Mój brat niedawno skończył osiemnaście lat i poszedł do urzędu wyrobić sobie dowód. Wysłał do mamy SMS-a z pytaniem, jak ma na imię nasz tata.
Ojciec mieszka z nami normalnie.
Mam 20 lat, a mimo to mam czasem dość oryginalne pomysły. W Halloween wymyśliłem, że wraz z kumplem poodwiedzamy naszych znajomych przebrani za jakieś monstra, w myśl idei „piwko albo psikus”. Czekałem na niego przy warszawskiej rotundzie, dyskretnie dzwoniąc do znajomych, żeby sprawdzić kto jest w domu i kogo można by odwiedzić. Gdy skończyłem jeden z telefonów, ukazał się mym oczom Typ.
Typ miał ze 2 metry wzrostu, 2 metry w klacie, 1,5 metra w bicepsie, był ogolony na łyso i jak się na mnie parzył, jego brwi były w kształcie litery „v”. Zacząłem mieć najczarniejsze myśli. Usłyszałem „EEEE, MŁODY, MASZ ZADZWONIĆ?” Pięknie. To skończę bez telefonu. Tydzień się nacieszyłem i po telefonie. „Tak w ogóle to Michał jestem, ale znajomi mówią mi Typ i jestem całkowicie normalny, rozumiesz? CAŁKOWICIE NORMALNY, weź mój dowód i zobacz, no weź, śmiało”. Okeeej. Wziąłem dowód tego faceta i zacząłem liczyć, pod które żebro wbije mi nóż ten psychopata. Przynajmniej przy ofierze znajdą od razu dowód zabójcy, a jak to przeżyję, to przynajmniej będę wiedział kogo posądzić. „Młody, weź mi tu wpisz ten numer, bo Łysy mi napisał, że jak już dojadę do Warszawy żebym wziął telefon i zadzwonił, no to biorę od ciebie nie? He, he, he...”. Typ wyciągnął jakiś zwitek papieru ze swojej sportowej torby i dał mi numer. Nacisnąłem mu zieloną słuchawkę i dałem aparat. Po oświadczeniu Łysemu, że już jest w mieście i żeby szykował kwadrat rozłączył się i o dziwo oddaje mi telefon. Wystąpiła dziwna sytuacja, kiedy on mi oddaje telefon i kiedy złapałem swój aparat, Typ go trzyma dalej z drugiej strony. Więc ja jako kozak, przytrzymałem mu tak jego dowód. Szybko pożałowałem. „A, no i wiesz, młody, generalnie to bokserem jestem i lubię się napie**alać po mordach”. No tak, jeszcze lepiej. Mike Tyson, tylko że w białej odsłonie. Zacząłem w myślach już przeliczać pieniądze na dentystę, myśląc jak ewentualnie uciec z krzykiem lub który profil mojej twarzy jest gorszy, kiedy Typ odezwał się znowu: „Wiesz, generalnie jestem z Wrocławia. Nikt mi tutaj pomóc nie chciał, a ja się przeprowadzam właśnie i mój kolega załatwił mi tutaj mieszkanie. Jesteś jedyna osobą, która mi tutaj pomogła. Zapisz sobie numer do Łysego i pamiętaj, że jak wpadniesz w kłopoty, możesz na nas liczyć. Swoją drogą: spragniony?”. Kiwnąłem głową. Dostałem 4 piwka na drogę i szczere podziękowania. Zadzwoniłem do niego jakiś czas później i mnie pamiętał i zapraszał na spotkanie, ale niestety termin mi nie odpowiadał.
Nigdy nie oceniajcie po pozorach, ja się już mocno zdziwiłem :)
Jestem 24-letnim mężczyzną. Nic nadzwyczajnego, gdyby pewna rzecz. Otóż... Od dawna marzę o tym, żeby zostać kobietą. Od kilku lat, gdy nikt nie widzi, przebieram się w damskie ubrania (te są częścią mojej garderoby, jak np. ulubiona niebieska sukienka). Bardzo często idąc na miasto zakładam nawet damską bieliznę, chcąc się poczuć bardziej kobieco. Jestem bardzo szczupłej budowy ciała, rysy twarzy raczej delikatne, a i zarost nie rośnie zbyt obficie, za to włosy mam do ramion, co pozwala mi często upodobnić się do kobiety niemalże idealnie. Do tego lekki makijaż, wypchany biustonosz i tylko po głosie idzie się rozeznać z kim ma się do czynienia.
Idąc jeszcze dalej – lubię spędzać czas na czatach internetowych, gdzie przybieram imię Izabela i kreuję swoją osobę tak, żeby wszyscy mieli pewność, że rozmawiają właśnie z jakąś tajemniczą Izabelą, a nie z prawdziwym (rzecz jasna fizycznie, w innych kwestiach nie oszukuję) mną. Dodatkowo lubię na tych czatach być adorowany przez mężczyzn i chłopaków, podrywany, choć w rzeczywistości pociągają mnie kobiety i kiedyś, już po zmianie płci, chciałbym się związać właśnie z jakąś kobietą.
Zapiski wariata, prawda? Na stos ze mną!
Piszę to wszystko, bo się boję. Boję się reakcji otoczenia, od rodziny zaczynając, na obcych ludziach kończąc. Nie boję się braku akceptacji, lecz boję się o siebie. Wiem, że jestem pewnego rodzaju odmieńcem, przynajmniej dla większości naszego narodu, ale chcę przy tym wszystkim dodać jedno, żeby wszyscy wiedzieli. To, że urodziłem się mężczyzną, a umrę kobietą nie oznacza, że jestem psycholem, zboczeńcem i świrem. Jestem uczciwą osobą, serdeczną i z radością poznającą nowych znajomych. Osobą, która pragnie żyć w zgodzie ze sobą i z innymi. Lecz czy inni dadzą mi żyć, gdy to marzenie spełnię?
Pracuję w oczyszczalni ścieków jako osoba odpowiedzialna za serwis techniczny maszyn filtrujących nieczystości. Brzmi fachowo, nie? No cóż, brzmieć to może i brzmi, ale fakt jest taki, że w praktyce jestem... szambonurkiem. Biorę narzędzia, wkładam taki specjalny kombinezon, w którym to sobie wchodzę do zbiornika wypełnionego gównem i robię swoje. Uprzedzam pytania – nie, nie mam bezpośrednio kontaktu z szambem, nie, nie zabieram ze sobą kanapek „do pracy” i nie, na co dzień nie pachnę kompozycją zapachową „Eau de Kaka”.
W robocie jestem bardzo lubiany i każdy na mój widok szczerze się uśmiecha. Nie żebym był jakimś wybitnie dobrym pracownikiem. Chodzi tu o... moje nazwisko. A brzmi ono Stolec...
Od kiedy pamiętam, wstydziłam się tego, że nie mam pieniędzy. Dlaczego? Zacznijmy od początku.
Pochodzę z niezbyt zamożnej rodziny, a kiedy byłam w początkowych klasach podstawówki przeprowadziłam się do miejscowości położonej kilkanaście kilometrów dalej. Mieszkała tam moja babcia z wujkiem, a że dom pamiętał czasy po I wojnie światowej, wyglądał jak wyglądał. Stare budownictwo, ściany zniszczone zewnątrz i wewnątrz, zardzewiały dach – ogółem wszystko do wymiany. Jako małe dziecko kompletnie nie zwracałam na to uwagi. Wiedziałam, że inni mają ładniejsze domy, ale nie przejmowałam się tym, nie było to dla mnie nic złego.
Już jako dziecko byłam dość ładna, więc kiedy przyszłam do szkoły, zainteresowało się mną kilku chłopaków. Serduszka na Gadu Gadu i te klimaty. Spędzałam z nimi czas, cieszyłam się, że udało mi się tak szybko znaleźć kolegów. Przychodzili po mnie pod dom. I tak właśnie się zaczęło. Kiedy byliśmy w kolejnej klasie, nagle przestali być mili, nagle stałam się głupią, mieszkającą w „ruderze” dziewczyną, która w dodatku wygląda tak „jakby nosiła ciuchy po swoim tacie”. Dodatkowo jeździłam „starym gratem”. Nie rozumiałam o co im chodzi. Czy to moja wina, że mimo iż moi rodzice uczciwie i ciężko pracowali, ich pensje nie pozwalały na remont wszystkiego od razu?
Dalej zapraszałam do siebie koleżanki, one okazały się być w porządku. Mimo wszystko było mi przykro, a z każdym takim docinkiem zaczęłam rozumieć. Ci chłopcy żyli w innym świecie. Najlepsze telefony od dziecka, przechwalanie się tym kto, co i jak drogo kupił, do tego stopnia, że nawet butelka wody rzekomo miała być za 20 zł, bo w końcu „jego stać, nie to co innych”. I znowu. Czy to oni zarabiają te pieniądze? Jednak dalej pozostawałam sobą, może stałam się trochę bardziej złośliwa, żeby reagować na zaczepki.
Lata mijały, zaczęło się liceum. Odpychałam od siebie ludzi, bo wstydziłam się tego jaki mam dom. Mimo że im to nie przeszkadzało. Mojego pierwszego chłopaka zaprosiłam do siebie raz (byliśmy razem 8 miesięcy, a mieszkaliśmy kilkaset metrów obok siebie). Teraz jestem w klasie maturalnej i wiecie co? Czasami moja sytuacja materialna i ten dom tak bardzo mnie dobijają, że mam ochotę wyjść z domu i nie wracać. Jestem zamknięta i nieufna. Dlaczego? Dlatego że niektórzy rodzice nie mają nic innego do zaoferowania dzieciom poza pieniędzmi, co sprawia, że stają się one próżne i chamskie. Ranią innych i już jako w młodym wieku potrafią skrzywdzić tak bardzo, że ból zostaje na resztę życia.
Zakochałam się w chłopaku przez internet.
Jakiś czas temu poznałam na czacie B. Był zabawny, doradzał mi, motywował. Z każdym dniem lubiłam go coraz bardziej. Gdy postanowiliśmy przerzucić się na Facebooka, wyznał mi, że ukrywał przede mną pewien ważny fakt. Mianowicie B. miał pół roku temu wypadek, w wyniku którego amputowano mu obie nogi. Uczy się na nowo chodzić w protezach, czasem korzysta z wózka inwalidzkiego. Bał się, że przestraszę się i nie zechcę dalej z nim pisać. Ja jednak nie zraziłam się tym i wciąż z nim korespondowałam. Już wtedy zaczynałam coś do niego czuć. Wiem, to głupie – zakochać się w chłopaku, którego nigdy się nie widziało i który mieszka na drugim końcu Polski. Jednak serce nie sługa. Gdy mówiłam o B. koleżankom, dziwiły się: „Jak to? Niepełnosprawny koleś? Ogarnij się”. Ja jednak nie pokochałam go za ciało, tylko za charakter.
Nie wiem już, co robić. Każdego dnia łapię się o tym, że o nim myślę. Gdy do mnie pisze, mam motyle w brzuchu. A najśmieszniejsze jest to, że prawdopodobnie nigdy nie będziemy razem.
Ostatnio z chłopakiem zebrało nas na małe "igraszki". Byliśmy wtedy w moim rodzinnym domu. Gdy skończyliśmy robić swoje, zauważyłem swojego sąsiada Z LORNETKĄ patrzącego na nas... Zapomniałem zasunąć żaluzji, które mama kupiła specjalnie po to, aby bronić się przed jego wzrokiem... Najgorsze jest to, że nie zrobiłem jeszcze coming-outu przed rodziną i nie zamierzam robić, bo mieszkam w bardzo katolickiej wsi. A jak to na wsi, wiadomości szybko się rozchodzą...
Na razie minęły 2 dni od tego zdarzenia i moja rodzina o tym jeszcze nie wspomniała, choć pewnie już wiedzą...
Jako że jestem osobą, która szybko się denerwuje, mam problemy z zapanowaniem nad moim układem trawiennym. Niekontrolowane dźwięki w moim wnętrzu są dość krępujące. Często też mam potrzebę robienia dwójki o różnych porach dnia.
Pewnego dnia na uczelni poczułam, że muszę znaleźć toaletę. A że wstydzę się robić kupę (właściwie to sraczkę) na uczelni, to patrzę na to, żeby w toaletach nie było nikogo, czasem idę na inne piętro. Jednak tego dnia nie było już czasu na takie podchody, poszłam, zrobiłam co miałam zrobić i nie będę się z tym kryć – śmierdziało niemiłosiernie. Wiedziałam, że zaraz będzie przerwa i do toalety wpadnie dużo dziewczyn. Szybko więc zmieniłam kabinę na inną i tam postanowiłam dokończyć czyszczenie siebie.
Dobrze to rozkminiłam, bo faktycznie chwilę potem wpadło dużo dziewczyn, które głośno komentowały smród, który się unosił w mojej wcześniejszej kabiny. Na szczęście uniknęłam konfrontacji z potencjalnymi znajomymi i na luzaku wyszłam z drugiej kabiny, w której niby tylko sikałam. Taka ze mnie spryciula he, he.
Jestem sprzedawcą w znanym sklepie odzieżowym na dziale dla dzieci. Często przychodzą do mojego sklepu rodzice z dzieciakami, którzy zbytnio nie potrafią nad nimi zapanować. Rozumiem, wielka galeria handlowa, dzieci rozdrażnione, a to nudno, a to zmęczone. Nie raz zdarzały mi się sytuacje, że rodzice z braku cierpliwości krzyczeli na swoje dzieci, wszystko rozumiem, ALE...
Często słyszę, jak rodzice mówią do dzieci np. „Kamilku, bądź grzeczny, bo dostaniesz od pani lanie”, „bądź grzeczny, bo pani na ciebie nakrzyczy”, „nie rozrabiaj, bo mamusia cię zostawi tu z panią!”.
Drodzy rodzice! Nie używajcie argumentów, które przedstawiłam powyżej. Ekspedientki wcale nie gryzą i nie będą bić Waszych dzieci. Postawcie się w mojej sytuacji, kiedy wpajany jest dzieciom stereotyp złej kasjerki, która bije złe dzieci... Jak chcecie, to nastraszcie dzieciaka, że zabierzecie mu jego srajfon3000, na pewno się uspokoi ;)
W jednej z pierwszych klas technikum znalazł się średnio lubiany bajkopisarz, który swoimi zmyślonymi historiami wciąż musiał udowadniać, jaki to on nie jest spoko gość. Razu pewnego przeszedł sam siebie i od słów przeszedł do czynów. Jego ówczesny plan to miał być ostateczny dowód na to, jaki to on nie jest „śmieszek” poza kontrolą. Oczywiście po fakcie pochwalił się kolegom.
Tego samego dnia mocno wzburzona pani sprzątaczka ćmiła papierosa za winklem przed szkołą.
- Co pani taka zdenerwowana? – spytał któryś z uczniów starszych klas.
- A bo jakiś skończony kretyn nasrał do pisuaru i musiałam to posprzątać. – odparła.
Reakcja była szybka.
Ponieważ „śmieszek” chwalił się na lewo i prawo, co to on nie zrobił w toalecie, chłopaki nie mieli problemu z namierzeniem sprawcy. Załatwili to po dżentelmeńsku. Ukradli mu plecak, nasrali do środka, oddali.
To byłby wystarczająco spektakularny koniec historii, jednak „śmieszek” poszedł do toalety i wytrzepał zawartość plecaka na podłogę… sprawiedliwość musiała zostać wymierzona ostatecznie. Pilnowany przez starszych kolegów dostał przez drzwi małą ściereczkę i polecenie posprzątania tego bajzlu.
W ciągu jednego dnia dowiedział się, że trzeba ponosić konsekwencje swoich czynów i że panie sprzątające trzeba szanować.
Dodaj anonimowe wyznanie