#dz0Ir

Zawsze unikałem bezdomnych, po prostu się ich bałem. Bałem się, że jak obok nich przejdę, to wtedy na mnie wyskoczą. Nigdy jakoś im nie pomagałem, nie dawałem na bułki, chociaż widziałem, że tego potrzebują. Do czasu.

Ostatnio było mi niedobrze. Wstałem rano z wielkim bólem brzucha, lecz jakoś powlekłem się do szkoły. Nie zdążyłem wtedy zjeść śniadania, a kanapek do szkoły zapomniałem spakować. Po całych 8 godzinach nauki, idąc przez ulicę, zemdlałem. Kiedy się obudziłem, stał nade mną bezdomny. Pytał się, czy wszystko jest okej, czy ma iść do budki telefonicznej i zadzwonić po pogotowie. Odpowiedziałem mu, że nie, bo tylko jestem głodny. Wtedy on wyciągnął bułkę z serem i dał mi. Oddał mi to, co było mu bardzo potrzebne.

Od tego czasu cały czas pomagam bezdomnym, bo są to naprawdę troskliwi ludzie :)

#r7hUJ

Kiedyś czytałam jedną z książek J. Chmielewskiej. Kto czytał, ten wie – trup ściele się gęsto, morderca, jak to bywa w lepszych kryminałach, nie do wykrycia do ostatniej strony. Kryminał ten pisany był w latach 90. W treści, w toku śledztwa, główny bohater odnajduje karteczkę z numerem telefonu.
W czasach, w których kryminał powstał, telefony nie były powszechne, zaś numer podany na karteczce ewidentnie pasował do numeru telefonu komórkowego. Tak więc, nie myśląc za dużo, wykręcam numer. A tutaj... sygnał! Szybko się rozłączam. Po pewnym czasie telefon oddzwania... Odrzucam. I piszę wiadomość, w której zawieram informacje, że morderca, że numer, że przepraszam.
Wiadomość zwrotna: „a ja się zastanawiałam, dlaczego mam tak dużo anonimowych telefonów bez odzewu...”.

#cOMzV

Postanowiłam schudnąć. Naturalnie zaczęłam się zdrowiej odżywiać, ale coby efekty były szybsze, zdrowsze i lepsze, wybrałam się na siłownię. Na początku walczyłam o każdy oddech, motywowałam się w przeróżny sposób, żeby się nie poddać. Wizualizacje super fit sylwetki działały tylko na trochę. Schodziłam z bieżni upocona jak mysz i wcale nie byłam szczęśliwa po treningu. Przełom nastąpił wtedy, kiedy usłyszałam pewną wypowiedź największego Janusza w Polsce. No tak mnie to wkurzyło, że całe 50 minut na bieżni myślałam tylko o tym, że są na świecie tacy mężczyźni i co gorsza, mają grono swoich „wyznawców”. Wymyślałam najróżniejsze tortury dla takich delikwentów (wyrywanie pojedynczych wąsów pęsetką było najłagodniejsze). O kurczaki, jak to zbawiennie wpłynęło na moje bieganie!
Przed następną wizytą przeczytałam wiadomości polityczne i bach! Znalazł się nowy obiekt tortur. I tak codziennie znajdzie się powód, by odwiedzić siłownię. Co z jednej strony jest super, a z drugiej strony mnie jako osobę kochającą ten kraj naprawdę przeraża.

Zima idzie, a ja biegam, bo mnie politycy wku*wiają. Pewnie do wiosny zostaną ze mnie tylko kości.

#65lT2

Jestem młodym lekarzem, który rozpoczął niedawno pracę ze starszymi medykami. Ja i moi koledzy po studiach jesteśmy przerażeni, mimo że dorośli z nas faceci, jak niską opinię o pacjentach mają starsi lekarze. Dla nich pacjenci są nikim. Cieszą się z ich śmierci albo jej oczekują, nawet jeżeli pacjent nie cierpi. Idealny szpital dla starych lekarzy to szpital bez pacjentów.
Jest to zjawisko masowe, występujące w wielu szpitalach. Sami jako początkujący nic nie możemy zrobić w tej sprawie.

#f4NxE

Pod koniec 1. roku studiów zaczęłam spotykać się z kolegą z roku. Ja mieszkałam w akademiku, ale zdarzało się, że zostawałam u chłopaka na noc. Mój akademik był na drugim końcu miasta i ciężko było tam o chwilę spokoju i prywatność.
Któregoś razu, przed porannymi zajęciami, musiałam wrócić do siebie. Żeby zdążyć, złapałam pierwszy autobus o niedorzecznej porze (coś przed 5 rano).

Jestem jedyną pasażerką. Po ulicach z rzadka snuja się pierwsi przechodnie, miasto jeszcze śpi. Na jakimś przystanku wsiada lekko niedoprany i niedopięty mężczyzna, około 50. Z niewielką torbą w ręku i naiwnym szaleństwem w wyblakłych oczach.
Jestem jedyną osobą w autobusie, a on siada obok mnie i z łagodnym uśmiechem intensywnie mi się przygląda. Torbę kładzie między nogami. Patrzę za okno równie skoncentrowana na przydrożnym rowie, co pasażer na mnie. W torbie jest coś żywego!! Ze wszystkich sił się szamocze i próbuje wydostać. Po odgłosach domyślam się, że to gołąb. Kiedy chcę spojrzeć w stronę torby, widzę, że twarz pana jest niepokojąco blisko mojej. Wracam do podziwiania widoków miejskich. Po trwającej całą wieczność chwili pan,  nadal patrząc na mnie, włożył dłonie do torby... Rozległo się krótkie chrupnięcie i ruch wewnątrz ustał...
Nie zniknął natomiast ani uśmiech z jego twarzy, ani obłęd w spojrzeniu.

Na następnym przystanku uciekłam.

#2jdKG

Kiedy byłem w ostatniej klasie podstawówki, stwierdziłem, że muszę mieć dziewczynę. Zapytałem najbardziej doświadczoną osobę jaką znałem, czyli starszego brata, co trzeba w tym celu zrobić. Brat z miną znawcy oświadczył, że kobiety lubią komplementy.

W klasie miałem taką jedną Asię, która mi się podobała. No więc podszedłem do niej i powiedziałem, że ładnie wygląda. Zdziwiła się trochę, ale podziękowała, po czym poszła w swoją stronę.
Następnego dnia też jej to powiedziałem, i następnego. Na początku odpowiadała tak samo co za pierwszym razem, ale z czasem w ogóle przestała reagować. Ja jednak nie dawałem za wygraną. Nie pamiętam po jakim czasie, ale któregoś dnia, zanim jeszcze zdążyłem otworzyć usta, wydarła się na mnie, że mam ją zostawić w spokoju, bo jak nie, to...

Groźba podziałała, ale ja długo jeszcze nie mogłem zrozumieć, o co jej chodziło.

#0wM9s

Od 20 lat jestem w małżeństwie, które od trzech lat jest koszmarem. Niestety mimo moich starań, moja żona robi wszystko, aby było gorzej. W naszej relacji nie było zdrady, zazdrości, problemem jest jej brat.

Moja małżonka ma o dwa lata młodszego brata, który zawsze był rozpieszczony przez rodziców i dostał nawet od nich mieszkanie, gdzie moja M. nie dostała nic. Jednak nie to jest problemem. Facet od ponad pięciu lat ostro pije, z pięknego mieszkania zrobił melinę. Żona go zostawiła, a jego córka nie chce mieć z nim kontaktu. Moja małżonka oczywiście musi go ratować i tak od ponad trzech lat. Na początku sam chciałem mu pomóc. Proponowałem mu pracę w swojej firmie, pomoc psychologiczną, wsparcie rodzinne. A czego on jedynie chce? Oczywiście pieniędzy. Moja żona non stop się nim zajmuje, kupuje jedzenie, utrzymuje i płaci wszystkie jego rachunki, mimo że nie zarabia dużo. Zaniedbuje nasze dzieci. Wszyscy jej tłumaczyliśmy, że on ją tylko wykorzystuje i niczego nie zmieni w swoim życiu, jak ona będzie go utrzymywała. Mój szwagier oczywiście mimo ciągłej finansowej pomocy nie zmienił niczego, zapuścił się, do mieszkania sprowadza innych meneli. Jego sąsiedzi dzwonią regularnie na policję, ponieważ mają już dość bójek i awantur.
Ostatnio moją żona chciała ode mnie pożyczyć sporą ilość pieniędzy i nie chciała powiedzieć dlaczego. Jak ją zmusiłem, to przyznała się, że to dla brata. I dlaczego potrzebuje takich pieniędzy? Dlatego, że menele w jego mieszkaniu zrobili kolejną awanturę i wybili mu szyby w oknach. Nasze dzieci stały się bardzo na dystans do swojej matki. Popierają mnie, a moja małżonka uważa, że je nastawiam przeciwko niej, gdzie nigdy tak nie było. Niedawno chciała, aby jej brat nocował u nas. Ja zaprotestowałem i dzieci też. Nasza najmłodsza córka zwymiotowała, nie wytrzymała jego odoru. Śmierdzi odchodami, alkoholem i szczynami. Moja małżonka po tej akcji nie odzywała się do nas trzy dni. Jednak nie to było największym hitem.
Otóż nasza najstarsza córka jest bardzo zdolna i chciała wyjechać na zagraniczne studia. Ja utrzymuję sam rodzinę, ale mieliśmy się z żoną złożyć na ten wydatek, ponieważ są to za duże koszty. Ja oczywiście odłożyłem swoją część i przy ostatniej rozmowie o studiach moja żona wyznała, że nie ma już pieniędzy dla naszej córki. Dlaczego? Łatwo się domyśleć, wszystko poszło na brata.

Nasza córka tak się zawiodła na matce, że płakała dwa tygodnie. Wezmę kredyt i spełnię jej marzenie, jednak na żonie nie mogę polegać. Nie wiem już co zrobić. Myślę o rozwodzie, jednak ona bardzo mało zarabia i nie będzie się w stanie utrzymać, a mamy rozdzielność majątkową, więc niczego ode mnie nie dostanie. Nie wiem co kompletnie robić, nie wiem jak dzieci zareagują. Jest coraz gorzej, a ja już tego nie wytrzymam.

#eCa71

Mam na imię Sandra, mam 23 lata. Mam też chłopaka. I nie wiem co zrobić z tym związkiem.

Mój ukochany jest parę lat starszy. I zarabia bardzo dobrze, znacznie więcej ode mnie, więc lubi też sprawić sobie przyjemność. Lubi podróżować. Przynajmniej raz w miesiącu robi sobie weekendowy wypad w góry, nad morze. Gdziekolwiek. Mieszka też w dużym, piętrowym domu. Uwielbia spędzać czas na mieście. Dwa razy w tygodniu to absolutne minimum. Przy takim trybie życia spokojnie wystarcza mu, żeby odłożyć około trzech tysięcy miesięcznie. I teraz chce, żebym się do niego wprowadziła. Skoro się kochamy, to w czym problem, prawda? Ano w tym problem, że mój ukochany cały czas pilnuje, żebym go nie wykorzystała. A mnie nie stać na jego tryb życia. W restauracjach płacimy każde za siebie. Wcześniej płaciliśmy na zmianę, ale zbuntowałam się, bo ja zamawiałam za połowę tej kwoty co on, bo zwyczajnie jem mniej. Zgodził się, powiedział, że nie chce mnie wykorzystywać. Za wycieczki płacę wszystko za siebie, jak oznajmiłam, że nie stać mnie, bo w zeszłym miesiącu były dwie wycieczki, to oznajmił, że nie ma problemu, pojedzie beze mnie. Już teraz od wielu miesięcy żyję niemal na styk. Jak wprowadzę się do niego, to będę musiała się dokładać połowę kosztów utrzymania tego wielkiego domu. Mówi to otwarcie. Mówi, że nie po to ciężko pracuje, żeby rozdawać pieniądze innym. Powtarza, że on nie będzie niczyim sponsorem. A przede mną rysuje się przyszłość, gdzie ja siedzę w domu i zastanawiam się za co kupić ciuch i patrzę, jak on podróżuje, widuje się z kumplami, jada na mieście.

Kiedyś o tym rozmawialiśmy. Przyznał, że dokładanie się do utrzymania domu jako procent od zarobków ma sens. Teraz gdy poruszam ten temat oznajmia, że nie będzie rozmawiał o pieniądzach i jakoś się dogadamy. A ja bym chciała, żeby czasem mnie gdzieś zabrał tak po prostu, bez myślenia, że mnie nie stać, bo nawet jak zapłaci, to za parę dni ja zapłacę za nas dwoje. Gdy mu mówię, że w sumie mógłby czasem tak zrobić, to obrusza się, że przecież zarabiamy tyle samo. A tyle samo to my mamy podstawy, on zarabia dodatkowe tysiące jako premie i prowizje.

Nie wiem co tym wszystkim myśleć. Czuję się jak materialistka, ale po prostu dla mnie to normalne, że lepiej zarabiający partner dokłada się nieco więcej albo chociaż dopasowuje się wydatkami do partnera. Gdybym ja zarabiała więcej, to nie miałabym żadnych oporów pokrywać większej części kosztów. Nie chcę całe życie kombinować, żeby starczyło mi na buty, sukienkę, leki i kosmetyki.

Ogólnie jest dobrym człowiekiem, uczciwym. Tylko na punkcie pieniędzy ma fizia.
Nie wiem, czy to ja jestem jednak ta pazerna, że oczekuję od niego pokrycia części kosztów jego trybu życia, czy on nadmiernie na mnie oszczędza.

#436ja

Pewnego wieczoru wybraliśmy się z moim chłopakiem i jego znajomymi do klubu. Tańce, drineczki, ogólnie super zabawa. Siedząc przy stoliku z paroma znajomymi chłopaka dostrzegliśmy, że klepnął on w tyłek jakąś dziewczynę... ta jednak za bardzo nie zwróciła na to uwagi, a on zmieszany wrócił do nas. Okazało, że była ubrana bardzo podobnie do mnie, a od tylu wyglądała niemalże tak samo. Nie miałam mu tego za złe, śmiałam się wraz ze znajomymi, że gdyby wymienił mnie na nią, to nikt by nie zauważył.

Minął miesiąc, dziś nakryłam w łóżku mojego chłopaka z tą właśnie dziewczyną z klubu. Chyba za bardzo wziął sobie żarciki znajomych do serca ;))

#O93o7

Ostatnio siostra męża zwyzywała mnie od najgorszych przez jedna pierdołę. Chciała mu kupić na urodziny portfel, ale powiedziałam jej, aby sprawiła mu perfumy, bo trzy miesiące temu wymienił sobie portfel na nowy. Sama zapytała, co sądzę o tym pomyśle, odpisałam grzecznie i zgodnie z prawdą o prezencie. Nie wiem co się z nią stało, ale jakby sam szatan w nią wstąpił. Zaczęła mi zarzucać wtrącania się w ich relacje (nigdy tego nie robiłam), oburzać się, że dyktuję jej, co ma kupić własnemu bratu (sama zapytała). Nazwała mnie bezczelna gówniarą (mam 28 lat, mąż 30, a ona 36), która niszczy jej relacje z bratem. Do tego wiele, wiele różnych epitetów, mniej lub bardziej przykrych. Powiem wam, że pierwszy raz w życiu ktoś mnie nazwał słowem na „k”.

Nie wiedziałam, czy powiedzieć mężowi. Nie chciałam, żeby zniszczył sobie relacje z jedyną siostrą, jaką by ona nie była, nie mieszkamy blisko siebie (100 km odległości), więc nie widuje jej często. Uznałam, że jeśli mnie przeprosi, zamkniemy temat i tyle. Napisałam jej to nawet, żeby miała czystą sytuację. Nie przeprosiła mnie. Przyjechała tydzień później i jak gdyby nigdy nic ze mną rozmawiała. Mąż, oczywiście, nie miał pojęcia o jej wybuchu żalu. Wkurzyłam się na maksa. No żeby nie przeprosić? Nie okazać żalu? Byłyśmy nawet przez chwilę same i nie zdobyła się na zwykle „przepraszam”? Miarka się przebrała. Pokazałam mężowi wszystkie wiadomości od niej, opisałam całą sytuację. Na początku mąż wściekł się i na mnie, że zataiłam przed nim coś takiego, ale po moich tłumaczeniach zrozumiał mnie. Zadzwonił do siostry, a ona... wyparła się wszystkiego. To nie ona, nie zna sytuacji, wysłała nawet screeny z telefonu z datą i nie było żadnych wiadomości.

Sytuacja stała się z tragicznej komiczna. Oczywiście, obydwoje jej nie wierzymy i musieliśmy uciąć relacje, dopóki nie przyzna się do błędu. Swoją drogą, do teraz się zastanawiam co trzeba mieć w głowie, żeby zrobić coś takiego.
Dodaj anonimowe wyznanie