Miałem około 7 lat. Trafiłem na SOR z bardzo wysoką gorączką (jak się później okazało, nie reagowałem na paracetamol, który podawała mi i moja mama i lekarze na miejscu). Na łóżko obok przywieźli faceta. Strasznie krzyczał, był łysy, miał rany na skórze. Uwierzcie, ale takie coś tak potrafi wryć się w banię, że nigdy tego widoku nie będziecie w stanie zapomnieć. Ten mężczyzna strasznie krzyczał. Błagał, żeby go zabili. „Boli, ku**a, boli!” – pamiętam to do dziś. W szpitalu albo zabrakło, albo nie było morfiny wcale. W końcu rok 1999, jeden z gorszych jak na tamte czasy szpitali w Polsce. I pamiętam, jak ten mężczyzna mi powiedział, że umiera i dodał „Ciesz się życiem, póki jest”.
Nigdy, nigdy nie zapomnę tych słów, krzyków. Nie wiem, czy on umarł tamtej nocy, czy żyje, czy jednak choroba go zabiła. Wiem, że mama była strasznie zła, że pielęgniarki położyły tego faceta na łóżku obok mojego. I czasami zapominam się w życiu, narzekam, że jest źle, że dlaczego ja. Ale potem sobie przypominam, jak nie za dnia, to we śnie.
Dziękuję Ci za to, że mi przypominasz co to znaczy żyć, drogi anonimowy mężczyzno. Dziękuję.
Dodaj anonimowe wyznanie
To by wyjaśniało, czemu dokładnie w 1999 miałam migdałki wycinane bez znieczulenia, tylko na głupim jasiu, który pomógł na tyle, że w środku zabiegu się obudziłam i dopiero wtedy mnie uspali porządnie.