Mój tata kupuje mieszkanie z myślą o mnie i o mojej dziewczynie. To była głównie decyzja taty, mieszkanie będzie zapisane na niego i na mnie. Moi rodzice podarują nam wkład własny i będą spłacać kredyt, dopóki my nie staniemy na własne nogi. W momencie, kiedy kredyt przejdzie na nas, mieszkanie będzie przepisane na mnie i dziewczynę. Do tej pory mieszkaliśmy na wynajmowanym. Dla mnie i dziewczyny było naturalne, że się przeprowadzamy do większego mieszkania i ona będzie płacić tyle samo, ile płaciła w poprzednim mieszkaniu. Jesteśmy na studiach i własnych pieniędzy dużo nie mamy. Tymczasem jej rodzice naskoczyli na nią i zaatakowali ją, pytając o podstawy naszego związku, mówiąc, że nie jest przeze mnie traktowana poważnie, a przez moich rodziców jak córka. Dlaczego? Bo umówiliśmy się, że będzie płacić czynsz i media.
Ta reakcja jest niezrozumiała i dla mnie, i dla niej. Dziewczyna jest trochę w rozsypce, zwłaszcza że się im postawiła, w związku z czym jej mama szybko zmieniła front i zaczęła wzbudzać w niej poczucie winy, tak jak to zresztą nagminnie robi. Nie rozumiem tego i nie rozumiem jej rodziców. A szczerze mówiąc nie rozumiem, dlaczego w ogóle utrzymuje z nimi kontakt.
Moja mama jest typowym śmieszkiem i w dodatku polonistką. Jak byłam młodsza, to uwielbiała mnie wkręcać w żarciki słowne, np. mówiła "Paweł obszedł jezioro. A więc jezioro zostało przez Pawła..." (a to zdanie nie posiada strony biernej, więc można powiedzieć co najwyżej "okrążone") i ja jako 10-letni szczyl zastanawiałam się jak to możliwe? Obełsznięte? Obejszłe? Później przeszła na wyższy level sucharów, i ma swój ulubiony żart.
Jakimi słowami wita się Edyp z Syzyfem?
Edyp: - Yo Rolling Stones!
Syzyf: - Yo Motherfucker!
Jako dorosła już kobietka, samodzielna, przyjechałam do mamy na obiadek listopadowy. Wchodzę do kuchni, gdzie rozchodzą się niesamowite aromaty i pytam:
- Jaka dziś zupka?
- Rosół sk*rwielu!
Stanęłam jak wryta i przetwarzam w mózgu raz jeszcze co powiedziała. Czy ona nazwała mnie sk*rwielem? Czy mam urojenia? Ale patrzę na nią, powaga w pełnej krasie.
- Mamuś, to jaka jest ta zupa?
- Rosół sk*rwielu!
Wtedy widzę, że kąciki jej ust idą do góry i rechocze.
- Rosół Z KUR WIELU, kochanie, z KILKU KUR, oj, chyba już słuch cię zawodzi w tak młodym wieku, he, he, he.
Przedwczoraj wieczorem całe osiedle dosłownie zgasło. Awaria prądu sprawiła, że sporą część miasteczka, w którym mieszkam, pochłonęła ciemność. Będąc osobą kreatywną i skłonną do odnajdowania pozytywów w każdej, najgorszej nawet sytuacji, odpaliłem w sypialni kilka świec, puściłem romantyczną muzykę z komórki i wyciągnąłem z lodówki wino – tym samym dość jasno dałem mojej żonie do zrozumienia, jakie są moje plany na ten wieczór. Małżonka z radością przystała na mój plan. Wypiliśmy wino, zaczęliśmy się przytulać, całować… a potem światło się zapaliło i osiedle wróciło do życia. Moja ukochana była tak szczęśliwa faktem włączenia się WiFi, że zapięła mi rozporek, dała buzi w czółko i… poszła oglądać jakiś serial na Netfliksie. A najgorsze jest to, że od dwóch dni nawet nie zauważyła, że się na nią dąsam za tę akcję.
W wieku 17 lat zdecydowałam się na swój pierwszy raz z ówczesnym chłopakiem.
Był starszy ode mnie o trzy lata i również nie miał doświadczenia. Wtedy brałam tabletki anty na uregulowanie okresu i to było naszym głównym zabezpieczeniem.
Wyobraźcie sobie scenę, jak rozkochana, gotowa na wszystko dziewczyna leży pod swoim ukochanym. On po drugim "pchnięciu" oznajmia, że nie chce sobie zniszczyć życia dzieckiem i zostawia ją w szoku samą w hotelu w obcym mieście.
Dosłownie się spakował i wyszedł, obwiniając mnie przy tym winą i robiąc z siebie ofiarę. Chłopak był 100% normalny przed tym, nigdy nie zrobił nic podobnego!
W późniejszym czasie dowiedziałam się (głownie od wspólnych znajomych), że tak naprawdę to on miał już dwie partnerki przede mną. Uważał mnie za grubą świnię, nie byłam nawet ciasna, ja zrąbałam nasz związek itp...
Bardzo długo przeżywałam to, że straciłam swoje dziewictwo z takim pajacem i debilem.
Szczerze, gdybym miała wybrać, to wolałabym przeżyć swój pierwszy raz z wibratorem albo świeczką. A tym czasem mój były "bóg seksu"chwalił się wszystkim, że mnie rozdziewiczył.
To wydarzenie wybiło mi z głowy randkowanie na dwa lata.
W międzyczasie zmieniłam miejsce zamieszkania i musiałam poszukać sobie innego ginekologa. W trakcie badania okazało się, że nadal mam błonę dziewiczą! Nie została przebita i wszystko z nią w porządku.
Nie macie pojęcia jaki szok i radość przeżyłam w jednym momencie.
Poprosiłam panią o zaświadczenie i wysłałam byłemu, a jeśli jakiś jego kumpel czy nasz były wspólny znajomy wysyłał wiadomość nawiązującą do tego pamiętnego razu lub dodawał komentarz, to owo zdjęcie lądowało w odpowiedzi.
Eks groził mi, płakał, brał na litość, a nawet próbował ponownie uwieść!
Zemsta bywa słodka :)
Moje życie jest dziwne. Nie ma wokół mnie ludzi, którym mógłbym powiedzieć wszystko, nie mam tak naprawdę rodziny czy prawdziwych przyjaciół, więc może tu ktoś to przeczyta. Moja matka jest alkoholiczką, przez co mam zrytą psychę, po ponad 10 latach piekła jestem po prostu obojętny na wszystko. Potrafiłem uderzyć swoją własną matkę, czego w ogóle nie żałuję. Myślcie o mnie co chcecie, nie jestem święty. Nie potrafię kochać, nigdy nie byłem nawet kochany. Nic już mnie praktycznie nie porusza, chociaż byłem kiedyś wrażliwy. Mam po prostu serce z kamienia. Liczą się dla mnie tylko dwie rzeczy, przetrwanie i pieniądze, nic więcej. Nie potrafię zaufać innym, nikt tak naprawdę nie zna mojego prawdziwego ja, potrafię zakładać na siebie przeróżne "maski". Nie mówię, że żyje mi się źle w takim stanie, bo nie potrafię narzekać, akceptuję wszystko w stanie takim jakim jest, ale moje życie wydaje mi się strasznie puste i bezsensowne. Mam normalnych znajomych, którzy mnie lubią i ja lubię z nimi przebywać, dają mi jakąś odskocznię od mojego życia, ale nie są to jakieś głębsze relacje, ponieważ nie potrafię się w takie się angażować. Jestem człowiekiem zniszczonym przez swoich rodziców. Mój tato także nie jest święty, często bił moją matkę przez to, że wyzywała go pod wpływem alkoholu, gdy on starał się jak mógł zapewnić nam jak najlepszy byt.
Wnioskując z mojej opowieści, nie oceniajcie ludzi swoją miarą, bo nie wiecie co kto przeszedł i jak wyglądało jego życie. Ja nigdy tego nie robię przez to, co przechodzę. Miejcie też świadomość, że cała rzeczywistość to tak naprawdę jedno wielkie kłamstwo, wszyscy kłamią albo nie mówią wszystkiego. Pamiętajcie, że ci, którzy uśmiechają się najszerzej, często się śmieją, są rozgadani i często starają zwrócić na siebie uwagę, są tak naprawdę w głębi siebie nieszczęśliwi.
Czasami myślę, że coś ze mną nie tak i zastanawiam się, czy inni też tak mają. Czytam wyznania czy rozmawiam ze znajomymi i często słyszę/widzę "rozstałem się z dziewczyną 3 lata temu i nie mogę przestać o niej myśleć" albo "mój dziadek zmarł 5 lat temu i jeszcze się po tym zbieram". Ogólnie w jakiś sposób ktoś traci kogoś bliskiego i nie jest się w stanie z tym pogodzić przez kolejne lata. A ja się zastanawiam, jak to jest?
Rzucił mnie facet - 2 dni przebolałam, potem już byłam na etapie "trudno, żyje się dalej". Tak było po pierwszym "wielkim" związku i kilku kolejnych, gdzie raz facet rozstał się ze mną podczas planowania wesela. Na zasadzie: kogo by tu zaprosić? A on mi mówi, że jednak chce się rozstać... Kilka dni później byłam po całej rozpaczy. Najbardziej cierpiałam, jak mój przyjaciel nie mógł ze mną rozmawiać, bo tak chciała jego ówczesna dziewczyna. Płakałam trochę ponad tydzień.
Uwielbiam cieszyć się dniem, czasami mam chwile, ale naprawdę nie rozumiem, jak można rozpamiętywać coś latami... Nie wiem, nie rozumiem, uważam, że to głupie.
Czy ze mną jest coś nie tak, czy jestem bez serca, czy też to jest całkowicie normalne?
Gdy miałam cztery latka, moi rodzice się rozwiedli. Sąd ustalił widzenia z tatą co tydzień w sobotę. Tata znalazł sobie nową żonę, którą nawet polubiłam. Starali się o dziecko, niestety jego nowa żona była bezpłodna. Postanowili więc spróbować metody in vitro. Za pierwszym razem nie udało się zapłodnić, za drugim udało się, ale dziecko niestety zmarło po urodzeniu.
W pewną sobotę poszłam z nową żoną taty na cmentarz, na grób jej zmarłego dziecka. Jako sześcioletnie dziecko nie rozumiałam za bardzo po co tam mnie zaprowadziła. Zaczęła mi opowiadać, że jak będę niegrzeczna, to też będę leżeć w takim grobie, że pewnie pójdę do piekła i moje zwłoki spalą. Gdy skończyła mi opowiadać te rzeczy kazała mi się przeżegnać, nie chciałam tego zrobić, ponieważ się bałam. Gdy odmówiłam, zaczęła mówić, że to dziecko zacznie mnie nawiedzać i że jak komuś o tym powiem, to w nocy zabierze mnie do piekła.
Jak wróciłam do domu, nic nie powiedziałam mamie. Przez pół roku moczyłam się w nocy. Mam uraz do dziś, a cmentarzy unikam.
Pracuję w sklepie odzieżowym. Zdarzają się różne sytuacje, ale chciałabym opowiedzieć o jednej, która mnie spotkała. Mianowicie, przyszła klientka w dość zaawansowanej ciąży spożywczej. Jednym słowem olbrzymia kobieta. Dialog wyglądał tak:
Ja: Dzień dobry (z uprzejmym uśmiechem).
K: Jakie rozmiary ma pani największe?
Ja: Nasza firma szyje do rozmiaru 44.
K: Pff... ja nie rozumiem, to już 7 sklep, w którym nie ma rozmiarów dla NORMALNYCH ludzi! Dla anorektyków szyjecie! Spójrzcie na społeczeństwo! To śmieszne co wy wyprawiacie!
Po czym wyszła ze sklepu i krzykiem wyrażała swoje niezadowolenie.
Wczoraj znalazłam karteczkę, którą ktoś wsunął mi pod drzwi. „Jesteś najseksowniejszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek śledziłem” - tak brzmiała treść tego liściku. Dziś rano znalazłam kolejną karteczkę. „Przepraszam. Pomyliłem drzwi. Tamta wiadomość miała byś do twojej sąsiadki. Nie bądź na mnie zła. Po prostu nie jesteś w moim typie” - napisał tajemniczy gość.
Kur#a. Nawet jakiś zboczony stalker uważa, że nie jestem atrakcyjna...
Rok temu 1 listopada, tuż przed godziną 9:00, stoję na parkingu przy kościele. Nagle podbiega do mnie mama mojej przyjaciółki i prosi o pomoc, ponieważ jej ojcu coś się stało. Biegnę za nią do mieszkania, wchodzę, widzę - starszy pan leży na podłodze. Sprawdzam puls, oddech - nieprzytomny, ale oddycha - układam w pozycji bocznej. Mija minuta i zauważam brak oddechu, bez zastanowienia rozpoczynam RKO. Po jakichś 20 min przyjeżdża karetka, widzę, że ratownik stoi już za mną przygotowany, więc po dokończeniu "serii" uciśnięć mówię "zmiana". Nie chcąc robić tłoku i dając miejsce ratownikom odchodzę do pomieszczenia obok, po chwili słyszę "nie żyje".
Poczułem się wtedy bezsilny, bezradny, jakby ktoś mi nóż w plecy wbił. Lekarz mówił, że mimo starań nie było szans.
Jestem strażakiem, widziałem już wiele krwi i ludzkich nieszczęść, typu poszkodowani w wypadkach, wisielcy, ale nic mnie tak nie dobiło jak ta sytuacja, gdy osoba, którą znałem umiera na moich oczach. Której rodzina patrzyła na mnie w trakcie akcji z wielką nadzieją, że będzie dobrze. Czułem się beznadziejny, wychodziłem ze spuszczoną głową, wtedy mama przyjaciółki mnie przytuliła i powiedziała, że dziękuje mi, że się starałem, to mnie trochu podniosło na duchu.
Jak widać życie, choć piękne, tak kruche jest.
Dodaj anonimowe wyznanie