Ostatnio siostra męża zwyzywała mnie od najgorszych przez jedna pierdołę. Chciała mu kupić na urodziny portfel, ale powiedziałam jej, aby sprawiła mu perfumy, bo trzy miesiące temu wymienił sobie portfel na nowy. Sama zapytała, co sądzę o tym pomyśle, odpisałam grzecznie i zgodnie z prawdą o prezencie. Nie wiem co się z nią stało, ale jakby sam szatan w nią wstąpił. Zaczęła mi zarzucać wtrącania się w ich relacje (nigdy tego nie robiłam), oburzać się, że dyktuję jej, co ma kupić własnemu bratu (sama zapytała). Nazwała mnie bezczelna gówniarą (mam 28 lat, mąż 30, a ona 36), która niszczy jej relacje z bratem. Do tego wiele, wiele różnych epitetów, mniej lub bardziej przykrych. Powiem wam, że pierwszy raz w życiu ktoś mnie nazwał słowem na „k”.
Nie wiedziałam, czy powiedzieć mężowi. Nie chciałam, żeby zniszczył sobie relacje z jedyną siostrą, jaką by ona nie była, nie mieszkamy blisko siebie (100 km odległości), więc nie widuje jej często. Uznałam, że jeśli mnie przeprosi, zamkniemy temat i tyle. Napisałam jej to nawet, żeby miała czystą sytuację. Nie przeprosiła mnie. Przyjechała tydzień później i jak gdyby nigdy nic ze mną rozmawiała. Mąż, oczywiście, nie miał pojęcia o jej wybuchu żalu. Wkurzyłam się na maksa. No żeby nie przeprosić? Nie okazać żalu? Byłyśmy nawet przez chwilę same i nie zdobyła się na zwykle „przepraszam”? Miarka się przebrała. Pokazałam mężowi wszystkie wiadomości od niej, opisałam całą sytuację. Na początku mąż wściekł się i na mnie, że zataiłam przed nim coś takiego, ale po moich tłumaczeniach zrozumiał mnie. Zadzwonił do siostry, a ona... wyparła się wszystkiego. To nie ona, nie zna sytuacji, wysłała nawet screeny z telefonu z datą i nie było żadnych wiadomości.
Sytuacja stała się z tragicznej komiczna. Oczywiście, obydwoje jej nie wierzymy i musieliśmy uciąć relacje, dopóki nie przyzna się do błędu. Swoją drogą, do teraz się zastanawiam co trzeba mieć w głowie, żeby zrobić coś takiego.
Umówiłam się na randkę z facetem poznanym przez internet. Wszystko było super. Najpierw poszliśmy do kina, a potem udaliśmy się na spacer po parku. Usiedliśmy na ławce i zaczęliśmy rozmawiać.
Nie wiem jak to się stało, może to wina gazowanego napoju, którego zazwyczaj nie piję, po prostu się spierdziałam. To był najohydniejszy i najgłośniejszy pierd, jaki kiedykolwiek z siebie wydałam. Zrobiłam się cała czerwona, chłopak spojrzał na mnie z poważną miną, po czym puścił niemal równie głośnego bąka. Bo nie chciał, abym była z tym samotna :)
PS Wkrótce kolejna randka.
Za czasów liceum dużo udzielałam się w samorządzie szkolnym. Organizowałam imprezy szkolne, wycieczki i inne. Tradycją szkoły było wyjście na Mikołajki do pobliskiego przedszkola, które ma oddziały integracyjne. Przebieraliśmy się za Mikołajki i rozdawaliśmy dzieciom drobne prezenty. Zazwyczaj rolę Mikołaja dostawał całkiem spory kolega z równoległej klasy, jednak tamtego roku nie mógł i poprosiliśmy mojego chłopaka. Michał jest świetnym facetem, ale ma jedną wielką wadę. Najpierw robi, potem myśli. To niestety nie zmieniło się do dzisiaj.
Tak jak wspomniałam wcześniej przedszkole, które odwiedzaliśmy, było integracyjne, dlatego chorych dzieci tam nie brakowało. Byliśmy w trakcie rozdawania prezentów i zasada była taka, że dzieci podchodzą kolejno do Mikołaja, zamieniają z nim parę słów i dodają prezent (chyba normalne). Przyszła kolej Stasia. Staś jest świetnym chłopcem, ale niestety jeździ na wózku inwalidzkim. Podjechał do Mikołaja, a ten wypalił bez namysłu do niego „ale masz fajnie, wszystkie dzieci muszą stać w kolejce, a ty sobie siedzisz”. W sali zrobiło się cicho i tylko mały Staś odpowiedział „Lamusy”.
Do niedawna miałam w telefonie taką durną aplikację – wirtualna opieka nad niemowlakiem. Skasowałam ją, bo była nudnawa.
I taka sytuacja: jedziemy windą z sąsiadem i mój 3-letni syn wypala: „Wie pan, dziecka już nie ma... Nie ma! Mama je usunęła!”.
Sąsiad spojrzał na mnie takim wzrokiem, że nawet nie próbowałam mu tego wytłumaczyć :D
Kiedy miałam 15 lat, przyłapałam swoich rodziców na oglądaniu filmów dla dorosłych. Nie wiedzieli, że ich widziałam, gdyż było to w nocy, więc myśleli, że śpię.
Parę dni później chciałam sprawdzić ich reakcję i pokazałam im historię wyszukiwania. Nie zgadniecie, co zrobili rodzice...
Zrobili awanturę mojej 10-letniej siostrze i dali jej szlaban na komputer oraz zrobili jej pogadankę na temat stron, na które wchodzi.
Jest takie miasto nadmorskie w Polsce, w którego prawie centrum jest jednostka wojskowa. Rok w rok jest problem z pijanymi turystami wspinającymi się na płot tej jednostki. W końcu sezon letni, wakacje. Na nic płot, kamery i drut z żyletkami. Pijani turyści idący koło tej jednostki nie mogą za nic oprzeć się pokusie przeskoczenia na teren wojskowy. Nie ma takiej siły, żeby ich powstrzymać, coś w stylu: „Ja nie przeskoczę? Ja? Potrzymaj mi piwo”.
Bohater tej historii także nie oparł się pokusie. Wracał z dziewczyną mocno pijany i myk na płot. Wspiął się nasz bohater i nawet dobrze mu szło, ale zaplątał się mocno w drut z żyletkami. Ukochana chciała mu pomóc, ona była trzeźwa. Pokonanie płotu na stronę wojska nie stanowiło dla niej problemu. Ukochany wplątany w drut kolczasty nieźle go pokiereszował. Pani nawet udało się wyplątać ukochanego. Pokaleczony, pijany Polak był pewnie dumny z siebie i ukochanej. Płot został pokonany. Oboje znaleźli się na terenie wojska. Brawo! Po chwili jednak zostali złapani przez wartowników i pododdział alarmowy. Nic nowego. Przyjedzie żandarmeria, wezwie policję i przekaże nieproszonych gości. Policja po przesłuchaniu da im mandat i tyle. Prawda? No nie tym razem. Pijany Polak i owszem, dostanie mandat i tyle, ale – he, he – jego ukochana okazała się obywatelką Republiki Białorusi. Ups, i to niezłe ups (był to okres ataku na naszą wschodnią granicę przez króla ziemniaków i jego psy, czyli specsłużby).
Akcja gruba. Obywatelka Białorusi została posądzona o penetrowanie terenu zajętego przez siły zbrojne RP. Straż graniczna, kontrwywiad, deportacja i zakaz wjazdu do RP na kilka lat.
Ciekawe, czy ich miłość przetrwała tę próbę. Myślę, że ta dziewczyna nie miała nic takiego na celu. Chciała uwolnić swoją drugą połówkę, a stała się przypadkową ofiarą swojej pijanej miłości.
Chyba jestem złym człowiekiem.
Kiedyś jedna pani z telemarketingu męczyła mnie telefonami na stacjonarny. Dzień w dzień chciała rozmawiać z jakimś Markiem i nie docierały do niej tłumaczenia, że ma zły numer. W końcu po kilkudziesięciu dniach męki z babsztylem powiedziałem, że Marek nie żyje, że zmarł rano... Więcej już nie zadzwoniła.
Mam nadzieję, że ów Marek ma się dobrze...
Pewnego razu, gdy chodziłam jeszcze do szkoły, koledzy z klasy wymyślili sobie pewną zabawę. Zaczajali się pod automatem z napojami, czekali aż ktoś przyjdzie i wrzuci swoje pieniądze, po czym znienacka szybko wciskali przycisk z rosołem, zanim ta osoba zdążyła wcisnąć kawę. Obdarowana rosołem osoba oczywiście głośno wyrażała swoją irytację, a dowcipniś uciekał, rechocząc pod nosem.
Gdy się o tym dowiedziałam, ogarnął mnie ogromny smutek i żal, tak mi szkoda było tego biednego rosołu, którego nikt nie chce, który jest zamawiany tylko wtedy, gdy ktoś robi sobie jaja. Pomyślałam, że przecież ktoś kto projektował ten automat umieścił tam rosół zupełnie na serio, myśląc, że może komuś się to kiedyś przyda... Wyobraziłam sobie, jak ciągle dosypują do tej maszyny kawy, a zbiornik z rosołem zostaje nietknięty...
Raz na jakiś czas mi się to przypomina i nadal mi smutno.
Trzy lata temu bezmyślnie zacząłem bójkę z innym kolesiem, ale niestety ją przegrałem i zostałem na dodatek okradziony z ubrań. Tak, ze wszystkich ubrań, a także butów (oprócz skarpetek). Sprawca uciekł. Próbowałem go gonić, ale niestety bieganie w samych skarpetkach po żwirowej polnej drodze nie należy do łatwych. Ochłonąłem trochę i zacząłem iść pieszo licząc, że spotkam kogoś po drodze i zostanę uratowany. Ale to tego dnia poznałem, jak ch*jowi są ludzie.
Gdy po kilku minutach zobaczyłem dwóch mężczyzn na horyzoncie, odetchnąłem. Zasłoniłem przyrodzenie jedną ręką i tyłek drugą, żeby ich nie gorszyć, i układałem sobie w głowie co powiedzieć. Ale już z daleka usłyszałem, jak się zaczynają ze mnie śmiać i pokazywać sobie palcami. Nie zdążyłem się nawet odezwać, a oni mnie minęli, nabijając się i rzucając jakimiś głupkowatymi tekstami. Dalej nie było lepiej. Większość ludzi ignorowała mnie, gdy do nich mówiłem patrzyli się w ziemię lub przed siebie. A jakieś dwie kobiety na rowerach gdy mnie zobaczyły z daleka, to zatrzymały się, odwróciły rowery i odjechały w przeciwnym kierunku. Ale szczytem było to, jak jacyś nastolatkowie zaczęli mnie wyśmiewać i rzucać we mnie szyszkami. Musiałem przez to zboczyć z drogi i uciec w pole, aby się odczepili.
Wtedy byłem wkurzony na maksa, sfrustrowany, co dodawało mi chyba adrenaliny i w niecałą godzinę dotarłem do przedmieść. Stąd było ok. 10 minut do mojego domu i tu miałem kryzys. Była godzina ok. 17-18, lato. Zacząłem myśleć, że przecież kumple mogą mnie zobaczyć. Sąsiedzi. Rodzina. Nie wiedziałem co robić. Iść? Przeczekać te parę godzin w krzakach do nocy? Ale byłem już zmęczony tym wszystkim, do tego spocony jak świnia i wszystko mnie swędziało. Zasłoniłem przyrodzenie i zacząłem biec do domu. Po chodniku było już łatwiej. Dobiegłem do domu, gdzie na szczęście byli tylko bracia, którzy po męsku nigdy nie poruszyli tego tematu, wiedząc chyba, co oznacza wracanie tak do domu.
I teraz najgorsze: gdy biegłem po polach, ktoś zrobił mi zdjęcie i wrzucił na lokalną grupę na Facebooku z pytaniem „Czy ktoś widział tego typa, co latał goły po polach?”. Zdjęcie było zrobione od tyłu, ale akurat odwróciłem się wtedy połowicznie i złapało mi trochę twarzy. Jakość zdjęcia była słaba, ale kto mnie znał, ten mógł rozpoznać. Zdjęcie spadło, ale niestety kumple i ludzie z pracy widzieli. Ale tutaj akurat obyło się pozytywnie: nikt nic nie powiedział, a koledzy nagle zaczęli być dla mnie milsi niż zwykle, tak jakby chcieli mnie pocieszyć z powodu tego, co się stało.
Nigdy ich o to nie zapytałem, ale wiem, że wiedzieli. Nie wiem, czy za moimi plecami o tym dyskutowali, pewnie tak. Ale przy mnie nigdy i traktowali mnie, jakby to się nie wydarzyło i chyba to był najlepszy rodzaj wsparcia.
Dzisiaj się przyznaję.
Pojechałam z mężem i dwójką naszych dzieci na święta Bożego Narodzenia do jednego kraju w Afryce. Jednej nocy mąż poczuł się bardzo źle i musiał wyjść przewietrzyć się i przy okazji miał iść do recepcji wyjaśnić jakąś sprawę. Ja zostałam z dziećmi w pokoju i spałam dalej, nie wiedziałam nawet o której wrócił i ile go nie było.
Dwa miesiące po powrocie dostałam wiadomość na Facebooku od dziewczyny z tego właśnie kraju, że jest w ciąży z moim mężem! Na potwierdzenie wysłała mi screeny ich rozmów. Podobno ona będzie jego kolejną żoną, obiecał jej, że do niej przyjedzie.
Tak, tej nocy co się źle czuł był u niej. Teraz już wiem, że podczas kolacji wigilijnej, gdy ja poszłam z dzieckiem do łazienki, podała mu karteczkę ze swoim numerem telefonu i numerem pokoju. Taka pamiątka z wakacji...
Dodaj anonimowe wyznanie