Pewnego razu z ekipą znajomych wybraliśmy się na wycieczkę na Słowację. Poszliśmy do sklepu, żeby zakupić troszkę prowiantu, a że zachciało się nam grzańca, potrzebowaliśmy miodu. Jako że miód na Słowacji to nie miód, więc skończyło się na tym, że latałam koło kasy i bzyczałam jak pszczoła, żeby zapytać, gdzie dostaniemy ten specyfik. Pani, która w końcu zrozumiała o co nam chodzi, zasiadła do kasy, żeby skasować towar, przy kasie stanęłam z kumplem, który przypomniał sobie, że chce jeszcze gumy do żucia. Mówi do pani, że chce jeszcze te nieszczęsne gumy, na co ona wychyliła się z kasy, popatrzyła na mnie, na niego i tak rzecze: „Żuwaczku czy na pałku?” :D
PS W końcu kupił i „żuwaczku”, i „na pałku”, bo jego druga połówka również była z nami i czekała przy wejściu, tarzając się ze śmiechu z zapytania uroczej kasjerki :D
Mówi się, że bicie dzieci to żadne wychowanie, że się niczego dziecka nie nauczy podnosząc na niego rękę. To nieprawda.
Kiedy byłam dużo młodsza, odkąd pamiętam, rodzice nie tłumaczyli mi, gdy coś źle zrobiłam. Obrywałam pasem po dupie, czasem ręką, jeśli akurat nie chciało im się paska szukać. Za złe oceny (tj. takie poniżej piątek) zazwyczaj było kilkugodzinne klęczenie na grochu, oczywiście z rękami w górze. Gdy sesja klęczenia się kończyła, matka (bo to ona w głównej mierze mnie wychowywała, ojciec pracował zarobkowo) wspaniałomyślnie oznajmiała, że mogę już wstać i czy rozumiem, że to i to źle zrobiłam. Ja ze łzami w oczach przepraszałam za wszystkie błędy i rozczarowania, jakie sprawiałam jej i ojcu, i przyrzekałam, że to się więcej nie powtórzy, że będę grzeczna, posłuszna i oczywiście od tej pory będę przynosić do domu same piątki i szóstki, a oni będą ze mnie dumni. Kiedy pozwalała się potem przytulać, byłam najszczęśliwsza na świecie, że udało mi się matkę ułagodzić i przyrzekałam sobie w duchu, że zrobię wszystko, by była ze mnie zadowolona. I zawsze się starałam robić co w mojej mocy, żeby usłyszeć pochwałę albo chociaż nie dawać rodzicom powodów do niezadowolenia.
Bywało i tak, że karą za jakieś przewinienie było odmawianie mi posiłku albo stawianie talerza na posadzce w kuchni i kazanie, by „jeść z podłogi”.
Ale nie byłam dość dobra w tych swoich staraniach, bo często słyszałam, że ten czy inny mój kuzyn jest zdolniejszy, lepszy, ma lepsze oceny, ambitniejsze plany. Byłam za gruba, za głupia, za wolna, za niezdarna. Rodzice powtarzali, że nic ze mnie nie będzie.
Potem poszłam na trudne studia, wyprowadziłam się. I... nie umiałam się odnaleźć. Nie umiałam się uczyć. Żyć. Zawalałam wszystko. Byłam bezradna. Aż mnie olśniło.
Ilekroć przywoływałam w pamięci słowa rodziców, że się nie staram, że jestem beznadziejna, wstępowały we mnie siły. Ilekroć sama się biłam – tam, gdzie nie byłoby tego widać – to było tak jakby rodzice mnie bili i tylko wtedy wstępował we mnie spokój. Powtarzałam to wszystko regularnie. I wiecie co? Zaczęłam wstawać codziennie o 4, uczyłam się trzy godziny, szłam na zajęcia, wracałam na stancję, uczyłam się do 23. Wstąpiłam do koła naukowego, samorządu, znalazłam dorywczą pracę. Byłam totalnym wrakiem, cieniem, ale im bardziej się męczyłam, im bardziej się biłam i obrażałam siebie w myślach, tym spokojniejsza i szczęśliwsza się czułam. Jakbym była w stanie zadowolić rodziców. Oceny poszły w górę, ja zyskałam opinię studentki, która zawsze jest przygotowana nawet z dużym wyprzedzeniem. Nie miałam życia, ale skończyłam studia, znalazłam pracę w zawodzie, zaczęłam do czegoś dochodzić. I przypuszczam, że gdyby nie rodzice, nie udałoby mi się tego osiągnąć. I do tej pory nie umiem żyć inaczej.
Przeokropnie drażni mnie dzisiejsza hipokryzja kobiet. Same mając wielkie nic, wymagają, żebym ja miał wszystko. Zrozumiałbym, gdyby ona zarabiała więcej niż ja, miała dobry samochód, własne mieszkanie. Zrozumiałbym, że nie chce zaniżać sobie standardów i wiązać się z takim kimś jak ja. Ale kiedy kobieta w okolicach trzydziestki, zarabiająca minimalną krajową, mieszkająca z rodzicami kręci nosem, bo mam 20-letnie auto, wynajmuję kawalerkę i zarabiam 3200 zł, to jest dla mnie straszną hipokryzją.
Te młodsze są jeszcze gorsze, bezpośrednie na granicy chamstwa. Później słucham o sobie, że jestem chytry, że nie dbam itp. To nie tak, że jestem chytry. Ja po prostu nie mam i mnie nie stać, żeby zabierać takie panny na swój koszt w różne miejsca, zamawiać jedzenie i wozić tyłek wte i wewte. Randkuję już kilka lat i bez skutku szukam tej jedynej. Pierwsze wrażenie przeważnie ważnie jest dobre, uważam się za dość przystojnego, ale co z tego, skoro wszystko weryfikuje mój stan majątkowy i za każdym razem kończy się tak samo.
Jestem wysoko funkcjonującą alkoholiczką. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. I nie mam zamiaru niczego zmieniać. Mam dobrą pracę, dobrze zarabiam. Że tak powiem, stać mnie na bycie alkoholiczką. Stać mnie na tryb życia, jaki prowadzę.
Nie upijam się. Nigdy nie wymiotowałam po alkoholu, nigdy nie zaliczyłam „zgona”, nigdy nie zrobiłam nic głupiego, nigdy nie urwał mi się film. Lecz piję każdego dnia. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam dzień bez alkoholu, pewnie kilka dobrych lat temu. Pracuję zdalnie, więc piję również w pracy. Wstaję rano, jem śniadanie, odpalam laptopa i nalewam sobie lampkę wina. Wino to jedyny alkohol, jaki piję. Dziennie wypijam całą butelkę. Czasem więcej, nigdy mniej. Pod koniec dnia lekko kręci mi się w głowie, ostatnią lampkę dopijam tuż przed zaśnięciem i śpię jak dziecko.
Robię też inne rzeczy w czasie wolnym – podróżuję, spotykam się ze znajomymi i rodziną, chodzę na siłownię, jeżdżę konno, ale i tak wino towarzyszy mi każdego dnia, gdziekolwiek jestem i cokolwiek robię.
Jestem świadoma konsekwencji, badam się regularnie, ale jak na razie moje nerki, wątroba i inne organy są w porządku.
Alkohol pomógł mi w wielu chwilach. Jestem dość skrytą i nieśmiałą osobą, to dzięki alkoholowi zdobyłam obecną pracę i osiągnęłam w niej sukces. Rozmowę kwalifikacyjną miałam po wypiciu butelki wina. To było za czasów pandemii, więc rozmowa była online. Wypadłam świetnie i pracę dostałam. Na trzeźwo bym się jąkała, nie odpowiadałabym tak śmiało na pytania. W pracy też zawsze jestem pod wpływem, alkohol dodaje mi pewności siebie i osiągam świetne wyniki. W przeciągu 2 lat awansowałam 2 razy i niedługo czeka mnie kolejna podwyżka.
Lubię takie życie. Lubię smak alkoholu, lubię pić i lubię uczucie bycia pijaną.
Potrafię doskonale to ukrywać, choć nawet się nie staram. Nikt z moich znajomych czy rodziny nawet nie podejrzewa, że tak dużo piję. Wiedzą o tym, co wypijam z nimi, czyli kulturalna lampka czy dwie przy spotkaniu. Nie wiedzą o kolejnej butelce lub dwóch, gdy wrócę do domu. Mieszkam sama, więc nie muszę przed nikim ukrywać butelek.
Dopóki alkohol nie zacznie sprawiać mi problemów, nie zamierzam niczego zmieniać. Jak na razie nie czuję potrzeby, by pić więcej. Dwie butelki wlatują czasem przy weekendzie, w tygodniu jedna mi zupełnie wystarcza.
Mam tylko nadzieję, że poznam faceta, który zaakceptuje taki sposób życia.
Jeśli ktoś pomyśli, co z ewentualnymi dziećmi, to nie planuję.
Ostatnio gdy wracałam z pracy, na przystanku stało troje dzieci (około 12-13 lat).
Rozmawiały o dziwnych rzeczach jak na swój wiek, wyzywały się dla zabawy, chwaliły się, ile to ostatnio wypiły alkoholu.
Podjechał autobus i z tej trójki jeden chłopak wszedł do tego autobusu co ja. Usiadł obok mnie. Autobus jedzie, kiedy nagle zadzwonił mu telefon.
Myślałam, że umrę ze śmiechu.
Rozmawiał z kimś (podejrzewam, że dziewczynka jakaś), co będzie z nią dzisiaj wyprawiać i jak ją będzie „grzmocić”. Mina ludzi w autobusie – powalająca.
Co się stało z dziećmi?
Kilka dni temu zatrułam się czymś i strasznie rzygałam pół dnia. W końcu zmęczona wypełzłam z łazienki i położyłam się na kanapie. Mój chłopak wrócił z zakupów do domu i zaczął odgrzewać sobie krokiety. Niestety ich zapach był zabójczy dla mojego żołądka. Pobiegłam szybko do łazienki, a za mną mój chłopak. Chwycił moje włosy i trzymał je jedną ręką. W drugiej miał krokieta, którego pożerał, gdy ja rzygałam.
Kocham go najbardziej na świecie.
Zaplanuj podróż i spakuj rzeczy dzień wcześniej. Wstań z odpowiednim zapasem czasu, dojedź zgodnie z planem na dworzec i kup bilet. Usiądź wygodnie na peronie i wyciągnij książkę, masz przecież jeszcze kilkanaście minut do przyjazdu pociągu. W następnej chwili podnieś wzrok i zobacz, jak twój pociąg odjeżdża.
Polecam książki Jo Nesbo, teraz mogę spędzić resztę dnia na czytaniu, i tak spóźniłam się na wszystkie zaplanowane spotkania.
Chyba już wiem, jak to jest być największą pierdołą na świecie.
Jako dziecko marzyłam o psie. Moi rodzice obiecali mi go, ale było kilka warunków: po pierwsze musiałam zaczekać, aż przeprowadzimy się do domu z ogródkiem, pies miał być nieduży i raczej rasowy, nie chcieli też psa ze schroniska. W końcu kupili mi pięknego upragnionego szczeniaka. I od tamtej pory był ze mną już zawsze, pocieszał, jak przeżywałam pierwsze niespełnione miłości czy płakałam, bo dokuczali mi w szkole. Był, kiedy zdawałam maturę, szłam na studia, kiedy popadłam w depresję. Był zupełnie bezproblemowy, w ogóle nie chorował, na szczepieniach weterynarze zawsze byli zszokowani jego kondycją zdrowotną totalnie nieadekwatną do wieku.
Znalazłam miłość swojego życia, zaszłam w ciążę, zaręczyłam się i wyprowadziłam z domu rodzinnego, choć obiecywałam sobie, że będę go odwiedzać tyle, ile tylko będę mogła. Tydzień przed moim porodem mój pies skończył 16 lat. Urodziłam, a on zaczął słabnąć, widziałam to, prawdopodobnie nie widział już i nie słyszał.
Kiedy moja córka miała trzy miesiące, pojechaliśmy z narzeczonym zająć się nim przez dwa tygodnie, kiedy moi rodzice byli na wakacjach. W nocy obudził mnie straszny psi kaszel. Rano szybko podjęliśmy decyzję: jedziemy do lecznicy. Na miejscu zrobili mu prześwietlenie, ale lekarz powiedział tylko, że prawdopodobnie ma nowotwór i chore serce. Przy następnej wizycie inna weterynarz kazała zapisać go na USG i do kardiologa. Okazało się, że mój ukochany piesek ma zaawansowany nowotwór rozsiany po organizmie, do tego nadciśnienie płucne i zakrzepicę. Dostał leki, ale kardiolog wprost powiedziała, że są one po to, by mógł spokojnie odejść i nie męczyć się. Odszedł tydzień później. Nie było mnie przy nim, nie wiem, czy bym to zniosła.
Odwiedziłam go w domu dzień przed, przytulałam. Ledwo chodził, ale cały czas chciał być ze mną. Zmarł o 15 następnego dnia. Mój tata zadzwonił do mojego narzeczonego i spytał, czy chce mnie poinformować. Podjął się tego, choć nie musiał. Pamiętam jak płakałam, brałam leki na uspokojenie, potem mocniejsze od psychiatry.
Niedawno minął rok od tamtego wydarzenia, a ja wciąż za nim tęsknię. Ale też nigdy nie zapomnę słów mojego narzeczonego: „On odszedł, bo zobaczył, że już może, że jesteś szczęśliwa, że ktoś się tobą zaopiekował, a więc i on odszedł szczęśliwy”.
Dużo się ostatnio mówiło o molestowaniu kobiet itd. Jestem kobietą i pracuję też z różnymi kobietami. Przewija się ich kilka w ciągu dnia, każda inna, młoda, starsza, panna, zamężna, brzydka czy ładna. Naprawdę spory przekrój kobiet. Z każdą też mam czas aby chwilę porozmawiać. Lubimy się, trochę się nawet znamy. Jakiś czas temu postanowiłam, że dyskretnie będę pytać o to, czy one miały jakieś przypadki molestowania, niemoralnych propozycji, wiadomości od facetów z penisem w tle, naruszania przestrzeni osobistej, pokroju niechcianego klapsa w tyłek od obcego faceta. Wyniki tej mojej sondy totalnie mnie zaskoczyły. Okazało się, że KAŻDA, ale to każda kobieta miała na koncie taką sytuację. Niektóre były lajtowe, typu nachalne wiadomości, ale też były takie, przy których włos się na głowie jeżył.
Jedna, wyjątkowo ładna dziewczyna, opowiadała, jak Uber zaczął ja wywozić do lasu i gdyby nie to, że w odpowiednim momencie zadzwoniła na policję, to nie wiadomo co by się stało. Inną śledził jakiś gościu i miała tyle rozumu, by wskoczyć do tramwaju, który miał odjechać. Sytuacje, gdzie facet kładł rękę na udzie w zapchanym autobusie albo onanizował się w niemal pustym pociągu. Klepnięcie w tyłek na koncercie. Ocieranie się penisem w klubie, podczas tańca, gdzie facet zachodził od tyłu i ocierał się. I wiele, naprawdę mnóstwo innych okropnych historii.
Wiecie co? Naprawdę mnie to przeraziło. Ja sama też miałam kilka takich krzywych akcji, ale nie sądziłam, że inne kobiety też miały tyle takich nieprzyjemnych sytuacji. Dla mnie to koszmar.
Napiszcie dziewczyny, czy i wam się coś podobnego zdarzyło. Jestem mega ciekawa. Zobaczmy ile nas jest.
Najbardziej wstydliwa i okropna sytuacja w moim życiu, która mogła skończyć się tragicznie.
Byłam na urodzinach u koleżanki. Pojechałam autem, bo kiepsko się czułam i nie zamierzałam pić alkoholu. Chciałam posiedzieć maksymalnie 2 godzinki i zwinąć się do domu. Jednak na miejscu koleżanka zaproponowała mi jakiegoś specjalnego drinka, który miał sprawić, że poczuję się lepiej. Rzeczywiście poczułam się trochę lepiej, więc postanowiłam zostać dłużej, wypiłam też jeszcze kilka drinków. Po kilku godzinach byłam już mocno pijana, nie pamiętam końcówki wieczoru. Z relacji znajomych wynika, że wezwałam Ubera, poczekałam jeszcze chwilę, a gdy przyjechał, pożegnałam się ze wszystkimi i wyszłam. Podobno szłam prosto, normalnie mówiłam i nie wyglądałam na bardzo pijaną. Ale ja tego kompletnie nie pamiętam.
Obudziłam się rano we własnym łóżku, o dziwo bez kaca, ale z ogromną dziurą w pamięci. Nie pamiętam, jak wychodziłam, jechałam do domu, ani jak kładłam się do łóżka. Wiedziałam natomiast, że zostawiłam auto u koleżanki i będę je musiała później odebrać. Chwilę później chciałam iść po coś do sklepu, wyszłam z domu, a tam na podjeździe stoi zaparkowane moje auto. Przeżyłam szok. Zadzwoniłam do koleżanki, czy ktoś może mi je odstawił (dopiero później pomyślałam, żeby sprawdzić, czy mam kluczyki). Powiedziała, że nie, jak się obudzili, to mojego auta już nie było i myśleli, że sama je zabrałam. Kluczyki miałam w torebce. Jedynym logicznym wytłumaczeniem było, że wróciłam do domu sama po pijaku. Zamiast wsiąść do taksówki, wsiadłam do swojego auta, zaparkowanego dwa metry dalej. W aplikacji Ubera znalazłam kilka wiadomości od kierowcy, który na mnie czekał, aż w końcu odjechał.
Jestem naprawdę zszokowana tym, co się stało. Nigdy w życiu świadomie nie wsiadłabym po pijaku za kierownicę, zawsze krytykowałam ludzi, którzy tak robią. No ale właśnie, problem w tym, że nie byłam świadoma. Obejrzałam dokładnie auto, ale nie znalazłam żadnych śladów, które mogłyby świadczyć, że w coś lub kogoś uderzyłam. Śledziłam też wszystkie informacje z mojego miasta o wypadkach, które mogły się wydarzyć tamtej nocy, ale nic nie znalazłam. Mimo to i tak wciąż jest mi przykro, że coś takiego zrobiłam. Znajomi się domyślili i byli źli sami na siebie, że mnie choćby nie odprowadzili do taksówki, ale twierdzą, że naprawdę nie wyglądałam na aż tak bardzo pijaną. No i siedzę tutaj, z dziurą w pamięci i ogromnym poczuciem winy.
Dodaj anonimowe wyznanie