#BtdJn

Potrzebuję ludzi, rozmowy, polemiki, wymiany poglądów, żartów, flirtów itd., ale pracuję z domu. Są plusy - kawka, ciastko, osobista łazienka, spokój. Jednak brak ludzi powoduje, że szukałem towarzystwa w necie. I miałem, serio, na kilku forach tyle się gadało, żartowało i flirtowało, że zaspokajało to moje potrzeby, jednak te fora zniknęły, jakby w jednym czasie przeprowadzono trollowy atak na wszystkie fora, na których często byłem, aż zostały one pozamykane. Mówię tu o forach, z których korzystało codziennie kilkaset osób. Pokusiłem się nawet o teorie spiskowe, że to sprawa rządu albo takich Facebooków, żeby wykosić wszystkie niekontrolowane grupy wymiany myśli.

Jak by nie było, brakuje mi takich miejsc w necie, gdzie można pogadać codziennie o wszystkim i o niczym, pośmiać się, porozmawiać na poważne tematy, polemizować kulturalnie. Znacie takie?

#ItGhI

Mój mąż nie wie, że ja wiem.

Nie spodziewa się, że żona, którą uważa za podgatunek i drugą ligę, może znać się na komputerze. Gdyby wiedział, że znam jego hasło, którego nigdy nie zmieniał, byłby ostrożniejszy.

A teraz powiedzcie mi, jak głupim trzeba być, aby na forum dla panów chwalić się z usług których dam negocjowalnego afektu się korzysta, co dana pani ma w cenniku i na ile, w dziesięciostopniowej skali, ocenia się jej umiejętności, podając nie tylko namiary, ale także datę i godzinę korzystania?

Ja wiem, że to czytasz, "kochanie". I naprawdę byłoby dla ciebie lepiej, abyś padł teraz na zawał, bo w sądzie puszczę cię z torbami.

#mjsez

Starsze pokolenie czytelników pamięta może scenę z filmu "Nic śmiesznego", w której to córka i żona głównego bohatera straszą go, że go zamordują. Dobre 20 lat temu razem z bratem podobnie postąpiliśmy z naszym ojcem. Ojciec pracował w hucie, jak wrócił trzeźwy do domu, to było święto narodowe. Z początku obywało się bez hałasów, ale z biegiem lat pozwalał sobie na coraz więcej.

Miarka się przebrała dokładnie 1 marca 1997 roku. Wracaliśmy z bratem ze szkoły, ja lat 17, brat 18. Na klatce sąsiadka z mieszkania obok poprosiła, żebyśmy wstąpili do niej pod pretekstem pomocy w przesunięciu szafy. U niej w kuchni, na taborecie, siedziała zapłakana nasza matka. Podbite oko, krew z nosa. Prosiła, żebyśmy nie wracali na razie do mieszkania, bo stary wziął wypłatę i oczywiście zachlał, siedzi tam i szuka zaczepki. We mnie się krew zagotowała, rzuciłem tylko "No to k@#+!a znalazł", brata szturchnąłem w ramię, żeby szedł ze mną i poszliśmy wymierzyć sprawiedliwość. Stary w drzwiach dostał kopa w brzuch, potem brat go przytrzymywał, a ja zaciągnąłem mu mój skórzany pasek na szyi. Komentowaliśmy z bratem przy tym, że matce i nam będzie lepiej bez takiego gnoja jak on, upozorujemy, że powiesił się na klamce po pijaku. Niedługo mama znajdzie sobie lepszego faceta, odżyje po latach biedowania przy nim. A my nawet na jego grób nie będziemy zaglądać...
Ojciec pod wpływem alkoholu i emocji narobił pod siebie. Uwierzył, że zaraz umrze.

Puściliśmy go ostatecznie, ale usłyszał, że to ostatnia szansa i jeśli jeszcze raz podniesie rękę na matkę, to nie zawahamy się dokończyć. I możecie wierzyć lub nie, ale to był ostatni raz, kiedy widzieliśmy ojca pijanego. Pozwalał sobie co najwyżej na małe piwo w niedzielę po obiedzie, ale skończyły się powroty z pracy po pijaku, wyzwiska i rękoczyny. Gdy zaczynał o coś krzyczeć na matkę, wystarczyło jedno krzywe spojrzenie moje lub brata i grzecznie się wycofywał. Mama dopytywała co stało się wtedy w mieszkaniu, ale obiecaliśmy sobie z bracholem, że nigdy nie pozna prawdy. Ojciec nigdy się o to nie mścił, podejrzewam, że uznał całe zajście za bardzo realistyczny sen. Zresztą nie żyje już od kilku ładnych lat, zmarł na raka płuc.

#b3SiN

Odkąd pamiętam, wiedziałam, że jestem adoptowana. Rodzice pewnie powiedzieli mi o tym, gdy miałam mniej niż trzy lata, a wiadomo, że sprzed tego czasu nie pamiętamy nic. Niedawno dowiedziałam się jednak o tym więcej.

Moja mama (nie biologiczna, ale tak ją nazywam) poroniła cztery razy. Możecie sobie coś takiego wyobrazić? Ja nie. I nie wpadła w depresję, cała rodzina była dla niej wielkim wsparciem. Do tej pory nie wiadomo, jaka była tego przyczyna, prawdopodobnie nieprawidłowa budowa jej układu rozrodczego. Rodzice jednak chcieli mieć dzieci, więc zaczęli rozglądać się po domach dziecka. Wybrali jeden z nich, gdzie były tylko niemowlęta, no i padło na mnie. Pytanie z cyklu "dlaczego ja?" ;) Nie wiem, ale teraz się z tego bardzo cieszę. Przychodzili do mnie codziennie, spędzali dużo czasu. Gdy miałam niecały rok, przeszli przez wszystkie procedury i podpisali papiery adopcyjne. Przyjechała razem z nimi babcia i, choć nie wiedziała, które wybrali... pochyliła się nade mną. Tak więc wybór był podwójny.

Mam 18 lat i czasem zastanawiam się, kim byli ci biologiczni. Czy oddali mnie, bo byli zbyt biedni, żeby mnie wychować. Czy jestem z gwałtu. Czy może byłam kolejnym niechcianym dzieckiem, które zostawili w szpitalu. A może zginęli i dlatego byłam sama? Nie wiem, czy chcę poznać prawdę. Jednak jestem pewna, że ta rodzina, w której jestem, jest tą prawdziwą.

#uEkIS

Kiedy dojeżdżałam do liceum autobusem, to jeździłam codziennie tym samym o tej samej porze. Zawsze też wychodziłam na niego za późno, więc zamiast spacerku na przystanek miałam zawsze bieg o życie.

Pewnej zimy jak zwykle wyszłam za późno z domu. Widzę autobus, zaczynam biec. Biegnę, biegnę, aż tu nagle tracę grunt pod nogami, sunę po lodowej tafli i kończę to pięknym upadkiem na tyłek. Autobus mnie minął, więc już wiedziałam, że nie zdążę. Wstaję więc sobie powoli, patrzę na przystanek, a tam autobus wciąż stoi, co więcej, koło niego stoi kierowca i macha na mnie, żebym się pospieszyła. No to ja znów biegiem, wsiadam razem z kierowcą, mówię dziękuję, życie uratowane, a kierowca wtedy do mnie "Bez mojego maratończyka nie jadę".

Zrobił mi tym humor na cały dzień :)

#Va54u

Dawno temu w zamierzchłych czasach byłem z rodzicami na wsi na rodzinnych wakacjach. Wtedy byłem już w wieku imprezowym, a na wsi sporo rodziny i znajomych. Wybraliśmy się z kolegami na imprezę do remizy, droga powrotna dość długa, bo każdy w siebie trochę procentów wlał, jeden kolega ledwo szedł, a na dodatek ciemno jak nie wiem, bo latarnie były wyłączone. W pewnym momencie ten kolega mówi, że on ma to gdzieś, ale dalej nie idzie, wszedł do rowu i mówi, że tu będzie spał. Nikomu się z nim nie chciało kłócić, noc wtedy była wręcz upalna, więc wiadomo było, że nic mu się nie stanie.

Spotykamy się na następny dzień, przychodzi kolega "z rowu" na mega kacu i mówi, że był niezły przypał. Okazało się, że zasnął przed domem, a w rowie znalazł go tata z mamą, jak szli rano do kościoła. Potem już do końca wakacji tylko on kosił i sprzątał rów, bo jego tata (swoją drogą bardzo fajny człowiek) stwierdził, że on najlepiej zna tę część przed domem :)

#c7X4l

Po dwóch latach w związku mój chłopak zerwał ze mną, kiedy w mojej torebce znalazł... tampon.
Powiedział, że nie może być z kimś, kto miał TAM coś więcej niż jego członek.

Albo przez dwa lata żyłam z debilem, albo nie miał porządniejszego argumentu na zakończenie związku.
Tak czy siak porażka.

#2A449

O sąsiadach i o tym, że warto rozmawiać.

Miałam kiedyś sąsiadkę, często słyszałam jej krzyki z piętra wyżej. To były takie dramatyczne kłótnie-monologi. Laska trochę brzmiała, jakby rolę ćwiczyła. Gościa było słychać co jej setne słowo, ale zawsze tylko ciche, pojedyncze słowa. A ona szlochała, zawodziła, wypominała mu wszystko od początku świata – że jej nie kocha, że ona by mu wszystko, a on jej nic, i cholera wie co jeszcze. I zawsze powtarzało się jedno: "uderz mnie, wiem, że chcesz", czyli nie była chyba normalna. Trwało to dobry miesiąc, tak regularnie co dwa-trzy dni. Nie że jakieś wrzaski, kilka przekleństw i koniec, tylko właśnie godzina zawodzenia. Po całej klatce się niosło. Ktoś ich kilka razy prosił o ciszę, jakaś sąsiadka rozmawiała z tą kobietą, coś tam wyjaśniała, ale nie docierało. Policja też była, bez efektu. W końcu inna sąsiadka, świeżo upieczona mama, nie wytrzymała i pewnego wieczora też zaczęła się drzeć na całą klatkę, coś w stylu: "Po uj z nim siedzisz, jak jesteś taka nieszczęśliwa, dzieci nie macie, ale moje regularnie budzicie! Wyjaśnijcie sobie w końcu wszystko, PO CICHU, a jeśli się nie uspokoisz, to zaraz sama do ciebie przyjdę i ci wpierdolę!".
No i od tamtej pory był spokój, a potem laska się wyniosła.

Tak że tak, warto rozmawiać ;)

#hrbNR

Kilka lat temu, jestem wówczas nauczycielem PKM-u (podstaw konstrukcji maszyn) w pewnym zespole szkół. Uczę dopiero 4 lata, a już, na moje nieszczęście, dali mi wychowawstwo w "zetce", czyli szkole zawodowej. Pod swoją opieką mam samochodziarzy, 32 chłopaków i dwie dziewczyny, o których to będzie to wyznanie.

Aneta to fanka starego rocka z szopą na głowie, której nie powstydziłby się sam Axl Rose. Pozytywnie walnięta, wszędzie jej pełno. Czasem mam wrażenie, że mówi, je i śpi za swoją towarzyszkę. Justyna z kolei jest wyznawczynią grindcore'u. Wiecznie niezadowolona z życia, paraliżuje wzrokiem mordercy każdego, kto do niej podejdzie. Nie rozstaje się ze swoim świętym bulletbeltem, podejrzewam, że myje się i śpi z nim. Nie mam pojęcia jakim cudem te dwie zupełnie różne istoty się dogadują, ale pozostaje mi tylko snuć domysły.

28 października nasza szkoła obchodziła Halloween. Zasada prosta, każdy kto się przebierze nie jest pytany na lekcji. Z poprzednich lat pamiętam, że uczniowie "zetki"
robili przebrania byle jak, byle pytania nie było. Toteż mojej klasie ogłosiłem, że tylko ten, kogo nie poznam może liczyć na fory.
Dziewczyny wzięły sobie to mocno do serca.

Początek lekcji. Do klasy wchodzą dwie "Karyny". Pytam ich, czy nie pomyliły klasy. Chwilę zajęło mi ogarnięcie kto to jest. Obie miały na sobie obcisłe dżinsy, conversy, bluzki do pępka, te śmieszne warkoczyki i brwi od szklanki. Na ręku miały zawieszone te paskudne torby-worki. W sumie to tylko Justyna miała ten worek, Aneta miała jakiś antyk podpierniczony babci z grobu, o którego istnieniu ludzkość zapomniała kilka dekad temu. W życiu bym ich nie poznał, gdyby nie porażający śmiech Anetki.
Ale dopięły swego i pytane nie były. Kilku nauczycieli wstawiło im nawet nieobecności.
Cały dzień zachowywały się jak normalne dziewczyny, ale nie byłyby by sobą, gdyby czegoś nie zrobiły, więc próbowały podpalić jakiegoś Sebastiana w szatni po lekcjach :)

#6CVhN

Sześć lat temu odeszłam od męża i dwuletniej wówczas córki. Powiedziałam wszystkim, że już nie kocham męża i nigdy nie byłam gotowa na dziecko. Zgodziłam się na rozwód z mojej winy, a córka została z ojcem. Widuję ją dwa razy w miesiącu i płacę alimenty.

Nigdy nikomu się nie przyznam, dlaczego zostawiłam mężczyznę, którego kochałam (i chyba nadal kocham) oraz moje wymarzone, wyczekane dziecko. Prawda jest taka, że biłam moją córkę i to niemal od urodzenia. Sama nie wiem skąd we mnie wzięła się ta agresja. Nigdy taka nie byłam. Nikt mnie też nie maltretował, wychowałam się w normalnej, kochającej rodzinie. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek dostała chociaż klapsa. A jednak kiedy sama zostałam matką, pojawiła się we mnie agresja, której nie umiałam opanować.

Któregoś dnia, gdy córka miała kilka tygodni, strasznie płakała. Nie mogłam jej w żaden sposób uspokoić, w końcu ze złości uderzyłam ją w twarz. Nie mocno, ale jednak. Przeraziłam się tym co zrobiłam. Zaczęłam ją przytulać i przepraszać. Nie mogłam sobie tego wybaczyć ani zrozumieć jakim cudem byłam do tego zdolna, ale za jakiś czas zrobiłam to znowu, a potem jeszcze raz i kolejny. Za każdym razem było mi z tym strasznie źle i obiecywałam sobie, że to się nigdy nie powtórzy, ale powtarzało się. I to coraz częściej. Nigdy nie zrobiłam jej takiej krzywdy, by doznała obrażeń, ale sam fakt, że byłam w stanie ją uderzyć jest wystarczająco potworny.

Wiedziałam, że potrzebuję pomocy, ale bałam się komukolwiek o tym powiedzieć. Bałam się, że zabiorą mi córkę i będą na mnie patrzeć jak na potwora. Nie umiałam nikomu o tym powiedzieć. Do dziś nie wiem, co sprawiało, że płacz czy marudzenie córki wywoływało u mnie taką wściekłość. Kiedy miała dwa lata, któregoś dnia nie chciała jeść obiadu i zaczęła marudzić. Uderzyłam ją, a ona spadła z krzesła i rozcięła sobie wargę. Mężowi powiedziałam, że biegała i się przewróciła. Ale tego dnia zrozumiałam, że najlepsze co mogę zrobić dla mojej córki, to odejść z jej życia. Inaczej zgotuję jej piekło.
Mąż był w szoku, chciał mnie zatrzymać. Cała rodzina próbowała mnie przekonać do zmiany decyzji, ale wiedziałam, że muszę to zrobić, chociaż serce mi pękło.

Wyprowadziłam się. W sądzie powiedziałam, że zgadzam się na wszystkie warunki męża. Po kilku latach on ułożył sobie życie, związał się z kobietą, która moją córkę traktuje jak własne dziecko. Ja jestem bardziej taką ciocią od prezentów i wycieczek do zoo. Nie jest mi z tym dobrze, ale nie mogłam inaczej. Byłam przez jakiś czas w związku, ale on marzył o dzieciach, ale ktoś taki jak ja nie powinien ich mieć.
Dodaj anonimowe wyznanie