#Q1aAG

Posiadam dziwny dar/przekleństwo – potrafię słuchać. Wszyscy znajomi mówią mi, że nikt inny nie wysłuchał ich jak ja. Przez to chcąc nie chcąc wiem o wielu problemach, jakie dotyczą wielu z nich. Wiedzą, że potrafię dotrzymać tajemnicy i zwierzają mi się z nawet najgorszych spraw, tylko po to, aby ktoś ich wysłuchał.
Przeważnie są to pierdoły w stylu narzekania na pracę itp., ale tez poważne sprawy.

Dowiedziałem się od jednej znajomej, że zdradzała męża i "ich" dziecko jest wynikiem tych zdrad, wiem też, że znajomy był w dzieciństwie molestowany przez kogoś bliskiego.

Nieraz chciałem powiedzieć kumplowi, że wychowuje nie swoje dziecko, ale dzieciak ma już ponad 10 lat i nie wiem, czy moje słowa coś pozytywnego by sprawiły, a nie tylko zniszczyły wszystko. Znajomy, który był wykorzystywany, mimo upływu lat wciąż ma problem z jakimkolwiek kontaktem fizycznym, ciężko jest mu nawet podać rękę na przywitanie, reszta ma go za dziwaka, bo nie wiedzą co przeżył.

Znam sekrety wielu ludzi i przerażony jestem wiedząc, do czego ludzie są zdolni.

#2jN1X

Byłam prześladowana w podstawówce. Nadal nie wiem dlaczego, ale podejrzewam, że przez to, iż byłam wysoka i grubsza niż reszta (ale nadwagi nie miałam), może też dlatego, że byłam dość cicha, nieistotne. Unikałam szkoły, rodzicom mówiłam, że źle się czuję, boli nie brzuch itp. Nie zliczę, ile razy miałam robione USG jamy brzusznej w dzieciństwie... Mama na siłę ciągnęła płaczącą mnie do szkoły (do tej pory robi sobie o to wyrzuty). A ja po prostu bałam się komukolwiek powiedzieć o sytuacji w szkole. Nauczyciele to widzieli, nie mam co do tego wątpliwości. Dopiero na początku 5 klasy powiedziałam, w zaufaniu, o wszystkim mojej starszej siostrze - jak ja jej wtedy nienawidziłam, że powiedziała o tym rodzicom... Mama poszła ze mną do szkoły, ale zamiast na lekcje poszłyśmy do mojej wychowawczyni, nauczycielka udawała zdziwioną, wtedy ja się jej zapytałam, czy nie słyszała nigdy jak się ze mnie śmieją pod salą lekcyjną, kiedy ona siedziała w środku i nie reagowała. Wychowawczyni skierowała nas do psychologa szkolnego. Rozmawiałam z psycholog w obecności mamy, opowiadałam o wszystkim (słabo to pamiętam, pamiętam najbardziej jej wredną minę i usprawiedliwianie wszystkich). Wtedy kazała mi wyjść, bo chciała porozmawiać z mamą. Długo siedziałam na schodach do jej "gabinetu". Wtedy wyszła moja mama, już nie ta kochana, milutka i dobra kobietka, ale wkur*iona kobieta z szalonym wzrokiem. Zapytałam co się stało, powiedziała tylko "nigdy więcej nie przyjdziesz do tej szkoły".

Nie wiem kiedy i jak załatwiła, ale z dnia na dzień przeszłam do innej podstawówki. Tam życie było idealne. Najlepsze dwa lata młodości. Wtedy zaczęło się gimnazjum i chociaż moja nowa wychowawczyni zadbała, żebym w klasie nie była z prześladowcami, to i tak na korytarzach się z nimi mijałam. Wszystko zaczęło wracać, dziwne plotki na mój temat, agresja słowna i czasem fizyczna, dalej nie mieli większych powodów niż to, że byłam raczej spokojnym i cichym dzieciakiem (chociaż wtedy już miałam na tyle odwagi, żeby pobić chłopaka, który ostro przesadził z prześladowaniem mnie). Poszłam do psychologa szkolnego, niestety nie pamiętam jak ta pani się nazywała, najchętniej poszłabym do niej teraz i wręczyła ogromny bukiet kwiatów i podziękowała. Mimo że to wszystko dało mi jedynie nerwicę i napady lękowe, które trzymają się mnie już od x lat, to gdyby nie ona, pewnie było by ze mną dużo gorzej. Nauczyła mnie z tym żyć, nie kłamała, że będzie lepiej, radziła co robić, żeby sobie radzić. Cud-miód kobieta.

Razem z gimnazjum wszystko się skończyło, oprócz nerwicy oczywiście. I na zakończenie dodam: wiecie co powiedziała mojej mamie psycholog w pierwszej podstawówce, kiedy ta chciała mnie stamtąd zabrać? "To nie wina tych dzieci, pani córka powinna być w psychiatryku". Tak, to prześladowane dziecko powinno być zamknięte...

#O9jk2

Znajomy miał problem - początkujący nauczyciel, z tych, co to wierzą w ludzi i chcą coś zmienić - taki człowiek z misją. Trafił do gimnazjum - nie jakaś patologia czy coś - ot, zwykłe dzieci. Z pewnym wyjątkiem - w klasie miał uczennicę - nazwijmy ją Ania.

Dziewczyna dość wyrośnięta - z wyglądu spokojnie + 2-3 lata można dodać. I na jego nieszczęście się "zakochała" w nim. Wpierw było niewinnie - często z nim rozmawiała, próbowała się z nim spotkać poza szkołą. Jednak nieciekawie się zaczęło robić jak poszła dalej, przytulała się do niego, raz go nawet pocałowała.
Apogeum było na wycieczce szkolnej, gdy przydybała go na korytarzu w hotelu, przytuliła się i odciągając sukienkę pokazała, że nie ma nic pod spodem.

Znajomy - panika - pedofilem nie był, miał kochającą dziewczynę, ślub w planie. A tu jakaś napalona małolata. Nie wiedział co robić, więc poprosił o radę swojego "mentora", który wprowadzał go w nauczycielski fach. Ten zrobił wielkie oczy i mu powiedział "Nooooo to masz przesrane, zmień jak najszybciej szkołę, bo cię udupią". Znajomy zdziwiony, bo liczył raczej na radę jak się wyplątać z tego tak, żeby młoda dała mu spokój. Ale tamten mu od razu powiedział - nie da rady, ona ma same prawa, jest "dzieckiem" (mimo opinii łatwej wśród kolegów), a ty masz same obowiązki, zero praw. Kilku innych osób pytał o radę - w tym pedagog - usłyszał to samo.

Znajomy stwierdził, że to bzdura - teraz XXI wiek - nowoczesność itp. Postanowił załatwić to dyskretnie i porozmawiać z rodzicami dziewczyny. No i wtopił - jej rodzice - lekarz i pani radna miejska zjechali go od góry do dołu, powiadomili szkołę o "molestowaniu" i zrobili z tego wielką hecę - molestowanie uczennicy. Młoda miała rozmowy z pedagog, psychologiem - oczywiście wyszło, że to on się jej narzucał, a ona to aniołek... Generalnie zaszczuto go jak wściekłego psa - nikt nie chciał słuchać co ma do powiedzenia. Znajomemu nie postawiono zarzutów ze względu na brak czynu karalnego - nic z nią fizycznie nie zrobił. Ale jego kariera w pedagogice poszła się ćwierkać. Wylądował wprawdzie na 4 łapach - teraz jest antykwariuszem i niezłą kasę na tym teraz trzepie.... ale zaufanie do ludzi poszło u niego w pizdu....

#ofgfI

Około 2 lata temu dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Zaskoczenia nie było, nie planowaliśmy, ale też nie była to przykra informacja. Mamy już córkę, a mąż ubzdurał sobie, że teraz na pewno, no na 100%, mur beton będzie syn. Już od początku, kiedy dzieliliśmy się z najbliższą rodziną wiadomością o ciąży, pytał mojego bratanka, czy będzie uczył nowego kuzyna grać w nogę. Po drugiej lub trzeciej wizycie u mojej ginekolog, pani doktor stwierdziła że "nie jest pewna, ale chyba chłopak". To był może 10-11 tydzień, a mąż w tajemnicy kupił śliczny, szaro-miętowy wózek.

Na jego (i, jak się prędko okazało, także i moje nieszczęście) na następnej wizycie kontrolnej pani doktor była prawie pewna, że to dziewczynka. Kolejna wizyta - znowu wskazanie na dziewczynkę. Nastawienie męża zmieniło się o 180° - przestał jeździć ze mną na wizyty, nie interesował go wybór imienia, kompletowanie wyprawki. Moją ginekolog zaczął wyzywać od konowałów, jego zdaniem ja i ona niepotrzebnie zrobiłyśmy mu nadzieję na syna. Wciąż marudził, jakiego to on ma pecha w życiu, jaki jest poszkodowany - sąsiad ma dwóch synów, a on "same baby". Nie pomagało tłumaczenie, że powinien się cieszyć, jedna córka śliczna, zdrowa, mądra, ciąża przebiega książkowo. Raz nawet pokazałam mu internetową zbiórkę dla chłopca z porażeniem mózgowym, trochę kąśliwie zapytałam, czy zamieniłby się z jego ojcem dziećmi - w końcu tamten ma syna, co z tego, że ciężko chorego, przecież liczy się jedynie płeć! W przypływie złości mąż kazał mi sprzedać wózek, bo jego zdaniem miał męskie kolory i ludzie będą myśleć, że to chłopiec jedzie, a to BABA. Nawet wprost powiedział mi, że drugie dziecko jest niepotrzebne.

Psychicznie byłam w rozsypce, zastanawiałam się, czy nie zakończyć tego wszystkiego. Serio, nachodziły mnie myśli o celowym wjechaniu autem w drzewo, pod pociąg lub odkręceniu gazu w czasie gdyby starsza córka była w przedszkolu, a mąż w pracy. Bałam się po prostu co będzie, kiedy urodzę to biedne dziecko, które jeszcze przed swoimi narodzinami zostało znienawidzone przez własnego ojca. Uznałam jednak, że nie mogę odebrać starszej córce matki, a młodszej prawa do życia.

Ciążę donosiłam, urodziłam dużą, silną dziewczynkę. Mała niedawno skończyła rok, mąż zajmuje się nią jedynie z obowiązku, bo wróciłam na pół etatu do pracy. Nie zdarzyło się nigdy, żeby to on wstał do niej w nocy, przewinął, zaproponował, że weźmie na spacer. Gdy tylko wracam z pracy, dziecko jest już znów jakby tylko moje.

Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam. Starsza córka pokochała malutką, ale widzę i wiem, że to ona jest córeczką tatusia, a młodsza, nieświadoma krzywdy, jaką wyrządziła ojcu, zawsze będzie tym mniej kochanym dzieckiem.

#mSouI

Ostrzegam, że to będzie chore wyznanie...

Miałam wtedy 4 albo 5 lat. Podczas oglądania kolejnego jakże fascynującego odcinka "Tabalugi" zachciało mi się siku. Oczywiście ja pochłonięta bajką, nie widziało mi się odrywać i iść do toalety. Pomyślałam, że jak tam na dole się potrzymam, to już mi się odechce na klopika. Trochę tam pogrzebałam i w ten genialny sposób odkryłam, że to całkiem przyjemne. Tak. Mając zaledwie kilka lat, zaczęłam się masturbować. Szybko zauważyłam, że trzeba się jednak czymś natchnąć (nie znałam słowa "podniecić"), aby było szybciej i milej.

Podniecały mnie kobiety w ciąży i te ich wielkie brzuchy, a inną rzeczą były też pomarańcze. Nie pytajcie. Sama nie wiem, dlaczego. W każdym razie, przed snem wyobrażałam sobie skomplikowane operacje, gdzie kobietom wkładano pomarańcze do brzucha i potem je macano. Ooooch, jak mi było błogo.

Miałam jeszcze jeden dziwny fetysz. Jarałam się jak szalona, gdy wyobrażałam sobie gejowski związek dwóch braci z bajki "Bracia koala". Szczególnie lubiłam, jak mieli dużo pomarańczy.

Tyle...

#E9KCz

Mam teraz 27 lat. 7 lat temu zaczynałam studia w "wielkim" mieście i rodzice wynajęli mi stancję. Było całkiem wygodnie, miałam swój pokój z miniłazienką i minikuchnią, a to trochę kosztowało. Wynajmujący facet przychodził raz w miesiącu po kasę, chwila rozmowy, uprzejmości i do widzenia. Miał 48 lat, był całkiem sympatyczny, nie miał ani brzuszka, ani łysiny, wyglądał całkiem spoko. Nie zakochałam się w nim ani trochę, ale błysnęła mi myśl, że 800 zł piechotą nie chodzi i mogłabym płacić mu w "naturze". Poszło całkiem łatwo i "płaciłam" co miesiąc w trzech ratach. Takie spotkania bardzo mi odpowiadały, mogłam skupić się tylko na fizycznej przyjemności, obie strony były bardzo zadowolone.

Po 3 latach poznałam fajnego chłopaka, oczywiście gdy tylko zanosiło się na coś bliższego, zaczęłam znowu płacić gotówką. Niestety coraz bardziej brakowało mi takich niezobowiązujących spotkań, gdzie mogłam sobie pozwolić na więcej, nie musiałam pamiętać o uczuciach, nieranieniu, tu zawsze musiał to być taki podniosły akt z wyznaniami itp. Było to z jednej strony fajne, ale z drugiej wprowadzało jakąś blokadę. Tak więc po pół roku wróciłam do płacenia w naturze i było to lepsze od wyrzutów sumienia, że zdradzam ukochanego. Trwało to do końca studiów, potem zamieszkałam z chłopakiem.

Jestem rok po ślubie i ciągle mi brakuje tego beztroskiego seksu i chyba wiem, dlaczego niektóre kobiety zdradzają. Na razie jestem wierna, ale nie wiem jak długo. I nie chodzi o tamtego faceta, teraz już nawet mi się tak nie podoba, bo jednak wiek robi swoje. Uwielbiam seks z mężem, gdzie jest miłość, ale ciągle pragnę też mieć kogoś do tych niezobowiązujących spotkań. Czuję, że gdy tylko nadarzy się okazja...

#gBLEi

Coś dla tutejszych inceli.

Byłem incelem. Byłem miły i... nieatrakcyjny. Zastanawiałem się, dlaczego dziewczyny (a później kobiety) mnie nie chcą. Rejestrowałem się na portalach randkowych, znajdowałem jakąś fajną babkę i pisałem. Później spotkanie (zazwyczaj jedno) i koniec kontaktu. Zastanawiałem się co partolę, co jest ze mną nie tak? Moja nadwaga? Mój kompleks na tym punkcie? Ale przecież nadwaga nie jest wielka, nie jestem przystojniakiem, ale też nie odstraszam, więc co? Skąd te wszystkie "możemy być przyjaciółmi" itp.?

Odpowiedź przyszła, gdy posłuchałem pewnej mądrej rady. Dodam tu, że miałem pewne objawy uzależnienia od gier i w znalezieniu partnerki szukałem wyjścia z nałogu, ale nie tylko. Jak brzmiała dobra rada? "Jeśli nie wychodzi ci znalezienie dziewczyny do związku, to może zacznij szukać koleżanki do wyjść na miasto, do kina, do ciekawych rozmów itp. Zyskasz chociaż to, że będziesz wynurzać się z tej swojej samotni". No cóż... nie było to łatwe. W końcu jestem zdrowym, dorosłym, heteroseksualnym facetem i mam szukać koleżanki? Hmmm... Z drugiej strony to lepsze niż ciągła frustracja. Poza tym to może być całkiem ciekawy eksperyment :-) Zobaczymy, jak kobiety będą reagować na koleżeńskiego do bólu typa.

No więc jak reagowały? Na ich propozycję przyjaźni odpowiadałem - OK, to nawet lepiej, coś mi się zdaje, że związek to byłoby dla nas za dużo czy coś w tym stylu. W tym momencie kobiety zwykle doznawały szoku (że niby co? nie podobam mu się?). Później zwykłe rozmowy od czasu do czasu na kompie, SMS-y (uwielbiam wysyłać memy i żarty - nie dowcipy i nie za często). Byłem przyjazny, ale miałem trochę wylane. Dochodziło do tego, że to one pierwsze proponowały spotkanie. Podchodziłem do tego na luzie. Te interakcje wyciągnęły mnie trochę z gier i zaczęły wracać stare, ciekawe zainteresowania. Tymczasem poznawaliśmy się jako ludzie. Byłem przyjazny i... raczej nieosiągalny. I w końcu po bliższym poznaniu okazywało się, że jestem interesującym facetem. Zacząłem słyszeć teksty typu "jestem ciebie ciekawa, dziwne, że nikogo nie masz" (tym razem szczere). Następnie coraz śmielsze próby podrywu. Tak... Ja - całkiem zwyczajny, spokojny, niezbyt zamożny typ - byłem podrywany przez atrakcyjne kobiety.

Dziś jestem w szczęśliwym związku i wiem, co się wtedy wydarzyło.
Po pierwsze - zero desperacji, którą to kobiety wyczuwają z daleka, a która strrrrasznie odrzuca. Wręcz przeciwnie, stawałem się dla nich wyzwaniem. W skrócie "miej wylane, a będzie ci dane".
Po drugie - własne zainteresowania i własne życie. Dzięki temu mogłem być trochę tajemniczy, a to przyciąga.
Po trzecie - zmiana nastawienia musi być szczera. Mi pomagała myśl o eksperymencie - jestem trochę ciekawski :-) Kobiety wyczuwają fałsz.

Jeśli choć jeden typ wyjdzie po tym tekście z incelstwa, to będzie dobrze. Po to piszę to wyznanie.
Dodaj anonimowe wyznanie