 lat byli weganami. Od razu zaznaczę, że nie zmienili diety ze względów zdrowotnych. Była to zmiana podyktowana kwestiami światopoglądowymi.
Jak się domyślacie, w moim domu nie było mięsa, jajek itp. produktów odzwierzęcych. Rodzice surowo zabraniali mi ich jeść nawet kiedy jechaliśmy spotkać się z dalszą rodziną lub gdy wyjeżdżałam na zieloną szkołę. Przez to, że wychowywano mnie na wegankę, nie miałam zbyt wielu znajomych. Wielu rówieśników uważało to za dziwactwo i śmiało się z tego. Przez to, że nie mogłam iść jak inne dzieciaki do McDonalda czy poczęstować się wypiekami koleżanek, byłam uznawana za outsiderkę. Ciężko mi się było integrować, kiedy na wszystko musiałam odpowiadać "nie", bo przecież nie było mi wolno tego jeść.
Pewnego dnia spróbowałam mięsa. Miałam wtedy jakieś 12 lat. Skończyło się jednak wymiotami i bólami brzucha, ale byłam przekonana, że to może tylko jelitówka ze względu na to, że byłam wtedy na kolonii, więc łatwo było coś od kogoś złapać. Kilka lat później spróbowałam więc ponownie, zupełnie innego dania, w innym lokalu i... Wiecie co? Znowu to samo. Przestraszyłam się, bo na palcach jednej ręki mogę policzyć ile razy w życiu czułam się równie niedobrze, co po zjedzeniu czegoś niewegańskiego! Nie myślcie jednak, że uprawiam wegańską propagandę ;)
Na studiach miałam urwanie głowy. Musiałam pogodzić zajęcia z pracą i nie miałam czasu gotować, więc jadłam w biegu różne kupne wegańskie produkty, nie przywiązując wagi do tego, ile kalorii ani składników odżywczych spożywam. Po około dwóch latach to odbiło się na moim zdrowiu. Byłam osłabiona, szybko łapałam zadyszkę, często bolała mnie głowa i wszyscy dookoła mówili, że blado wyglądam. Zrzucałam to jednak na karb zmęczenia. W końcu doszło do tego, że zemdlałam na ulicy, a kiedy zabrano mnie do szpitala, badania wykazały, że mam anemię.
Zadzwoniłam do rodziców, a kiedy ci przyjechali by mnie odwiedzić, przez przypadek usłyszeli moją rozmowę z lekarzem. Byli oburzeni, kiedy wśród wymienianych produktów, które powinnam spożywać, by podnieść poziom żelaza, usłyszeli m.in. wątróbkę i że żelazo hemowe (to z większą przyswajalnością) znajduje się w mięsie, dlatego powinnam dla własnego dobra rozważyć zmianę diety.
Przemyślałam sprawę i postanowiłam, że spróbuję skorzystać z zaleceń lekarza.
Ostatni raz widziałam rodziców dzień przed wypisem ze szpitala, kiedy oznajmiłam im, że rezygnuję z diety wegańskiej.
W ciągu kilku miesięcy udało mi się pokonać anemię i nie wróciłam do weganizmu. Z rodzicami też nie rozmawiam, skoro dieta wynikająca ze światopoglądu była ważniejsza od mojego zdrowia.
Maciek nie pozwala mi się umawiać z nikim. Wczoraj, gdy rozmawiałam z kolegą, Maciek objął mnie w pasie i zaczął płakać, że on nie wytrzyma, że jestem miłością jego życia i żebym przemyślała wszystko, bo on by był dla mnie najlepszy. Oczywiście spławiłam go.
Maciek to mój rodzony brat, mamy po dwadzieścia parę lat.
Od dziecka dużo jadłam. Ale tak naprawdę dużo. Potrafiłam zjeść dwie duże bułki na śniadanie, trzecią w autobusie do szkoły, a po pierwszej lekcji byłam już głodna i wcinałam kolejną. Potem obiad w szkole – dwudaniowy plus deser, a często dojadałam po innych dzieciakach, gdy coś im nie smakowało. Kolejne dwa dania po powrocie do domu, później jeszcze podwieczorek i kolacja, a pomiędzy posiłkami jakieś przekąski. Czasem w nocy wstawałam coś zjeść, bo byłam głodna.
Zostało mi to do dziś. Gdy wracam z zakupów, wsiadam do auta i zanim odpalę, zjadam pół bochenka chleba. Po prostu kocham świeży, cieplutki chleb, nie potrzebuję do niego nic, odrywam kawałki i jem. Wracam do domu i jem drugie pół z masłem albo pasztetem. Dziennie zjadam około trzech całych bochenków. Potrafię oglądać film i w trakcie zjeść CAŁY bochenek. Oczywiście jem też inne rzeczy w ciągu dnia, zawsze dwudaniowy obiad i mnóstwo przekąsek. Moje randkowanie zawsze szybko się kończy, wystarczy jedno wyjście do restauracji. Jeszcze nikt nie potrafił zaakceptować tego, ile zamawiam. I nie chodzi o pieniądze, bo lubię płacić za siebie, nie jestem księżniczką, której trzeba stawiać obiad.
Najdziwniejsze jest to, że nie jestem gruba. Wychudzona też nie, po prostu normalna. Ważę 57 kg przy wzroście 165.
Boję się, że mam jakąś chorobę albo tasiemca. Ale jakoś nie mogę wybrać się do lekarza. Bo w pewien sposób jest mi z tym dobrze. Kocham jeść, uwielbiam gotować i nie wyobrażam sobie po prostu przestać. Nie czuję się źle, nie mam problemów gastrycznych, żadnych gazów ani biegunek czy zatwardzeń. Czuję się naprawdę dobrze, z wyjątkiem tego, że ciągle jestem głodna.
Wigilia.
Moje życie zaczęło się wreszcie układać. Po latach męczarni, płaczu, depresji jestem szczęśliwym człowiekiem.
Aby to "uczcić", na plecach wydziarałam sobie wielkie skrzydła. Coś, co podniosło mnie z dołka.
Rodzina nie wiedziała o tym aż do świąt, kiedy to miałam na sobie sukienkę z szerokim dekoltem i tatuaż lekko wystawał z tyłu.
Oczywiście zaczęło się gadanie z każdej strony. "Będziesz żałować", "coś ty zrobiła", "znudzi ci się" oraz słynne "jak ty będziesz wyglądać na starość".
Wtedy po raz pierwszy odezwał się dziadek, siedzący naprzeciwko mnie.
- Jak to jak? Zajebiście.
Kocham Cię, dziadku :')
O tym, jak dostałam ataku paniki w szkole, a nauczyciele stwierdzili, że to nic poważnego.
Zacznę od tego, że jestem w 8 klasie podstawówki. To był koniec września, początek października. Na lekcji fizyki źle się poczułam (było mi niedobrze, cała się trzęsłam i do tego ciężko mi się oddychało). Nauczycielka fizyki nie pozwoliła mi wyjść z sali chociaż na chwilę, więc tak siedziałam, ale nic nie pisałam, bo nie byłam w stanie, koleżanka z ławki wszystko notowała i mi później wysłała.
Zaczęła się przerwa – w końcu. Z koleżanką poszłam najpierw na dół do pielęgniarki, bo objawy nie ustawały, a co gorsza nasiliły się. Doszły duszności i płacz bez powodu. Pielęgniarki nie było (typowe), więc poszłam z koleżanką do pani pedagog. Dostałam stwierdzenie, że to przed okresem jakieś emocje i pani zrobiła mi herbatkę, więc tak siedziałam, ale nadal źle się czułam. Dopiero po jakichś 30 minutach mi przeszło, więc wyszłam i zamiast na lekcję poszłam do łazienki i sobie wyszukałam objawy ataku paniki. I wtedy już byłam pewna, że to nie żadne miesiączkowe humorki, tylko właśnie taki atak.
Moim zdaniem nauczyciele w podstawówce powinni chociaż trochę mieć pojęcie o takich tematach, chyba że się mylę.
Pracuję jako członek ekipy oświetleniowców w pewnej dużej sali koncertowej. Parę miesięcy temu do Polski przyjechał jeden ze znanych, nastoletnich gwiazdorów międzynarodowej sceny muzycznej. Ja osobiście - pierwszy raz o nim usłyszałem, ale patrząc po sprzedaży biletów - chłopak musiał być bardzo u nas popularny.
Bilety na ten koncert skończyły się w ciągu dosłownie kilku dni.
My zrobiliśmy swoje, przetestowaliśmy sprzęt i jak zwykle stanęliśmy sobie za barierkami przy scenie, aby w razie jakiejkolwiek awarii, na znak kolegi za konsoletą, móc szybko zadziałać.
Sala wypełniła się momentalnie... nastoletnimi dziewczynkami. Wiecie, takie wczesno-średnie gimnazjum. Dosłownie nie mogłem zlokalizować nawet jednego faceta, nie licząc oczywiście tatusiów siłą zawleczonych na tę imprezę przez swe małoletnie córki.
Kiedy występ się rozpoczął, to te wszystkie dziewczynki, jakby na sygnał, wyciągnęły telefony komórkowe i zaczęły koncert nagrywać. Dosłownie - las pieprzonych rąk ze sprzętem nagrywającym zaopatrzonym w wysoce zaawansowane urządzenie naświetlające w postaci mikrej lampki LED. Widziałem kilka dziewcząt z tabletami oraz jedną małą gówniarę targającą ze sobą... laptopa. Serio! Biedactwo usiłowało utrzymać komputer na wyciągniętych w górę, chudych rączynach, ale zawsze w połowie numeru traciła siły... Po chwili jednak znów zaczynała to "ćwiczenie" od nowa.
Gwiazdor chyba przyzwyczajony do takiego zachowania swojej publiczności, która zamiast bawić się woli nagrywać filmy o jakości porównywalnej do full hade/trzyde produkcji rejestrowanej kalarepą bez naci. W pewnym momencie, kiedy artyści zarządzili trzy minuty przerwy na zmianę instrumentów, na scenie pojawił się pan Miecio.
Pan Miecio to cieć - sprząta, wyrzuca śmieci, rozwiesza plakaty i okazyjnie opierd#la ludzi za kiepowanie na ziemię.
No i właśnie on - odziany w beret i wysłużone ogrodniczki na poskręcanych szelkach wlazł na scenę. Podczłapał do mikrofonu i rzekł do zdziwionej publiczności:
- Khem khem... Zgodnie z zarządzeniem organizatorów tegoż wydarzenia uprasza się o wyłączenie wszystkich urządzeń elektrycznych. W tym telefonów komórkowych i tych tam desek z lampkami (oczywiście, panu Mieciowi chodziło o tablety). Tu, pod sceną kładę takie małe ustrojstwo emitujące fale kurdebazaltowe (!), które mogą doprowadzić do uszkodzenia włączonych urządzeń, więc proszę to potraktować poważnie. Rzekłem.
I w tym momencie wyjął ze swej kieszeni... walkmana! Starego, zakurzonego kaseciaka. Położył go za jednym z głośników, pokiwał sękatym palcem w geście ostrzeżenia i zszedł ze sceny.
I wiecie co? Te dzieciaki uwierzyły! Komórki nagle zniknęły z rąk i ludzie zaczęli się po prostu bawić! Panie Mieciu, jesteś pan geniuszem!:D Kurdebazaltowym geniuszem!
Raz jeden w życiu zostałam okradziona.
Wracałam akurat do domu, kiedy na drodze zmaterializował się Złodziej. Przez wielkie Z. Standardowo zażądał oddania cennej zawartości torebki i telefonu komórkowego, grożąc "wpierdolem". Kiedy podawałam mu gotówkę, zobaczył na moim ręku zegarek, który też kazał mi zdjąć. Prawie posikana ze strachu nawet nie próbowałam się w żaden sposób sprzeciwiać. I wiecie co? Złodziej kazał mi jeszcze zdjąć BUTY. Przez ułamek sekundy myślałam, że to jednak "prank", ale nie, mówił całkowicie poważnie.
Zostałam okradziona z chabrowych koturnów na korku, z popularnej sieciówki.
Do domu wracałam boso.
Byłam dziś na stoku narciarskim, a jako że wciąż się uczę, jeździłam na tym najmniejszym stoku. No i tak sobie jeździłam, aż uwagę moją przykuła pewna kobieta i jej córka. Miała pewnie z 8 lat, nie więcej. Strasznie bała się zjeżdżać, było to widać. Jej matka ignorowała to. Ba! Ona na nią wrzeszczała. A to że robi źle, a to że jedzie za wolno, to za szybko, to że blokuje przejazd... Jeżdżąc obok mogłam śmiało stwierdzić, iż nie jechała ani za szybko, ani za wolno, ani nie blokowała przejazdu - w przeciwieństwie do swojej rodzicielki, która parę minut wcześniej nawet ustać na nartach nie mogła, tak więc stanęła na górze w normalnych butach, "pomagając" córce. Żeby tego było mało, kobieta ta kazała jej robić wszystko to, co przypadkowy instruktor trenujący z kimś innym.
Serio, jeśli nie macie do dzieci cierpliwości, nie żałujcie tych paru złotych i wynajmijcie instruktora. Serce mi się łamało od samego patrzenia na zapłakaną dziewczynkę, której matka kazała jeździć, cytuję "idealnie".
Różni ludzie mają różne reakcje alergiczne. Jedni kichają, inni się drapią, jeszcze innych boli brzuch.
Ja dostaję czkawki.
Kilkugodzinnej czkawki, której nie powstrzyma żadna ilość wody, żadne straszenie i żadne rozśmieszanie. Leki na alergię też raczej nie pomagają.
Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała ukrywać się przed psychopatycznym mordercą...
Dodaj anonimowe wyznanie