Moi rodzice uważają, że dobrze wychowali swoje dzieci.
Nigdy nie nauczyli mnie myć zębów, bo nie było czasu. 90% problemów załatwiało się pasem albo straszeniem nim (zdarzyło mi się dostać kilka razy, choć oni jakoś tego nie pamiętają). Zawsze cudze dzieci były ważniejsze i lepsze od własnych, a chowanie głowy w piasek gdy coś się dzieje to najlepsza metoda, chyba że dziecko nie spełnia oczekiwań, to trzeba je zrugać.
Nauczyli mnie, że akceptacji trzeba szukać gdzie indziej.
Dla przykładu powiem, że pamiętam sytuację, jak kuzynka mnie biła. Ojciec zawsze mówił, że jest mała i mam zacisnąć zęby. Gdy kilka lat później ona była bita przez swoją kuzynkę, to pamiętam, że siedzieli przy stole i wszyscy (z moim ojcem włącznie) byli za tym, że powinna oddać. Ja w tym czasie siedziałam w drugim pokoju i płakałam.
Była też sytuacja, że wujek klęknął mnie w tyłek. Było mi wstyd. Reakcją rodziców był opieprz, że nie zareagowałam.
Fajnie, nie?
A teraz najlepsze. Jestem teraz w takiej sytuacji, że muszę u nich zostawić na kilka miesięcy moją malutką córeczkę. Po której oni się drą, rzucają szowinistycznymi tekstami, albo poniżającymi. Bezmyślnie ulegają każdej jej histerii, wiecznie noszą na rękach. Gdy zwracałam im uwagę na ich zachowanie, to już kilka razy usłyszałam, że psa mam sobie kupić. Bo dziecka się nie tresuje.
Pewnie, lepiej ulegać histerii, a później być oburzonym, że nic się nie da przy niej zrobić.
Czuję się cholernie bezsilna, ale nie mam wyboru.
Przechodzę właśnie anginę ropną. Jak wygląda ta choroba - prawie każdy wie. Brak możliwości powiedzenia jakiegokolwiek słowa bez bólu, gorączka prawie 40 stopni. BRAK OZNAK ŻYCIA JAKICHKOLWIEK.
Z racji tego, że mieszkam sama, zwlokłam się z łóżka o godzinie 1 w nocy i mało żywa powędrowałam do kuchni. Czekając, aż woda się zagotuje, wsypałam zawartość saszetki Fervex do kubka i walnęłam nim kilka razy o blat, aby proszek dobrze się rozprzestrzenił, po czym... Poszłam do drzwi sprawdzić kto dobija się do mnie o tej godzinie.
Tak się złożyło, że nie mam przyjaciół ani nikogo, z kim mógłbym porozmawiać. Jestem żonaty, ale ani żona, ani nikt inny do końca mnie nie rozumie. Szukam choć jednej osoby, z którą mógłbym normalnie wieczorami porozmawiać.
Takie oto moje anonimowe wyznanie.
Jestem weganką i pracuję w restauracji jako kucharka. Mam bardzo restrykcyjne poglądy, z którymi się nie kryję, jedzenie mięsa uważam za zło na równi z mordowaniem ludzi (uważam zwierzęta za równe ludziom). Za każdym razem, gdy ktoś zamawia dania mięsne, dostaje ode mnie coś ekstra. Naplucie to najłagodniejsza kara. Zdarzają się smarki, brud z podłogi lub z kosza itp., generalnie co mi akurat przyjdzie do głowy, a co akurat "pasuje" do dania. Uważam, że to co robię nie jest ani w połowie tak złe, jak przyczynianie się do cierpienia i zabijania zwierząt.
W życiu podchodzę do tego tak samo. Nie przyjaźnię się z nikim, kto je mięso, zerwałam kontakt nawet z własnym bratem. Nie chcę mieć wokół siebie morderców. Uważam, że powinni być karani tak samo jak za czynne zabijanie czy znęcanie się nad zwierzętami.
Jestem lesbijką, mam dziewczynę. Moi rodzice nic nie wiedzą, są bardzo wierzący, praktycznie nikt oprócz mojego najlepszego przyjaciela (który jest gejem, żeby było zabawniej). Oficjalnie moja dziewczyna jest moją najlepszą przyjaciółką. Znamy się od dzieciństwa, więc moich rodziców nie dziwią wielogodzinne wizyty.
Parę dni temu miałam osiemnaste urodziny, moja dziewczyna dała mi oprócz prezentu kwiatki.
Jako, że matura is coming mam korepetycje z matmy. Przychodzi do mnie nauczycielka matematyki w średnim wieku.
Na pierwszej lekcji, która odbyła się wczoraj, miałam owe kwiatki (a właściwie wielki bukiet róż i jakiś różowych ślicznych kwiatków). Nauczycielka na wejściu zachwyciła się tym bukietem i powiedziała, że mam świetnego chłopaka, że tak często daje mi kwiatki. (Moja dziewczyna pracuje w kwiaciarni i oprócz tego bukietu mam jeszcze parę mniejszych w pokoju i parę suszonych kwiatów przybitych na tablice korkową).
Zanim zdążyłam pomyśleć skorygowałam ją, że kwiaty są od mojej dziewczyny. Baba zaczęła dosłownie krzyczeć, jakim jestem wynaturzeniem i że ona nie będzie mnie uczyć. Wypadła z mojego pokoju.
W salonie siedzieli rodzice. Baba oświadczyła im, że nie będzie mnie uczyć, bo nie uczy wynaturzonych lesbijek. W tym momencie chciałam się zapaść pod ziemię. To była chyba najgorsza opcja na coming out przed rodzicami, jaka istniała.
Już chciałam zbierać swoje rzeczy, kiedy mój kochany tatuś zaczął wrzeszczeć na Babę, że on sobie tego nie życzy, że ja jestem najlepszą córką, jaką mógł sobie wymarzyć i że moja dziewczyna jest lepsza niż jakikolwiek zięć.
Baba wyszła z naszego domu.
Rodzice porozmawiali ze mną i okazało się, że wiedzą od dawna o mnie i nie mają nic przeciwko. Czekali aż będę gotowa na rozmowę.
Jeżeli to czytacie, chcę powiedzieć, że was kocham i dziękuję za wsparcie.
Ach, Tinder... Od kiedy korzystam z tej aplikacji, moje życie obfituje w naprawdę dziwne sytuacje. Teraz jeszcze bardziej nie jestem w stanie zrozumieć płci przeciwnej. Parę razy dostałem kosza, trafiło się też kilka randek, które były zupełnym niewypałem, a raz umówiłem się z niewiastą, która na zdjęciach wyglądała niczym smukła bogini, a na spotkaniu pojawiła się istota o kształcie arbuza. Najdziwniejszą schadzkę miałem jednak wczoraj.
Dziewczyna była miła i szalenie zabawna. Poszliśmy do restauracji, wypiliśmy kilka kieliszków. Gadka kleiła się – cały czas rechotaliśmy i zachowywaliśmy się, jakbyśmy znali się całe życie. Zauważyłem też, że dziewczyna jest nie tylko urocza, ale i bardzo ładna. No i chyba „chętna”. Zaczęła mnie obmacywać pod stołem, szeptać różne sprośności do ucha i zachowywać się tak, jakby dalsza część randki miała się odbyć w sypialni. Po chwili takich pieszczot pani rzekła: „Muszę do łazienki. Za momencik wracam… i może pójdziemy do ciebie?”. Skinąłem głową i odprowadziłem ją wzrokiem do toalety. Tyle że zamiast tam wejść, dziewczyna zdecydowanym krokiem podeszła do drzwi restauracji, wyszła z knajpy, wsiadła do taksówki, którą musiała zamówić w czasie naszej rozmowy, i pojechała w siną dal.
Nie mam zielonego pojęcia co się stało, a próba ogarnięcia tej sytuacji moim małym męskim rozumkiem sprawia, że mózg mi się gotuje...
W moim mieście było kilka hoteli robotniczych (dawne, słusznie minione czasy). W związku z tym po okolicznych osiedlach często kręciły się grupki pijanych, zaczepnych mężczyzn w rozmaitym wieku. Głównie zaczepiali panie, bo cały tydzień poza domem, z dala od żon, walił im na mózg.
Miałam wtedy z 11, może 12 lat, byłam chudym, płaskim podlotkiem. Przyczepił się do mnie jeden z robotników - a to cukierkami częstował, a to kotki chciał pokazywać, a to do kina zapraszał. Nie reagowałam, unikałam jak mogłam. Do czasu, kiedy zaczął się pojawiać pod moją szkołą i domem.
Wracam sobie kiedyś ze sklepu, a tu w bramie mojego bloku stoi ON - mój "cichy wielbiciel". Nie zauważył mnie, więc obeszłam blok dookoła i przez dziurę w płocie wlazłam na podwórko. A tam spotkałam sąsiada, nazywanego przez wszystkich Helmutem. Cholera wie, czy to było imię czy ksywa, w każdym razie Helmut był człowiekiem, który większość życia przesiedział w poprawczakach i więzieniach. Wielki, brzydki, cały w bliznach i tatuażach. Postrach miasta, ale dla "swoich" nieszkodliwy. Honorny facet.
Spotkałam Helmuta, który akurat na ławeczce raczył się winem "Okęcie" i był w nastroju do rozmów. Zapytał skąd wracam, jak tam w szkole, czy babcia na żylaki nie narzeka... I w końcu zainteresował się, dlaczego lezę przez krzaki i dziurę w płocie, a nie bramą? No to mu opowiedziałam o cukierkach, kotkach, staniu pod szkołą i pod domem. Helmut wino dopił, pysk obtarł i poszedł do bramy. Za chwilę wrócił, ciągnąc za sobą mojego prześladowcę. Potwierdziłam mu, że to ten, Helmut kazał mi iść do domu, to poszłam.
Minęła może godzina, pukanie do drzwi, tata poszedł otworzyć, chwilę z kimś porozmawiał i z bardzo zdziwiona miną przyszedł do mnie i powiedział, że Helmut prosił, żeby mi przekazać, że sprawa załatwiona.
I faktycznie, nigdy więcej nie widziałam swojego "wielbiciela". Ale za to strasznie długo musiałam tłumaczyć rodzicom, jakie konszachty łączą mnie z Helmutem.
Tata po tym wszystkim kupił dobrą wódkę i poszedł do niego z podziękowaniami.
A Helmut z właściwą sobie prostotą wyjaśnił mojemu tacie, że "Pan szanowny to od nauki i wychowania jest, a od wpierdolu spuszczania jest on - Helmut".
Spotkałam mężczyznę, który od samego początku mi się spodobał. Takie wielkie wow na pierwsze przypadkowe spotkanie. Zaczęło się od SMS-ów, później spacery, wieczorne spotkania... Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że był w związku. Był to związek partnerski, nie mieli dzieci, mówił, że się im nie układa, że traktuje ją jako przyjaciółkę, nie mieszkali razem. I stało się, weszłam w taki "układ". Myślałam, że jego uczucia w stosunku do mnie są szczere. Minął rok, a nic się nie zmieniło, dalej spotykaliśmy się potajemnie. To z nią spędzał święta, imprezy, wakacje. Dotarło do mnie, że byłam po prostu kochanką...
Inaczej to sobie wyobrażałam. Na początku gdy zaczęliśmy się spotykać myślałam, że zmieni swoje życie. Niestety tak się nie stało, ale chyba nie umiałam odpuścić i tak tkwiłam w takich relacjach. Dużo się kłóciliśmy, miał do mnie o wszystko pretensje, kłótnie też były wynikiem tego, że nie umiałam sobie poradzić z całą tą sytuacją... Tak zwyczajnie po prostu chciałam być kochana i szczęśliwa.
Wiem, że źle zrobiłam, w ogóle nie powinnam wchodzić w ten związek, ale stało się. Wspólna praca w jednej firmie nie ułatwia, aby zapomnieć i ruszyć dalej. Jeszcze fakt, że on mnie obwinia, że to ja go zostawiłam, że on jest bardziej poszkodowany sprawia, że jeszcze mi ciężej na sercu... Nie wiem co zrobić aby zapomnieć i ruszyć dalej.
Mam problem z nieśmiałością i niepewnością siebie. Walczę z tym i jest trochę lepiej. Kiedyś bałam się ludzi, ale do dziś obawiam się krytyki ze strony innych, dlatego rzadko piszę na forach.
Zaczęłam tutaj pisać komentarze, by postawić ten mały krok i coś zmienić.
Kilka z nich miało kilkaset plusów. Jest to anonimowe, bo nigdy nie przyznam się nikomu, że te "głupie" plusiki pod moim komentarzem jakoś tak mnie podbudowały. Sprawiają, że czuję się lepiej i mam uśmiech od ucha do ucha, gdy je widzę. Taka mała rzecz, a cieszy.
Dziękuję, anonimowa rodzinko :)
Pracuję za granicą. Sprzątam szkołę specjalną. Głównymi uczniami są dzieciaki z zespołem Downa. Lubię moją pracę, daje mi ogromną satysfakcję... pieniężną oczywiście.
Pewnego dnia operuję mopem, ze słuchawkami na uszach i rozmawiam z mamą. Po skończonej rozmowie widzę jak przygląda mi się uczeń. Lat około 10. Patrzy na mnie z uśmiechem. Podchodzi, klepie mnie po ramieniu i mówi:
- Nie przejmuj się, ja też często mówię do siebie.
;)
Dodaj anonimowe wyznanie