O braku chęci posiadania dzieci
Jakoś od zawsze odpychała mnie wizja posiadania dzieci, po pierwsze ze względów ekonomicznych - trzeba by kupić większe mieszkanie, dziecku trzeba kupić ubrania, rzeczy do szkoły, zapłacić za szkody, które robi, na wycieczkę kieszonkowe dać, kupić mu smartfon, co jakiś czas będzie męczyć, że chce to albo tamto, ciągle trzeba na nie wydawać, a jak podrośnie, to i samemu dziecku kasę dać. Natomiast ja jestem typem, który lubi mieć pieniądze i woli żyć w dostatku niż w biedzie, mieć kasy jak lodu na szybki internet, wypasiony telefon, komputer i samochód, i co sobie zamarzę. Po drugie, bo czas to też pieniądz. Dziecko trzeba zawieźć, przywieźć, ugotować mu, zaprowadzić do szkoły, do lekarza, na wywiadówki biegać… Dziwnie się czuję kiedy pytam kolegę na koniec zmiany, czy w coś zagramy, a on że nie ma czasu, bo musi się dzieckiem zająć - ja tak nie chcę. No i są jeszcze inne, mniejsze powody…
Gdzieś w okolicach 2021 zrobiło się głośno na temat zakazu aborcji w Polsce - jako iż miałem wiele wątpliwych sytuacji, kiedy z dziewczyną obawialiśmy się wpadki (na szczęście nigdy wpadki nie było), nieco mnie to przeraziło - na tyle, że zdecydowałem się podjąć radykalne kroki, póki były jeszcze legalne. Dokonałem zabiegu wazektomii w wieku 21 lat, spadajcie na drzewo z tymi swoimi 500+ politycy, mam już wywalone na te wasze zakazy aborcji ;)
Jakiś czas temu zacząłem się spotykać z dziewczyną poznaną w necie, kilka dni temu ojciec zaczął ze mną te niezręczne pogawędki o wpadkach, o tym, że "to chłopak powinien się zabezpieczać, żeby potem nie było, że to dziewczyna się nie zabezpieczyła". Biedny ojciec nie ma pojęcia, że nigdy nie będę miał dzieci...
Jestem z moim facetem 6 lat, a po ślubie ponad 2 lata, mieszkamy za granicą. Niby jest OK, ale nie dogadujemy się odkąd pojawiło się dziecko (dziecko ma dwa lata).
Ostatnio stwierdziliśmy, że jesteśmy razem dla dziecka, a dzisiaj usłyszałam, że nie kocha się ze mną, bo go nie pociągam.
Nie wiem co dalej. Nie mam tak naprawdę nic poza moim dzieckiem. Boję się, bo mieszkamy za granicą, ciągle myślę, żeby wrócić do Polski, ale co dalej...
Kilka razy w roku idę do sklepu i kupuję torby pełne alkoholu. Przez cały dzień niemal nic nie jem, a później przez cały wieczór piję, samotnie, z premedytacją upijając się aż do zerwania filmu. Nie dlatego, że nie nie znam swoich limitów, bynajmniej. Po prostu - uwielbiam to uczucie, kiedy z każdą kolejną porcją mój mózg nareszcie odrobinę zwalnia.
Kiedy jestem trzeźwa, zawsze myślę o kilkunastu rzeczach na raz, nie potrafię sama za sobą nadążyć, trudno mi być efektywną i zrobić cokolwiek skutecznie. Trudno mi się rozmawia i pracuje z ludźmi, bo mam wrażenie, że albo próbują coś robić w zupełnie inny sposób niż ja, albo każdą czynność rozwlekają do granic możliwości. Mam wrażenie, że wszystko wokół mnie dzieje się albo za wolno, albo z milionem niepotrzebnych procedur. Kiedy się upiję, łatwiej mi to znieść, bo czas zaczyna lecieć na zwolnionych obrotach.
Nikt nie wie o moich epizodach upijania się, zresztą co miałabym im powiedzieć? Że chcę zatrzymać sobie mózg? To brzmi idiotycznie.
Nie chcę się uzależnić, więc pomijając moje wieczory z alkoholem, raz na dwa-trzy miesiące, piję niewiele i tylko przy okazji uroczystości rodzinnych czy wyjść integracyjnych. Nawet klubów unikam jak ognia.
Jestem już po trzecim piwie, w lodówce czekają na mnie jeszcze dwa i spora cytrynówka, pójdzie wszystko albo nie, zobaczymy. A jutro wstanę rano z niewielkim bólem głowy, pójdę do pracy i nikt nic nie będzie podejrzewał, i ani kropli nie wypiję aż do... Sylwestra, jak mniemam, gdzie wypiję symboliczną lampkę szampana.
Ale na razie - alkohol powoli zaczyna działać i jest mi dobrze. Bardzo dobrze.
Pewnie wiele osób tutaj, ucząc się historii naszego kraju, zadawało sobie pytanie: jak świat mógł pozwolić na to, by nasz kraj został rozdarty i zniknął z mapy na 123 lata?
Może nie sięgając aż tak daleko - dlaczego nikt nie powstrzymał Hitlera?
A teraz zastawów się co zrobisz, by powstrzymać Putina przed rozgromieniem Ukrainy?
Co zrobisz z białoruskim dyktatorem mordercą, okrutnikiem Łukaszenką, który zwabił do swojego kraju ludzi i użył ich jak zabawkowych żołnierzyków do destabilizacji Twojego kraju?
Co zrobiła reszta Europy?
Co zrobiły mocarstwa i rządy?
Historia kołem się toczy, Rosja gada z Niemcami, Rosja gada z USA, a Polacy, Ukraińcy i inne najgłupsze (bo zawistne i łatwe w podzieleniu) narody za chwilę będą mieli powtórkę z rozrywki.
Myślisz sobie - mnie to nie dotyczy, Polska jest bezpieczna, ten anonimowy gada głupoty.
I właśnie tak macie myśleć... Tak samo jak przy początku I, jak i II wojny.
Obym się mylił i koło skręciło lub okazało się większe.
Rzecz działa parę lat temu w Sopocie. Był gorący lipiec. Na jednej z najbardziej obleganych przez turystów ulicy stał sobie gość ubrany w wytworny frak i elegancki cylinder. Facet miał pod nosem misternie zakręcony wąsik, a na głowie nosił efektowny cylinder. Wokół tej ciekawej osoby zebrała się grupka gapiów, w tym i ja. Jak się okazało - mężczyzna był magikiem, a może lepiej by było rzec - iluzjonistą. Nie prosił o pieniądze, a jedynie o chwilę uwagi. Jak sam powiedział - wystarczy mu możliwość zobaczenia uśmiechu na ustach zgromadzonych.
Najpierw wyjął karty. Wiadomo - ktoś musiał jedną wybrać i schować do talii. Czary mary, hokus pokus... Wybrana przez losowego widza karta nagle znalazła się w jego bucie. Brawa! Skubany, dobry jest. Liczba gapiów zwiększyła się dwukrotnie.
Następnie magik wybrał jedną z młodych dziewczyn i przykrył ją aż po stopy taką piękną, jedwabną chustą. Ciach! Szybkim ruchem iluzjonista ściągnął materiał odsłaniając dziewczę stojące (ku radości męskiej części publiki) w samej bieliźnie. Owacje, gwizdy śmiechy! No, nie powiem - to się nadawało do "Mam talent"! Teraz tłum był już naprawdę duży!
Po tej rozgrzewce maestro wyciągnął worek i poprosił, aby wszyscy wrzucili tam swoje portfele i portmonetki. "Lubicie hazard?" - zaśmiał się. No i ludzie zachwyceni popisami magika, zrobili o co prosił. Także i ja.
Mistrz zawiązał wór na supeł. Potrząsnął nim, a następnie rozwiązał węzeł, a ze środka worka wyleciało stado białych gołębi! To było niesamowite. Ale gdzie są portfele? "Zaraz, zaraz... Coś mnie gniecie we fraku" - powiedział magik, krzywiąc się pod wąsem. Zdjął więc swoje nakrycie wierzchnie, energicznie nim potrząsnął i z wnętrza wysypał się stos portmonetek, saszetek i portfeli!
Brawa były tak głośne, że aż mewy na molo się wypłoszyły. Podczas gdy widzowie zbierali swój dobytek, iluzjonista, szarmancko uśmiechając się, bardzo serdecznie wszystkim podziękował i rozesłał kilka buziaków w tłum. Po chwili już go nie było.
...Mistrz ulotnił się równie szybko, co pieniądze z portfeli gapiów. Do dziś nie wiem, jak to sukinkot zrobił. Straciłem wtedy dwie stówy, ale podczas grupowego przesłuchania na policji okazało się, że uroczy maestro zarobił na tym występie nieco ponad osiem tysięcy.
Może i powinienem przeklinać swoją naiwność i bezczelność tego cholernego oszusta, ale... Gość mnie tak doskonale wydymał, że aż nie potrafię mieć mu tego za złe.
Miałam być świadkiem na ślubie swojej siostry. Dziś, na dwa dni przed imprezą, dowiedziałam się, jak bardzo jestem persona non grata na tej uroczystości. Jeszcze niedawno pomagała mi wybierać sukienkę, a teraz wyszło na jaw, że jej facet mnie nie lubi i nie życzy sobie mojej obecności.
Boli, bo nie mamy zbyt dużej bliskiej rodziny. Ale lepsi będą zaproszeni na ślub obcy ludzie niż ja.
Mam sekret, który ukrywam przed każdym. Jestem 29-letnią kobietą, po dobrych studiach, na poważnym stanowisku, z ciągle kamienną twarzą, zero uczuć. Nie potrafię się beztrosko śmiać, gdy widzę słodkiego szczeniaka lub roześmiane dziecko nie czuję nic, zero uczuć. Ale mam szafę, w moim domu jest duża szafa na klucz, nikt nie może tam zajrzeć. Trzymam tam pluszaki, mam ponad 100 maskotek z różnych miejsc, czasem kupuję misia na poprawę humoru. Co niedziela wyciągam je wszystkie i się bawię jak dziecko, przytulam je, głaszczę, robię warkoczyki.
Nigdy w swoim dzieciństwie nie miałam ani jednej zabawki. Moi rodzice byli lekarzami i wymarzyli sobie idealne dziecko. Tak więc od kiedy pamiętam słyszałam tekst "jesteś na to za dobra"/"zwykłe dzieci bawią się zabawkami, ty jesteś ponad to". Na święta dostawałam książki, na urodziny nowe gadżety typu teleskop/mikroskop itd. Szkoły od początku prywatne, po szkole zajęcia dodatkowe. Świadectwo tylko z paskiem, udziały w konkursach obowiązkowe.
Byłam najlepsza. To im się udało. Po studiach znalazłam dobrą pracę, mam własny dom, zarabiam sporo. Ale co z tego? Nie mam przyjaciół, partnera... w sumie nigdy ich nie miałam. Od kiedy jestem samodzielna, uczęszczam do psychologa, choć mało mi pomaga. Bardziej pomaga mi szafa pełna pluszaków, choć nigdy nikt się o tym nie dowie.
O tym, jak pierwszy raz trafiłem na filmy xxx.
Niektórzy mają ciekawe historie. A to kolega im przyniósł na pendrivie, a to znaleźli kasetę ojca, jeszcze inni oglądali telewizję po północy i trafili na tego typu film.
9-letni ja po prostu lubiłem pewien serial produkowany bodajże przez Polsat. Postanowiłem go odnaleźć w internecie, żeby sobie obejrzeć odcinki, które przegapiłem. Ten serial nazywał się "Mamuśki". Reszty możecie się domyślić. Bynajmniej nie znalazłem tego, czego chciałem.
Historia o tym, jak otępiony umysł, zamyślenie oraz strach przed dentystą sprawiły, że zrobiłem z siebie kretyna.
Kilka lat temu wybrałem się pierwszy raz SAMOTNIE do dentysty (18+ do czegoś zobowiązuje). Niestety, dzień wcześniej miałem trudny sprawdzian w szkole z matematyki, więc cały tydzień praktycznie się nie wysypiałem, bo nocą kułem. Druga istotna sprawa to to, że panicznie się boję dentystów.
Z racji, że byłem umówiony na wizytę o godzinie 11:00, a przybyłem pół godziny wcześniej, to musiałem poczekać aż wcześniejsza osoba zostanie "obsłużona". W poczekalni byłem ja oraz inny jegomość ubrany w dresy, z grymasem na twarzy jakby jego pierwsze zdanie w myślach na mój widok brzmiało "Czy masz jakiś problem?".
Nudząc się wyciągnąłem telefon i zacząłem sprawdzać pocztę, naszą klasę (GIMBY NIE ZNAJOOOO), YouTube oraz grać. Ni stąd, ni zowąd osobnik, o którym wspomniałem zaczął mi zadawać pytania na temat tego jaki ząb mnie boli (przez chwilę myślałem, że będzie chciał mi zaproponować bezpłatną terapie), opowiadać, że jego dziewczyna właśnie jest w środku i wypytywać o mój telefon - jaka marka, w co gram itp. Po paru minutach wyszła jego połówka serca i żegnając się ze mną powędrowali w dalszą podróż w nieznane.
Pani dentystka widząc mnie powiedziała, żebym chwilę poczekał, bo musi zadzwonić do innego pacjenta w celu umówienia się na wizytę. Zadzwonić... ten wyraz nagle wywołał we mnie dreszcze, zimne poty oraz nagły atak paniki - GDZIE JEST MÓJ TELEFON?! Zacząłem przeszukiwać kieszeń w kurtce, bluzie, ale tam go nie było. Zacząłem głośno myśleć - Telefon, kieszenie, krzesło, stolik, drechol, kieszenie, stolik krzesło... DRECHOL!
Nie zwracając uwagi na dentystkę, wybiegłem szybko z gabinetu i jak strzała poleciałem na zewnątrz szukać jegomościa. Daleko nie musiałem biec bo dostrzegłem ich przy bramie wyjazdowej.
- EJ! Czekaj! - krzyknąłem.
- Co? - odpowiedział.
- Masz mój telefon, oddawaj go albo polecisz na dołek - odrzekłem. Wspomniałem o dołku mając nadzieję, że uwierzy, iż rozmawia z policjantem.
- Ale ja go nie mam, typku - rzekł.
- Masz, dawaj go, bo inaczej będziemy rozmawiać.
- Naprawdę go nie mam, chcesz, to mnie przeszukaj.
- Nie będę ciebie przeszukiwał, niech twoja dziewczyna puści mi sygnał.
- No dobrze, podaj numer.
I nagle w tym momencie drapiąc się po nodze poczułem go, poczułem go w przedniej kieszeni spodni, jakby chciał abym go poczuł ( ͡° ͜ʖ ͡°) i już wiedziałem, że jestem idiotą, a nie kretynem. Jak mogłem zapomnieć o tym, że mam spodnie i tam również należałoby sprawdzić?
- Dobra, olać to, pewnie zostawiłem w gabinecie. Sorki, że was oskarżyłem bezpodstawnie. Trzymaj na piwo chociaż - i wręczyłem mu 5 zł w ramach rekompensaty.
Nigdy nie czułem się tak głupio jak wtedy, nawet jak wtedy, gdy w kościele stojąc na środku w momencie gdy ksiądz podniósł ramiona zrobiłem to samo.
Mój tato nie wie, że ja wiem...
Od jakiegoś czasu słyszę odgłosy odkurzania, kiedy tato myśli, że jest sam i nic nie słychać (mieszkamy w dużym domu). Mimo to śladów po odkurzaniu nie ma. Przynajmniej nie takie, jakich można by się spodziewać. Zapewne domyślacie się, o co chodzi. Jestem jedyną osobą, która wie i musi żyć z brzemieniem tej świadomości. Dosłownie mam traumę i jednocześnie chcę wykrzyczeć ojcu w twarz, że to okropne, ale z drugiej strony... nie chcę go zawstydzać, bo nie wiem, jak to się skończy. To poważny człowiek, który ma swoje... ekhm... tajemnice.
Najgorsze jest to, że od kilku dni ojciec skarży się na bóle w podbrzuszu, a skoro narzeka, to znaczy, że boli go bardzo. Mimo to nadal... nadal zdradza mamę z odkurzaczem. Chcę mu powiedzieć, że powinien przestać, że może zrobić sobie krzywdę. Nawet rozważam, czy nie kupić mu na święta jakiejś bezpiecznej alternatywy. Niby jest dorosłym człowiekiem, dziadkiem w zasadzie, ale nadal głupim gówniarzem, który robi sobie krzywdę.
Póki co jestem sparaliżowana i nie mam pojęcia, co zrobić.
Dodaj anonimowe wyznanie