#pUt8a

Miałem około 7 lat. Trafiłem na SOR z bardzo wysoką gorączką (jak się później okazało, nie reagowałem na paracetamol, który podawała mi i moja mama i lekarze na miejscu). Na łóżko obok przywieźli faceta. Strasznie krzyczał, był łysy, miał rany na skórze. Uwierzcie, ale takie coś tak potrafi wryć się w banię, że nigdy tego widoku nie będziecie w stanie zapomnieć. Ten mężczyzna strasznie krzyczał. Błagał, żeby go zabili. „Boli, ku**a, boli!” – pamiętam to do dziś. W szpitalu albo zabrakło, albo nie było morfiny wcale. W końcu rok 1999, jeden z gorszych jak na tamte czasy szpitali w Polsce. I pamiętam, jak ten mężczyzna mi powiedział, że umiera i dodał „Ciesz się życiem, póki jest”.
Nigdy, nigdy nie zapomnę tych słów, krzyków. Nie wiem, czy on umarł tamtej nocy, czy żyje, czy jednak choroba go zabiła. Wiem, że mama była strasznie zła, że pielęgniarki położyły tego faceta na łóżku obok mojego. I czasami zapominam się w życiu, narzekam, że jest źle, że dlaczego ja. Ale potem sobie przypominam, jak nie za dnia, to we śnie.

Dziękuję Ci za to, że mi przypominasz co to znaczy żyć, drogi anonimowy mężczyzno. Dziękuję.

#0TLrx

Historia o tym jak Ola wyleciała z naszego domu :) (http://anonimowe.pl/eG5sF)

Najpierw muszę zaznaczyć, że rodzice Oli są bardzo religijni i łatwowierni, a moi mają z zasady wszystko gdzieś. Mój brat jest natomiast amebą umysłową i emocjonalną, więc nic nie robił z tą wariatką.

Rodzice z okazji świąt postanowili zaprosić rodziców wybranki serca mojego brata na obiad. Ona przerażona, bo przecież śpi z nim w jednym pokoju, a jakby oni się o tym dowiedzieli, czekałoby ją zesłanie do rodzinnej wsi i dojeżdżanie na studia 2 godziny w jedną stronę. Jakimś cudem Olka i brat przekonali naszych rodziców, by odstawić szopkę i udawać, że ona na co dzień śpi ze mną w pokoju. Przenieśli do mnie wszystkie rzeczy, ja i kot nie kryliśmy niezadowolenia.

Nastała godzina zero, rodzice szlampy stanęli w progu naszych drzwi z ciastem w rękach. Rozmowa nie kleiła się w ogóle, pewnie przez różnice światopoglądowe i ogólne dziwactwo rodziców zołzy. Ja siedziałam grzecznie i jak to wredne młodsze rodzeństwo, tylko czekałam na odpowiedni moment.
Nagle jej rodzice podziękowali mi za dzielenie się z ich córką pokojem. Odpowiedziałam, że spoko, właściwie to nie jest żaden problem, bo ona i tak praktycznie nie wychodzi z jaskini mojego brata. Tylko rano trudno się dostać do łazienki, bo oboje zazwyczaj zamykają się tam razem na całą godzinę, ale nie jest aż tak źle. W nocy też mam w zasadzie spokój, bo Ola wraca "do mnie" bardzo, baaaardzo późno w nocy.

Nastała cisza, wszyscy zrobili się czerwoni na twarzach, tylko mój tata powstrzymywał śmiech. Jej rodzice bez zastanowienia kazali jej się spakować i zabrali ją do rodzinnego domu.
Chyba bardzo na nią wpłynęli, ponieważ jeszcze tego samego dnia zerwała z moim bratem przez gg, a na fb napisała post o tym jak bardzo cieszy się z tego, że w końcu uwolniła się od tyrana. Z ogromną przyjemnością napisałam komentarz, w którym opisałam wszystko co robiła i życzyłam powodzenia w znalezieniu innego frajera, który będzie tolerował jej żmijowatość. Brat kupił mi za to iPoda, którego niestety mi potem ukradli, ale ta historia ma happy end!

Po wielu latach Ola napisała do mnie i przeprosiła za bycie suką. Okazało się, że rodzice nie mogli pogodzić się z jej grzeszeniem (xD) i wywalili ją z domu. Ponieważ znajomi się od niej odwrócili kiedy wszystko wyszło na jaw, wyjechała do innego miasta, gdzie zaczęła wszystko od nowa i musiała sama na wszystko zapracować. Nauczyła się pokory i szacunku do innych. I dobrze jej tak, i tak jej nie lubię, bo pamiętliwa jestem ;)

#sV8ah

W drugiej klasie podstawówki (miało się wtedy chyba 7-8 lat), na lekcji muzyki, pan kazał wszystkim po kolei zaśpiewać ulubioną piosenkę. Kiedy przyszła moja kolej, z uśmiechem na ustach zaśpiewałem to, co słyszałem codziennie na podwórku wśród starszych kolegów – „Cztery razy po dwa razy”. Z każdą zwrotką pan od muzyki stawał się coraz bardziej czerwony, a kiedy skończyłem, wyrzucił mnie z klasy.

Dopiero kilka lat później zrozumiałem dlaczego.

#Vf2zS

Zacznę od tego, że jestem naprawdę młodym artystą i nieskromnie przyznam, że rysunek wypełnia całe moje życie, więc jestem w tym dosyć dobry.

Jakiś czas temu, w trakcie podróży pociągiem przez swoją część Śląska, zacząłem szukać we współpasażerach możliwości wyżycia się artystycznie - moją ofiarą padł mężczyzna siedzący kawałek dalej. Facet sprawiał wrażenie totalnie przybitego i załamanego przez trud życia, a przy tym miał perfekcyjnie nieperfekcyjną twarz, idealny model.

Włożyłem w ten rysunek sporo siebie, mało tego - straciłem na tym kawałku papieru ostatni ogryzek mojej ulubionej kredki. Delikatnie oderwałem kartkę od reszty szkicownika, złożyłem na niej swój podpis i wcisnąłem ją w dłoń mojej inspiracji. Koleś zerknął na moje wypociny i zrobił coś, czego się totalnie nie spodziewałem.

Jego oblicze zalało się łzami, nawet nie próbował tego ukryć. Rozumiecie? Trzydziestoletni facet łkający nad papierkiem od nastolatka.

Wstrząsnęło mną - dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że ja również mam wpływ na ludzkie odczucia. I wiecie co? Czuję się onieśmielony do tego stopnia, że ciężko mi nawet ruszyć ołówkiem.

#dBb6N

Niedawno, po latach zwątpień i nieprzespanych nocy, dorobiłem się tytułu doktora i z miejsca dostałem robotę na jednej z wyższych uczelni w moim mieście. Na początku października zjawiłem się w tej szkole, aby poprowadzić zajęcia ze świeżymi studentami pierwszego roku, którzy prawdopodobnie tak samo jak ja stresowali się swoim nowym położeniem.

Pierwszy dzień pracy i od razu wpadka. Ktoś pomylił się podczas układania planu zajęć i zamiast raz w tygodniu, miałbym prowadzić moje ćwiczenia dwa razy. Poleciałem do rektora, a ten z miejsca zadzwonił do babeczek z dziekanatu, aby opierdzielić je kwieciście.

Po wszystkim poprosił mnie, abym poszedł do sali, wytłumaczył studentom sprawę i powiedział, że tego dnia zajęć jednak nie będzie.
Musicie wiedzieć, że jestem dość młodo wyglądającą osobą, który nie przypomina człowieka nauki. Zdarza mi się przesiadywać na osiedlowej ławce z moimi kumplami (też wykształciuchami!), czasem nieprzyzwoicie zaimprezuję, czy poderwę jakąś niewiastę na dyplom... Na co dzień ubieram się jak wyluzowany obwieś. Teraz nie było inaczej - dress code mnie nie obowiązywał. Nie zdziwiłem się więc, że zgromadzona pod salą młodzież nie zobaczyła we mnie nauczyciela, tylko kolejną, zakłopotaną studencinę. Wcisnąłem się więc w lukę między uczniami i z miejsca dołączyłem do marudzenia, że doktorek chyba zaspał, że pewnie dyma tę gruba loszkę z dziekanatu, że ile można czekać na tego zgreda itp.

W końcu ktoś rzucił propozycję, aby dać dyla z zajęć. Podłapałem tę myśl i po chwili stałem się prowodyrem pójścia na piwo. Większość studentów uznała ten pomysł za znakomity. Wyjątkiem był jeden chłopak w okularkach. Musiałem zastosować inną metodę perswazji:

- Chłopaku, jak ty zostaniesz, a my wszyscy pójdziemy, a doktorek przylezie, to będziemy mieli przesrane, kumasz?
Uznał, że moje obawy mają sens i dołączył do nas. Poczłapaliśmy do pobliskiej knajpy, wypiliśmy po piwku, poznaliśmy się, pożartowaliśmy, ktoś rzucił serię sympatycznych sucharów... Przez moment zatęskniłem za beztroskim czasem moich studiów. Po wysuszeniu kufla pożegnałem się ze wszystkimi, dostałem naręcze buziaków od dziewczyn i oddaliłem się zadowolony do domu.
Wkrótce znów spotkaliśmy się pod tą samą salą. Od razu zostałem zasypany pytaniami, o to czemu nie było mnie na ostatnich wykładach i co działo się ze mną w ciągu ostatnich kilku dni.
Wygrzebawszy klucze z mojej przepastnej kieszeni, uśmiechnąłem się szeroko do młodzieży o wybałuszonych oczach i otwierając salę rzekłem:

- Jak to co? Szykowałem się do zajęć z wami!

Szczerze pozdrawiam moich studentów i informuję, że kot naszczał mi na wasze testy, więc termin ich sprawdzania nieco się przedłuży.

#27Blh

Jestem bardzo młodą żoną. Kocham męża z całego serca, jednak on nie zaspokaja mnie kompletnie w strefie łóżkowej. Wyjechałam właśnie służbowo i mój nowy przełożony bez ogródek zaczął mnie podrywać i dawać do zrozumienia, że z chęcią spotka się sam na sam...
Jest przystojny, wysportowany i w moim typie, a ja od tygodnia walczę sama ze sobą, bo chcę być wierna, ale jak obok mnie przechodzi podniecam się niebotycznie. Te 3 tygodnie tutaj dłużą się w nieskończoność, a z dnia na dzień coraz bardziej puszczają mi hamulce...

#TdYzC

Jako mała dziewczynka posiadająca ADHD nie mogłam wytrzymać stojąc grzecznie obok rodziców w kościele. Nudziło mnie to bardzo, że musimy tak stać i słuchać, a na dodatek musiałam zadać sobie trud, by okiełznać mój "wszędobylizm".
Dlatego pod koniec mszy, kiedy mówi się "Bogu niech będą dzięki" byłam przekonana, że to dlatego, że wszyscy cieszą się, że mogą iść wreszcie do domu.

#SF92c

Na ostatnim roku studiów za chorego profesora zajęcia prowadziła jego doktorantka, niewiele ode mnie starsza. Wysoka, szczupła, krótkie włosy, okulary, mój ideał kobiety. Długo dyskutowaliśmy po zajęciach i coraz bardziej zaczynała mi się podobać.

Pod koniec semestru w końcu się przełamałem i zaproponowałem kontynuację znajomości przy kawie. Niestety, pani odmówiła, ponieważ niebawem wychodziła za mąż.

Jej wybrankiem był – nie zgadniecie – właśnie ten profesor.

#USEUk

Kilka lat temu, gdy chodziłam do gimnazjum, w mojej szkole odbywała się wymiana uczniowska z uczniami z Hiszpanii. I tak oto pewnego wiosennego dnia trafiłam na 10 dni pod hiszpański dach.

Rodzinka mnie przywitała miło - mama, tata i starszy ode mnie o 2 lata brat uczennicy z którą się wymieniłam. Ja wtedy miałam 16 lat, on 18 i od razu wpadł mi w oko. Wysoki, ciemna karnacja, brązowe oczy, czarne włosy, niesamowicie przystojny, no ideał. Wiadomo, mimo że na związek nie było szans głównie ze względu na odległość i tak postanowiłam go poderwać. Okazało się, że nie tylko jego wygląd jest boski, ale i charakter cudowny... Taki zabawny i zaradny, mądry chłopak.

Po dwóch dniach pobytu zauważyłam, że chyba odwzajemnia moje zaloty i chyba też mu się spodobałam, spędzał ze mną coraz więcej czasu i jakby szukał mojego towarzystwa, przychodził do mojego pokoju jak siedziałam sama i się nudziłam, próbował uczyć hiszpańskiego co szło opornie, ale wykazywał dużo cierpliwości, opowiadał żarty które nie zawsze rozumiałam bo mimo iż angielski miałam opanowany dobrze, to i tak nie do końca rozumiałam o co chodzi, z czego on miał niesamowity ubaw. I tak mi zleciał mój hiszpański sen, nadszedł dzień powrotu, było mi strasznie przykro, że muszę go opuszczać, naprawdę miałam wrażenie, że jest on moją drugą połówką. Jednak przez cały pobyt poza rozmowami i wspólnymi wycieczkami nic się nie wydarzyło. Ani buzi, ani nawet uścisku, nic. Byłam zawiedziona.

I wtedy przyszedł do pokoju gdy się pakowałam, usiadł w fotelu i zaczął mówić, że szkoda że się już nigdy nie zobaczymy, że jestem naprawdę fajną dziewczyną i to strasznie smutne, że muszę wracać. Płakać mi się chciało i nie chciałam tego przedłużać, więc go zbyłam, przecież i tak nic na to poradzić nie mogłam. Wtedy nie było fejsbuków, jedynie telefon, który by mnie kosztował milion złotych gdybym chciała utrzymać z nim kontakt, co odpadało, nie stać mnie było na to. Na lotnisku przytulił mnie na pożegnanie, no i wróciłam do Polski.

Jednak to nie koniec. Z racji, że jego siostra mieszkała na ten czas u mnie, dała mu mój adres. Już w wakacje otrzymałam od niego pierwszy list, w którym wysłał mi swoje zdjęcie, a także poprosił o moje i wyznał mi, że strasznie za mną tęskni. I tak przez 3 lata pisaliśmy ze sobą, aż w moje 19 urodziny, za porozumieniem moich rodziców oczywiście, stanął w moich drzwiach. Oczywiście nie mieszkał u mnie, zatrzymał się w hotelu. Najlepszy prezent jaki mogłam sobie wymarzyć. I możecie wierzyć lub nie, ale uważam, że to było przeznaczenie. Juan i ja aktualnie jesteśmy po ślubie, mamy 3-letnią córeczkę Nereę i spodziewamy się synka. Historia nieprawdopodobna, a jednak :)
Dodaj anonimowe wyznanie