Tu raczej nie ma nic dramatycznego, ale mój chłopak obserwuje dziewczyny, które są naprawdę bardzo ładne, ale boli mnie bardziej to, że obserwuje takie dziewczyny, co wrzucają zdjęcia w bieliźnie. Ostatnio jedna dziewczyna napisała do niego, że chciałaby oglądać z nim film, a on zamiast odpowiedzieć „Nie, mam dziewczynę”, odpowiedział „Naprawdę?”. Staram mu się zaufać, ale nie wiem, czy to ma sens, po prostu mnie to boli.
Wstydzę się, że mam 28 lat i nigdy jeszcze nawet szczerze się nie przytuliłem z kobietą, mimo że wiele razy tego chciałem. I mam przeczucie, że po prostu nigdy to nie nastąpi, a zdecydowanie mi tego brakuje. Mam 158 cm wzrostu i przez ten jeden szczegół czuję się jakbym miał wypisane na czole, że jestem śmietnikiem genetycznym. Za każdym razem, gdy próbowałem nawiązać z płcią przeciwną jakąś interakcję, byłem wyśmiewany lub w lepszym wypadku delikatnie spławiany. Zwykle dziewczyny się na mnie gapią w prześmiewczy sposób, i zresztą nie tylko dziewczyny, a wszyscy ludzie. Na Tinderze zwykle rozmowa się całkiem nieźle klei, dopóki nie napiszę, ile mam wzrostu. Potem para jest usuwana. Jak z paroma koleżankami rozmawiałem na ten temat, to mi mówiły, że przy ludziach byłoby im wstyd się pokazać z takim niskim facetem i czułyby się ze mną jak z synkiem.
Mam wrażenie, że tak już będzie zawsze.
Śmieszne, ale będąc nastolatkiem, wstydziłem się swojego członka, bo wydawał się być groteskowo duży. Ukrywałem go np. przyklejając plastrem do uda i tak dalej. W dorosłym życiu wiele się nie zmieniło, problemem jest wzwód, bo go w sumie nie ma. Jest jakby nie do końca twardy i tak zwisa w dół, zawsze miałem problemy, żeby po zachwytach kobiety umiejscowić go jak należy. Efekt taki, że w sumie upychałem go do pochwy, a do tego jeszcze stres... Kilka lat temu próbowałem go zmniejszyć, ale według 4 lekarzy zmiana aż o tyle byłaby niebezpieczna dla mnie, ryzyko zwłóknień jest ogromne i mógłbym całkowicie go stracić. Nie ma dobrej opcji dla mnie, nie jestem w stanie wejść w normalną relację z kobietą, więc tak sobie żyję samotnie z przerośniętym kawałkiem mięsa, który jest bezużyteczny, i przez to mam od lat depresję. Wszystko było OK do wieku przed dorastaniem, jak miałem 14 lat, to nic się nie działo, potem, jak mi to mówili, z hormonami musiało się coś pokręcić i rocznie przyrastał jak czyrak na dupie. Do 18 roku życia nawet mi się to podobało, ale już wtedy mój wzwód był nieprawidłowy. Chwaliłem się bagietą w slipach i teraz to kara, bo nie mogę w ogóle uprawiać seksu, w dodatku w lecie okropnie się tam pocę, mam ciągle rany i muszę zasypywać się tonami pudru dla dzieci. Kocham jeździć na rowerze, ale już teraz nie jestem w stanie, bo chociaż przyrost już nie występuje, to zmieniła się grubość penisa przez rozrost ciał jamistych. Jak to pan lekarz powiedział, „teraz idziemy na masę”, i odesłał mnie do domu z maścią przeciwbólową.
Podsumowując: mam ogromnego, ciągle grubiejącego penisa bez możliwości wzwodu oraz osiągnięcia orgazmu, w dodatku ropiejącego od ran. Nic tylko się zabić.
Cztery lata temu przygarnęłam szczeniaczka. Nie miałam pojęcia, co wyrośnie z tej rudej kulki, ale od razu wiedziałam, że gdy osiągnie optymalny wiek, sunia zostanie wysterylizowana. Chociaż to był mój pierwszy psiak, a ja nie miałam nie wiadomo jakiej wiedzy na ten temat chowania psów, w tej kwestii byłam nieugięta. Nie pozwoliłam pokryć suni przy pierwszych dwóch cieczkach (musiałam czekać do następnej z zabiegiem z powodu choroby pieska), i każdemu, kto odradzał mi sterylizację cierpliwie tłumaczyłam, że mieszkam w bloku i nie mogę pozwolić sobie na trzymiesięczny urlop, żeby zająć się szóstką szczeniąt, że nie tak łatwo znaleźć dobry dom dla kundelka, że w schroniskach i na ulicy jest wystarczająco dużo psów (i kotów) i naprawdę nie trzeba mnożyć kolejnych, że sterylizacja zmniejsza ryzyko albo całkowicie eliminuje różne choroby. Niektórzy się ze mną zgadzali, inni nie do końca, ale zawsze rozmowa kończyła się grzecznie. Do wczoraj, kiedy to pewna nowa sąsiadka, pani około 40, posiadająca u siebie w domu dwa maltańczyki z hodowli i z rodowodami (które podobno regularnie rozmnaża), wezwała do mojego domu Straż Miejską. Według niej SKRZYWDZIŁAM PSA, a co za tym idzie, znęcam się nad zwierzętami.
Mandatu nie dostałam, panowie ze Straży po oględzinach pieska (poważnie szukali śladów, które mogłyby wskazywać na to, że zwierzęciu dzieje się krzywda) i zerknięciu w książeczkę stwierdzili, że zaszła chyba jakaś pomyłka. I pojechali.
A skąd wiem, że to ta sąsiadka? Sama mi się przyznała do tego, dodając, że jestem złym człowiekiem i to mnie ktoś powinien wysterylizować bez mojej zgody.
Uwielbiam zwierzęta, ale to już chyba przegięcie.
PS. I nie, nie mam nic do psów czy innych zwierzaków kupionych w hodowli, one też zasługują na dom ;)
Z byłą mieliśmy zabawę, którą nazwaliśmy reanimacją. Byłem na niej, jakbym właśnie miał ją pocałować. Nagle robiłem przestraszoną minę i krzyczałem „Reanimacja!”. W tym momencie przytykałem swoje usta do jej i mocno wdmuchiwałem powietrze. Było to strasznie dziwne uczucie i uwielbiałem ją tak straszyć.
Ona, z drugiej strony, często robiła mi loda, kiedy rozmawiałem z mamą przez telefon.
Niedawno miałem komisję wojskową.
Podczas badania pani lekarka kazała mi się pochylić. I gdybym się pochylił, to teraz nie czytalibyście tego wyznania. A więc co takiego zrobiłem? Po prostu po usłyszeniu tej komendy z niewiadomych przyczyn wyszedłem w bokserkach z gabinetu. Dopiero na korytarzu, po szybkiej analizie faktów, stwierdziłem, że coś jest nie tak i wypadałoby wrócić.
Tego zażenowania połączonego z zaskoczeniem i politowaniem na twarzach członków komisji nie zapomnę już chyba nigdy.
Dlaczego to zrobiłem? Nie wiem. Nie jestem w stanie wytłumaczyć tego, jak można pomylić komendę „proszę się pochylić” z „proszę wyjść”.
Dostałem kategorię A, ale zastanawiam się, czy na pewno na nią zasługuję, bo chyba ktoś z takim zaćmieniem umysłu może w wojsku więcej wyrządzić krzywdy niż będzie z niego pożytku :D
Moim marzeniem było zostać pisarzem. Nie wiedziałem, że będzie to moje przeznaczenie. Pewnego dnia, we śnie, zobaczyłem siebie, jak stoję na scenie i wręczam sam sobie nagrodę za najlepszą książkę roku. Kiedy się obudziłem, byłem przekonany, że to tylko złudzenie i głupi sen, ale jakoś postanowiłem spróbować swoich sił w pisaniu. Po kilku latach ciężkiej pracy moja pierwsza książka została nominowana do niewielkiej nagrody literackiej w mojej gminie i wygrałem ją! To wydarzenie było dla mnie potwierdzeniem, że mój sen był proroczy i że los przeznaczył mnie do bycia pisarzem.
Wstydzę się tego, że mam większe libido niż mój mąż. I tak było od zawsze, nigdy sam niczego nie zainicjował, od 5 lat proponuję wszystko tylko ja... Inne kobiety muszą się tłumaczyć bólem głowy, a ja dałabym wszystko, żeby tylko mój zachciał mnie pierwszy.
Niby błahe, ale przez kilka lat zaczyna to być uciążliwe. :(
Czuję się w jego oczach mało atrakcyjna.
Całe życie miałam pod górkę. Mama mnie zostawiła w wieku 15 lat, przed tym w domu było piekło. Mieszkałam z ojcem, który sukcesywnie się pozbywał nas z domu na poczet nowej rodziny.
Lata mijały, ja poznałam swojego partnera, który bardzo dużo mi pomógł, wyciągnął z największego bagna, dzięki niemu zaczęłam funkcjonować jak człowiek.
Czas leciał, przez kilka lat nie rozmawiałam z matką. Po paru latach stwierdziłam, że może to czas na wybaczenie, jeżeli można to tak nazwać, bo ja do dnia dzisiejszego nie mogę jej wybaczyć tego, co kiedyś zrobiła. Tak bardzo wtedy jej potrzebowałam, a jedyne co od niej usłyszałam, to iż żałuje, że mnie nie wyskrobała...
Teraz jest już w wieku, gdzie czepiają się jej wszystkie choroby, najprawdopodobniej ma raka. I wymaga ode mnie, żebym rzuciła swoje całe życie i się nią zajęła... A w mojej głowie jest istny mętlik. Z jednej strony to moja matka, z drugiej wszystkie złe chwile wracają. Mieszkam daleko od niej, tu mam pracę, partnera, cały swój skarb, oazę spokoju, w której czuję się swobodnie i co najważniejsze – jestem szczęśliwa.
Chciałam się tylko wyżalić.
O tym, dlaczego nie mogę jeść rosołu.
Będąc dzieckiem mieszkałam na wsi. Mama z wujkiem prowadzili spore gospodarstwo, podczas gdy mój ojciec przepuszczał pieniądze w Warszawie, a to co nam wysyłał... szkoda pisać. W każdym razie mama odkładała je. Wydatków zawsze było dużo, bo często i gęsto chorowałam, a za coś do miasta trzeba jechać i leki kupić.
W każdym razie mama z wujem trochę pogadali i zdecydowali się w końcu na kupno koguta od sąsiadki. Mama po kilku dniach od przyniesienia go od tej zezowatej jędzy wiedziała, czemu sąsiadka tak go chwaliła i obniżyła cenę powołując się na "długoletnią sąsiedzką przyjaźń". Skurczybyk agresywny był. Atakował wszytko i wszystkich. Podlecieć do konia? Żaden problem! Podrapać i wystraszyć krowy? Pikuś! Zmolestować psy i kota? O czym my rozmawiamy? Zafajdany Pan i Władca podwórka.
Przez bite 2 tygodnie lipca nie mogłam wyjść z domu, bo po przekroczeniu progu pojawiał się niemal od razu, jakby miał teleport w kuprze. Mama i wujek na niego sposób mieli. Przyłożyli mu parę razy w łeb takim małym kijkiem, to się uspokajał. A ja po kilku próbach nadal go nie trafiałam.
Po tych nieszczęsnych 2 tygodniach kwitnięcia w domu doszłam do wniosku, że to nie ja nie mam cela, tylko kijek jest za mały. Bo mama, skoro jest duża, to musi mieć mały, a ja mała muszę mieć duży kijek. Przeszukałam cały dom, aż znalazłam.
I teraz wyobraźcie sobie scenę: drobna sześciolatka, która walczy z kogucim terrorystą za pomocą rury od odkurzacza.
Mama jak to zobaczyła od razu zaczęła biec, ale nie zdążyła. Przy którymś machnięciu tak mu przywaliłam, że poleciał jakiś metr dalej martwy. Wystraszona zaczęłam płakać. Mama mnie uspokoiła i tu historia mogłaby się skończyć, ALE... tego dnia mama zrobiła z niego rosół, a ja nie mogłam znieść, że to ja go zabiłam. Za każdym razem widząc rosół przypomina mi się ta sytuacja...
Dodaj anonimowe wyznanie