Mieszkam w bloku. Pod blokiem jest parking, a po drugiej stronie ulicy bar. Miałem wolny weekend, wypoczywałem więc przed telewizorem popijając piwo. W pewnym momencie zadzwonił do mnie kolega. Rozmawiając z nim wyjrzałem przez okno. Na parkingu leżał przedmiot przypominający smartfona. Wyszedłem przed blok i faktycznie znalazłem nowiuśki smartfon. Chciałem go oddać, pomyślałem, że pewnie wypadł komuś z kieszeni kiedy wsiadał do samochodu albo coś. Na pasku zadań nie było żadnych połączeń, to mnie przekonało, że właściciel pewnie się jeszcze nawet nie kapnął, a i ja nie mogłem zadzwonić pod żadne „mama”, „ice” czy inny „dom”, bo telefon miał hasło. Wróciłem do mieszkania, telefon położyłem na stole i wróciłem do oglądania telewizji.
Po jakiejś godzinie telefon odezwał się. Stanowczy głos powiedział, że zaginął telefon – dane telefonu się zgadzały, głos zażądał zwrotu. Powiedziałem, że oczywiście, zapraszam, w duchu myśląc, że pewnie flaszka znaleźnego wpadnie, tym bardziej że urządzenie naprawdę wyglądało jak nóweczka. Po jakichś 10 minutach telefon znów zadzwonił i facet w słuchawce powiedział, że już jest. Na parkingu czekało na mnie dwóch kolesi. Kiwnąłem im, pokazałem telefon, oni synchronicznie wyciągnęli portfele, uśmiechnąłem się więc. Panowie tymczasem pokazali swoje lśniące odznaki, a mi kazali stanąć w rozkroku i oprzeć się o barierkę.
Okazało się, że właściciel telefonu został napadnięty i pobity, a ja jestem aktualnie głównym podejrzanym i jedziemy na komendę. Zacząłem gorączkowo tłumaczyć i wyjaśniać przebieg wydarzeń, jednak śmierdzący piwem, ogolony na łyso w dresowych spodniach i podkoszulku odsłaniającym tatuaże nie byłem specjalnie przekonujący. Policjanci nie słuchali moich tłumaczeń. W oknach zaczęło pojawiać się coraz więcej gapiów, a ja czułem jak wali się moja reputacja..
- Dokumenty! - krzyknął policjant. Mówię więc, że nie mam, bo są w mieszkaniu. Bo nie spodziewałem się takiego zwrotu akcji.
- Dobra, zawijaj go – powiedział zniecierpliwiony drugi. Poczułem się jak Józef K. w „Procesie” Kawki.
- Jak się nazywasz?
Przedstawiłem się więc. Policjanci spojrzeli na siebie.
- Ten (i tu pojawiło się moje imię i nazwisko)?
- Raczej tak.
- Ten (i tu pojawiła się nazwa mojej niecodziennej profesji)?
- Tak...
- K... no to teraz już ci wierzę.
Nagle zza winkla wyszedł jakiś chłopak z rozkwaszoną, opuchniętą mordą i woła:
- Panowie, to nie ten!
Na co policjanci zgodnie odpowiedzieli:
- No przecież wiemy, że nie ten. Pan ci telefon znalazł, to flaszkę mu powinieneś kupić, a nie na policję od razu dzwonić - odmeldowali się i poszli, a ja zostałem kompletnie zdezorientowany. Chłopak z rozkwaszoną gębą finalnie wręczył mi flaszkę.
Następnego telefonu nie podniosę.
Sytuacja sprzed paru lat. Do tej pory myślałem, że takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach komediowych, ale do rzeczy.
Sylwester, jestem z moją dziewczyną od jakiegoś roku. Z różnych względów spędzamy go u jej rodziny, a dokładniej ciotki, wraz z jej rodzicami, rodzeństwem i kuzynostwem. Jako że to była moja pierwsza taka impreza z całą jej rodziną, trochę człowiek się denerwował. Żeby zabić stres, troszkę podjadałem różne przekąski i popijałem alkoholem i napojami gazowanymi. Po jakimś czasie zacząłem odczuwać, że strasznie jeździ mi po żołądku i organizm dawał mi znać, że ten miszmasz jedzenia i napojów był nieodpowiedni i chyba trzeba się udać wiadomo gdzie. Jako że byłem w nowym domu, nie chciałem iść na dłuższe posiedzenie przy całej jej rodzinie, więc myślałem, że uda mi się przetrzymać. W pewnym momencie jednak sytuacja była już bardzo krytyczna, więc odwiedziłem WC. Zrobiłem co swoje, nie będę mówił co wyszło z tego całego jedzenia i stresu, ale nie było to nic "twardego". Do wytarcia zużyłem dużo papieru, który wrzuciłem do kibelka i zadowolony spuściłem wodę. I wtedy stał się najgorszy koszmar. Kibel się przytkał, a woda cofnęła, mało tego rura z odpływu, który wychodziła z kibla, widocznie nie była zbyt szczelna i w wyniku przytkania i pewnie ciśnienia delikatnie zaczęła puszczać wodę. Stoję więc nad tą muszla i patrzę na wodę po jej brzegi, oczywiście z zawartością tego, co przed chwilą zrobiłem. W panice wziąłem szczotkę do WC i próbowałem to jakoś odetkać. Założyłem nawet siatkę foliową na rękę i próbowałem ręcznie wyciągnąć/odetkać choć trochę. Nic z tego, wszystko stało i za cholerę nie chciało ruszyć. Stoję więc tak nad tą muszlą i nie wierzę, że taki koszmar stał się mnie i że zaraz stanę się pośmiewiskiem i źródłem fajnej historyjki na kolejne lata. Zrezygnowany nie wiedziałem już co robić. W końcu zostawiłem wszystko tak jak było i wyszedłem.
Po powrocie do stołu modliłem się, żeby nikt po mnie nie chciał skorzystać z toalety. Na moje szczęście wcześniej było małe zamieszanie, bo zbliżała się północ i każdy chciał skorzystać i chyba wszyscy zrobili co mieli zrobić przede mną. Przez następne trzy godziny nikt nie poszedł do łazienki i wraz z dziewczyną poszliśmy do domu.
Do tej pory nie wiem kto zobaczył tę moją katastrofę pierwszy i czy się zorientowali, że to ja byłem ostatni, ale do dziś nikt nigdy o tym nie wspomniał. Do tej pory nie wiem kto tam czuwał nade mną, że po mnie nikt do tej toalety nie poszedł.
W zeszłym roku organizowałam sylwestra, trochę po 17 wychodzę z pracy, a tu dzwoni kumpel, gdzie jestem, bo w 5 osób czekają przed moim blokiem, a nikt nie otwiera.
Otóż moi goście przyszli na imprezę sylwestrową 30 grudnia.
Przedział wiekowy to 22-26 lat...
Kiedy miałam 6 lat powiedziałam mojej mamie, że nienawidzę pić mleka w przedszkolu. Byłam dzieckiem i nie zastanawiałam się nad tym, jakie konsekwencje pociągnie za sobą moje małe wyzwanie.
Następnego dnia, kiedy dotarłam do przedszkola, zamiast okropnego mleka dostałam herbatę.
Okazało się, że moja mama okłamała wychowawczynię, że jestem uczulona na laktozę.
Do końca zerówki byłam szczęśliwa, tak jak może być szczęśliwe dziecko.
Mój mąż ma obsesję na punkcie zdrowego jedzenia. Chociaż w moim mniemaniu nie jest ono zdrowe ani dobre. Nie jada niczego co mu zrobię, bo zaraz wylicza co tam jest niezdrowe, bo ma mąkę albo kalorie. Kiedy on gotuje i jednak już zrobi coś dobrego, to więcej nie chce tego robić, bo próbuje mnie ukarać tym, że nie jem jego innych dań. Nie wiem, czy robi to specjalnie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że u teściowej i u innych jada normalnie i nie robi takich problemów, a tylko mi wylicza co źle zrobiłam albo wypomina, że jego potrawy nie zjadłam. Jest mi przykro, bo nie mam nawet ochoty gotować tylko dla siebie, jednej osoby.
Lata 90. XX wieku.
Miałem 12-13 lat, mieszkałem w bloku czteropiętrowym. Miałem sąsiadkę w moim wieku, z którą bawiłem się po lekcjach.
Pewnego dnia przybiega do mnie Ania z płaczem, że leci jej krew z dołu.
Nasi rodzice byli pewnie w pracy, więc ja po namyśle zaciągnąłem Anię do przychodni, która znajdowała się bardzo blisko.
Pamiętam, jak wpadliśmy do przychodni z płaczem, że Ania umiera.
Pan doktor wyszedł z gabinetu po usłyszeniu naszego krzyku.
Jego mina, jak zaczął nam tłumaczyć co to okres... :)
Moi rodzice chcieli wymienić w łazience kran. Kupili taki zwykły, odkręcany z oznaczeniem H i C. Jak weszłam zobaczyć jak wygląda, oświeciłam ich, że źle przymocowali kurki. Po wytłumaczeniu mojej rodzicielce iż C to cold i znaczy zimna, a h - hot i oznacza gorącą, wpada mój tata. Więc mówię do niego:
- Tato, na odwrót przykręciłeś kurki, po prawej jest ciepła, a po lewej zimna.
- Co ty wymyślasz, dobrze jest!! C jak ciepła i H jak chłodna!!
Leżę i nie wstaję.
Mam pewien problem. Razem z wieloletnią przyjaciółką studiujemy na tym samym wydziale, ale inne kierunki, ona biologię, a ja mikrobiologię, mieszkamy razem w pobliżu uczelni.
Pod koniec października przyjaciółka wpadła do mieszkania i obwieściła mi, że spotkała swój ideał i że on chyba też jest nią zainteresowany. Oczywiście pogratulowałam jej tego i zaczęłam wypytywać o sympatię.
Pod koniec grudnia przyjaciółka przyprowadziła tego faceta do mieszkania na obiad, więc miałam okazję go poznać. I jakoś tak wyszło, że zaiskrzyło – mieliśmy podobne zainteresowania, poczucie humoru, poglądy oraz plany na przyszłość... Zaczęliśmy pisać i on najwyraźniej jest mną zainteresowany, próbuje wyciągnąć mnie na randkę. A ja czuję się źle ze sobą. Z jednej strony przyjaciółka się w nim zakochała (czuję się, jakbym dopuszczała się na niej zdrady), a z drugiej jego i mnie coś do siebie mocno przyciąga, myślę o nim całymi dniami, nie daję rady jeść ani spać.
I co ja mam począć?
Ktoś kiedyś wspominał o dzieciństwie, że wszystko co śmieszne jest związane z gównem. Więc czas i na moją historię.
Przedszkole, byłem małym brzdącem, ale pamiętam tę sytuację dokładnie jak żadną inną (prawdopodobnie przez poziom mojej głupoty, który wtedy przekroczył wszelkie dozwolone normy).
Razem z kolegami wróciliśmy z przy przedszkolnego podwórka zabaw i bardzo chciało nam się iść na przysłowiową teraz dwójkę.
Zgłosiliśmy się wszyscy i rura do toalety, wyścig szczurów, który pierwszy zajmie tron króla przedszkola wygrywa wszystko. Cóż, nie przemyśleliśmy tego, bo toalet było cztery, a nas pięciu. Tak, dokładnie się domyślacie, nie załapałem się. Zostałem przegranym kiblanego wyścigu.
Była to najgorsza chwila w mym życiu. Ból nie do zniesienia, a świstak już wychylał główkę. Uznałem, trudno, stanąłem przy pisuarze i zamiast chociaż zrobić do niego, zrobiłem na podłogę. Nie wiem co wtedy sobie myślałem, ale ludzie podczas ciśnienia robią dziwne rzeczy, poza tym byłem dzieckiem. Szybko uwinąłem się z problemem, a chusteczkami które miałem w kieszeni wyczyściłem oko saurona.
Paląc jana szybko wybiegłem z toalety do sali. Po chwili wrócili też koledzy mówiąc, że ktoś zesrał się na podłogę. Ja oczywiście agent niczym z facetów w czerni zrobiłem im szybkie pranie mózgu i uwierzyli w bajeczkę, że jednak przestało mi się chcieć dwójkę więc zrobiłem jedynkę.
Sprawa chwilowo ucichła, poszedłem po picie, pobawiłem się, wymieniłem karteczkami, które każdy tak kochał. I zachciało się… siku, którego ze stresu zapomniałem zrobić podczas stawiania budowli na podłodze. Więc tuptam do pani, szybka rozmowa - muszę siku.
No to biegnę by jak najszybciej wrócić i mieć swoje zabawki. Otwieram drzwi z kibelka, wbiegam... no i karma wróciła. Poślizgnąłem się na swojej własnej kupie. Straciłem równowagę i uderzyłem jedynką w pisuar, łamiąc sobie ją w połowie.
Cały popłakany, wracam do pani i zaciągając się opisuję zdarzenie twierdząc ze "jakiś gupi chopiec zlobił kupe na slodku toalety i sie poslizgnalem i ulamalem ząbka :("
Pani dobre kilka godzin szukała winowajcy, którym de facto byłem ja. :|
Na drugi dzień miałem bal przebierańców i byłem pierwszym w historii Harrym Potterem z ułamaną jedynką…
Nikt o tym się nie dowiedział i nie dowie. Od tamtego momentu każdy wchodząc do toalety zwalniał od biegu do żółwiego tempa i przed każdym wejściem robił szybkie obeznanie terenu w celu znalezienia min..
Trochę tutaj było anonimowych wyznań dotyczących "sfery erotycznej", a konkretnie fetyszy - w tym również mojego. Postanowiłem zatem nie pozostawać biernym i również podzielić się swoim wyznaniem.
Moim fetyszem zatem są... łaskotki. A mówiąc bardziej fachowo: "knismolagnia". Od dziecka bardzo mnie podnieca wizja bycia unieruchomionym (np. poprzez przywiązanie) i łaskotanym przez jakąś ładną dziewczynę. Nie ukrywam, iż jest to jedno z moich najskrytszych marzeń. Zwłaszcza myśl o konieczności śmiania się i niemożności pohamowania "salw" śmiechu wskutek bycia łaskotanym, niemal od zawsze napawała mnie ogromnym podnieceniem. Bardzo często o tym marzę z wielką nadzieją (choć jak na razie niestety nigdy nie miałem okazji owych marzeń spełnić).
Na tym portalu widziałem już kilka wyznań pisanych (rzekomo?) przez dziewczyny, które marzą, by móc w ten sposób kogoś "pomęczyć". Ja - nie ukrywam - byłbym bardzo chętny, zarówno na na spotkanie, jak i na rozmowę w celu wymiany myśli.
Dodaj anonimowe wyznanie