Co mam o tym myśleć?!
Jestem z moim mężem już prawie 7 lat, nigdy podczas seksu nic do mnie nie mówił, co najwyżej sapał itp. Wczoraj kochaliśmy się i pierwszy raz, uwierzcie mi, pierwszy raz powiedział do mnie (uwaga!) "LUBIĘ CIĘ".
Aż oplułam go ze śmiechu :D
Związałem się z kobietą z dzieckiem. Dzieciak ma 8 lat i po niecałych 2 miesiącach znajomości zrozumiałem, że nic z tego nie będzie. Biologiczny ojciec dzieciaka nastawiał go przeciwko mnie. Miałem z nim trzy światy, a matka nie potrafiła nic z tym zrobić. Nie chciało mi się walczyć z alkoholikiem po wyroku i nabuntowanym przez niego dzieciakiem, który robił mi po złości. Starałem się zbliżyć do chłopca, bo zależało mi na jego matce. Dałem sobie ostatnią szansę i pojechaliśmy na kilka dni w góry. Były sanie, ognisko, kiełbaski, zwiedzanie i inne atrakcje. Chłopak był zachwycony, nigdy czegoś takiego nie przeżył. 4 tys. zł później wróciliśmy do domu, a po jego pierwszym kontakcie z biologicznym ojcem znów stałem się dla niego wrogiem numer 1.
Wyjaśniłem kobiecie co i jak i odszedłem. Wiem, że to nie jej wina, ale mimo tego nie zamierzam tkwić w jakiejś toksycznej modzie na sukces i borykać się z jej problemami z byłym i brać na barki ciężaru tej patologii, która się za nią ciągnie. Szukam szczęścia, a nie problemów. Szkoda było na to wszystko pieniędzy, czasu i nerwów. Znów samotność.
Z mężem jesteśmy 15 lat po ślubie, niedługo oboje dobijemy czterdziestki. Można powiedzieć, że powiodło nam się w życiu. Oboje pracujemy na kierowniczych stanowiskach w dużych firmach, mamy piękne mieszkanie rodem z katalogu, luksusowe samochody, dwa razy do roku latamy na zagraniczne wakacje. I wiecie co? Oboje oddalibyśmy to wszystko, żeby co roku nie zapalać czterech symbolicznych świeczek dla naszych nienarodzonych dzieci.
12 lat starań, setki prób, in vitro... Za każdym razem sromotna klęska. Nie zliczę, ile nocy przepłakałam, ile razy chciałam odejść od męża, uwolnić go od „wybrakowanej imitacji kobiety'”. Został. Mimo wszystko.
Parę dni temu zrobiłam test. Trzymajcie kciuki.
Jestem 19-letnim chłopakiem i mam fetysz stóp. Męskich stóp. Pewnie powiecie: "Co to za problem? Znajdź sobie faceta, który też to lubi i po sprawie". No właśnie nie do końca. Interesują mnie tylko i wyłącznie dziewczyny. W sensie seksualnym i matrymonialnym. Kobiece ciało mnie pociąga, męskie praktycznie wcale. Mówię "praktycznie", bo jest jedna rzecz, której nie umiem się oprzeć - stopy.
Nie mam pojęcia czemu, ale wiem, że mam to odkąd tylko pamiętam. W szkole zdarzało się, że zakradałem się do szatni podczas wf-u, żeby wąchać buty i skarpetki pozostawione przez kolegów. Któregoś razu po imprezie mój kumpel leżał zezgonowany na kanapie. Był boso. Otumaniony alkoholem wylizałem mu jego stopy. Miałem szczęście, że nikt tego nie widział (mam nadzieję). Potem miałem wyrzuty sumienia, bo nie mogłem uwierzyć w to co zrobiłem, ale przy tym czułem się niesamowicie, bo jego stopy mi się od dawna podobały ze względu na duży rozmiar (46). Latem mam radochę, bo sporo ludzi ma odsłonięte stopy. Nad morzem lub na basenie jestem wręcz wniebowzięty. Kiedy poznaję kogoś nowego, zastanawiam się jakie ma stopy. Moją największą fantazją jest zamknąć stopy jakiegoś gościa w dybach, unieruchomić je porządnie, a następnie się nimi zająć: masować, wąchać, lizać, męczyć łaskotkami, aż będzie mnie błagał żebym przestał, czy torturować na inne sposoby. Albo też zostać zmuszonym przez jakiegoś osiłka do wylizania jego spoconych podeszew. Mam sporo fot męskich stóp zapisanych na dysku, czy to pobranych z neta, czy zrobionych przeze mnie kolegom lub przypadkowym chłopakom na ulicy. Kręci mnie, że w przeciwieństwie do kobiecych, męskie stopy są takie duże i nierzadko porządnie spocone (tak, mnie to jara, a nie obrzydza).
Co najlepsze: Mam dziewczynę. Jest naprawdę cudowna. Ale o niczym nie wie i nie mam pojęcia, jak jej powiedzieć. Chcę być z nią szczery, ale obawiam się jej reakcji, bo boję się, że mogę ją stracić. Nie wiem co mam z tym robić. Wstydzę się tego fetyszu, ale to jest silniejsze ode mnie. Nikt o tym nie wie. Nie czuję się gotowy na jakąś terapię, bo nie wyobrażam sobie, że mogę komukolwiek o tym powiedzieć, czy nawet wypowiedzieć moje fantazje na głos. Z jednej strony chciałbym z tym skończyć, ale nie potrafię. Bo z drugiej strony, niesamowicie mnie to kręci. Obawiam się, że może to być problemem. Z dziewczyną nigdy nie będę w pełni zaspokojony, ale związek z facetem absolutnie nie wchodzi w grę, jeśli ciekawiłyby mnie w nim jedynie stopy. Myślałem ostatnio nad spotkaniem z jakimś fetyszystą na "zabawę", aby się przekonać jak to jest. Jednak nie chcę tego robić za plecami mojej dziewczyny, bo czuję, że byłaby to zdrada. Nie wiem co robić i niedługo będę jej musiał powiedzieć co i jak, bo trzymanie tego w tajemnicy powoli mnie przerasta.
Biznes wszech czasów.
Chodzisz do szkoły.
Twoja klasa to leniwce.
Twoja klasa nie lubi robić zadań domowych.
Kupujesz konto na stronie, gdzie masz odpowiedzi do wszystkich zadań z ćwiczeń i książek (14 zł za 30 dni).
Proponujesz każdemu uzupełnienie kilkunastu stron pustych ćwiczeń w jeden dzień za kilkanaście złotych.
Robisz to, biznes się kręci.
Nauczyciele się nie dowiadują, bo potrafisz dostosować swoje pismo do pisma innych osób.
Szach-mat, dyrektorzy firm :D
Sytuacja wydarzyła się już jakiś czas temu. Ważna informacja: moja mama jest lekarzem.
Siedziałem sam w mieszkaniu, robiąc swoje rzeczy, kiedy usłyszałem pukanie do drzwi. Otwieram wrota i widzę sąsiada z piętra wyżej.
- Jest mama w domu?
Odpowiadam, że nie ma, po czym sąsiad zaczyna opowiadać, że pogotowie dzisiaj zabrało jego żonę do szpitala, wspomniał o problemach sercowych, i wtedy mu przerwałem:
- Aaa, i chciał pan mamę podpytać, co się może dziać?
Nie, z banknotem w ręku poprosił mnie o kupienie mu flaszki/setki, niestety odmówiłem.
Powiem szczerze, nigdy nie popierałem akcji charytatywnych, na których zbierano pieniądze. Wychodziłem z założenia, że jeśli nie wiem, gdzie te fundusze trafiają, to nie mam zamiaru brać w tym udziału. Gdy jednak fundacja DKMS, jeszcze w powijakach, ale zaczynała swoje życie, postanowiłem się zapisać. Minęły może dwa lata i dostałem telefon. Jest biorca na mój szpik. Byłem wtedy w pracy. Poszedłem od razu do szefa, żeby wyjaśnić jak sytuacja wygląda. I trafiłem na mur. Dosłownie. Wyjechał mi z tekstem, że nie ma takiej możliwości, bym poszedł na wolne. Choćby nie wie co, to mi go nie da. Możliwe, że błędem było mówienie, jak się sprawy mają. Może gdybym zasłonił się sprawami rodzinnymi, wolne bym dostał. Ale postawiłem na swoim. Nie poszedłem do pracy, tylko najpierw badania, kwalifikacja lekarska do zabiegu, a później samo pobranie. W pracy nie byłem dwa dni, bo doszedł jeszcze weekend. W poniedziałek zostałem zwolniony. Na nic się zdały zaświadczenia z fundacji, które pracodawca uznać musi. Poszedłem z tym do sądu. Nie po to, by wrócić tam do pracy. Bo wracać nie miałem zamiaru. Raczej po to, by zawalczyć o swoje, o normalny okres wypowiedzenia i usunięcie z akt tego, co mój były pracodawca naściemniał. Sprawa była formalnością.
To było kilka lat temu, a na początku ubiegłego roku dostałem kolejny telefon z fundacji. Do tamtego momentu wiedziałem, że u mojej biologicznej bliźniaczki nastąpiła remisja, więc ten telefon był dziwny. Dziwny z pozoru. Okazało się, że od zabiegu pobrania minęło wystarczająco czasu i zgodnie z regulaminem fundacji jest możliwość zorganizowania spotkania dawcy i biorcy. W grudniu takowe spotkanie się odbyło. Pojechałem na nie z żoną. Fundacja, z oporami, ale zgodziła się na to. Kogo zobaczyłem po drugiej stronie? 27-letnią Francuzkę, z mężem i 3-letnim synkiem. Gdyby mogli, to pewnie nosiliby mnie na rękach. Dziękowali mi na każdym kroku. Ale za co? Poświęciłem wtedy cztery dni z życia. To niewiele. A dałem komuś szansę pokonania choroby. Całe życie za cenę raptem czterech dni to na prawdę niewielka kwota. A poczucie, że ta druga osoba zostawiła koszmar za sobą jest bezcenne. Ja za to, można by rzec, zostałem wujkiem. Bo skoro jest moją bliźniaczką genetyczną, to jak by nie patrzeć, jest moją siostrą. Więc dostałem siostrę, szwagra i siostrzeńca w pakiecie.
Nie czuję się bohaterem. Bo nie zrobiłem nic wielkiego.
Mieszkam w bloku, trzy lata temu moi sąsiedzi się wyprowadzili i na ich miejsce wprowadził się pewien mężczyzna. Początkowo wszystko było okej i nie było żadnych problemów, ale po jakimś czasie zaczęli przychodzić do niego jacyś ludzie, typu dwójka kobiet z dziećmi i dwóch mężczyzn po 30. Zaczęło się imprezowanie od rana do wieczora – i tak codziennie. Przez dwa lata było to samo, cotygodniowe imprezy.
Jakoś dwa tygodnie temu wieczorem przyszli goście do tego mężczyzny i balowali do pierwszej w nocy. Jasna sprawa, że wcześniej dzwoniłam i informowałam policję o tym, co się dzieje u sąsiadów – ciągle krzyki, płacz dziecka. Więc o tej pierwszej w nocy znów zadzwoniłam na policję i ich poinformowałam o wszystkim. Policja przyjechała... i tu jest sedno tej anonimowej historii.
Policja przyjechała, zadzwoniła pod mój domofon i otworzyłam im drzwi. Weszli na moje piętro i zaczęli pukać do sąsiadów. Oczywiście ci uspokoili się na chwilę i było słychać szepty pod drzwiami, aż policja zaczęła walić w drzwi i mówić, że to policja. Sąsiedzi otworzyli drzwi i przeprosili, a policjanci... jakby nigdy nic życzyli im miłej nocy. Po prostu „miłej nocy”, z uśmiechem na twarzy, powiedzieli sobie „do widzenia” ze śmiechem i wyszli z bloku. A sąsiedzi do tej pory imprezują.
Mam porąbanych sąsiadów. To stosunkowo młoda (para po ok.45 lat plus dorastający syn) rodzinka i ludzie wyjątkowo wrażliwi na dźwięki. Nie daj Boże włączyć telewizję po 22, zaprosić znajomych do domu na grę planszową czy puścić sobie muzykę. Babka zawsze jest w gotowości i już po kilku sekundach naparza domofonem albo wali rozpaczliwie do drzwi. Kiedyś wstałem sobie w nocy i miałem potworne ssanie, więc poszedłem do kuchni, ażeby spożyć kawałek sernika. Upadł mi widelec na kafelki. 30 sekund później już miałem przed drzwiami babsztyla w szlafroku. Skubana tak się darła, że obudziła pół osiedla. Doszedłem do wniosku, że tu chyba winna jest jakaś burza hormonów. Babeczka po prostu przekwita i jej regularnie odpierdziela. Zacząłem więc zbierać ulotki z reklamami preparatów łagodzących objawy menopauzy. Wrzucam jej to regularnie do skrzynki na listy. Właściwie to nie ma dnia, aby babiszcze nie znalazło między korespondencją karteczki zachęcającej do kupna "Menopauzinu Forte" czy innego "Kopietonieodpierdalanu Max (na noc)". Oczywiście takie zagrywki są jak płachta na byka i babkę to tylko podkręca.
Ostatnio dostała szału, bo "rury nam piszczą"...
Najbardziej spektakularnym popisem z jej strony był ten podczas ostatnich wakacji. Wyjechaliśmy z żoną i dzieckiem do Ekwadoru. Leżałem sobie wyczilowany na plaży i podziwiając piękne widoki, popijałem sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy, kiedy nagle zadzwonił mój telefon. Polski numer. Trudno – walić roaming. Odbieram, może coś ważnego. Co się okazało? Policja! W Polsce jest właśnie 3 w nocy, a oni stoją przed drzwiami mojego mieszkania. Zostali wezwani przez sąsiadkę, która z całą stanowczością twierdziła, że od trzech dni "drzemy ryje", chodzimy po domu w asfaltowym obuwiu i rzucamy imadłami. Cóż z tego, że od ostatnich trzech tygodni jedynymi mieszkańcami naszej skromnej chaty były dwa mole i kilka much...
Gdy urodził się mój pierwszy potomek, żona kategorycznie powiedziała NIE na kolejne dzieci. Na początku próbowałem ją jeszcze przekonać, ale gdy wytłumaczyła mi jak źle zniosła poród, odpuściłem. Żyło nam się wspaniale przez kolejne siedem lat, aż nagle żona zaczęła się jakoś dziwnie zachowywać. Była cały czas poddenerwowana, markotna.
Pytałem czy coś się stało, ale zapewniała, że nic jej nie jest. Aż pewnego dnia wróciłem do domu, a tam czekały na mnie spakowane walizki oraz wściekła i jednocześnie zapłakana żona. Zaczęła krzyczeć, kazała mi się wynosić, nie chciała mnie słuchać. Próbowałem się dowiedzieć o co chodzi, ale nie chciała powiedzieć.
Byłem w szoku wcześniej układało nam się znakomicie, nie zauważyłem żebym zrobił coś złego, a tu nagle coś takiego. Dopiero po kilku dniach nachodzenia rodziny oraz wielu telefonów do żony dowiedziałem się, że jest w ciąży i uważa, że to ja specjalnie przebiłem prezerwatywę. Wtedy i ja się zdenerwowałem, ponieważ nic takiego nigdy nie zrobiłem - szanowałem jej decyzje o braku drugiego dziecka.
Padło wiele nieprzyjemnych słów, myślałem, że to ona mnie zdradziła i nie chce się przyznać. Rozwiedliśmy się. Kilka miesięcy później urodził się drugi syn, zażądałem testu na ojcostwo. Tak, jestem jego ojcem, ale to w niczym nie pomogło. Próbowałem ją przeprosić, pogodzić się, by chociaż przy dzieciach jakoś normalnie się zachowywać.
Mój pierworodny niedawno miał wesele, więc wiadomo tato z mamą musieli być. Podczas jednej z zabaw, gdzie ktoś za karę musiał wykonać jakieś zadanie, mój synek dostał zadanie, żeby przyznał się do swego największego sekretu. Był już lekko podpity. Nie zapomnę miny żony, gdy przyznał się, że gdy miał 7 lat przebił rodzicom prezerwatywy ponieważ zawsze chciał mieć brata. Nie mam pojęcia skąd on wtedy wiedział, o tym do czego służą prezerwatywy i o tym, gdzie je trzymamy. Żona zapytała czemu wcześniej nic nie powiedział. Syn odparł, że się bał, a potem było już za późno.
Cóż, teraz żona mi przebaczyła. Idziemy na pierwszą od dwudziestu lat randkę, może coś jeszcze z tego będzie. W końcu stara miłość nie rdzewieje.
Dodaj anonimowe wyznanie