Mieszkam w Warszawie i jak pewnie niektórym wiadomo, konkurują tu ze sobą dwa kluby: Legia i Polonia.
Wracając kiedyś w środku nocy przez Pragę Północ, czyli najbardziej patologiczną dzielnicę, zostałam zatrzymana przez osiedlowe dresy i zapytana, za jakim klubem jestem. Opcje miałam dwie, szanse na wpierdol spore, więc szybko z uśmiechem na twarzy odpowiedziałam „no jak to za jakim, panowie!”. Ucieszyli się niezmiernie, że mamy takie same preferencje, chociaż wciąż nie wiedziałam, który klub poparłam. Zaproponowali mi jeszcze wódeczkę, ale pośpiesznie wróciłam do domu, bo nie każdy półgłówek nabrałby się na taki tekst.
Moje życie to ciągłe przeprowadzki.
Od urodzenia mieszkałam z rodzicami, babcią i dziadkiem w kamienicy w jednym z większych miast w Polsce. Było fajnie do czasu. Moja babcia bardzo szybko zachorowała na chorobę Alzheimera, dziadek nie radził sobie z tym psychicznie i zaczął pić. Zaczęły się ciągłe awantury. Rodzice stwierdzili, że uciekamy stamtąd. Wynajęli mieszkanie od znajomych, żeby tam spokojnie odetchnąć i powoli brać się za szukanie swojego lokum na kredyt. Jak już tam zasiedli, to miesiące mijały, a mieszkania nie było. Coś tam obejrzeliśmy, rodzice pomyśleli, pogadali i kolejny miesiąc zleciał. Nie na wszystko też dostaliby kredyt.
Po dwóch latach okazało się, że mamy się stamtąd wyprowadzić, bo wprowadza się tam krewna i rodzice nie mieli wyjścia, musieli brać to co akurat się nawinęło i na co dostali kredyt. Miałam wtedy 13 lat. Rodzice kupili mieszkanie, które było bardzo ładne, jednak był jeden problem. Było ona w najgorszej dzielnicy mojego miasta. Po kilku miesiącach zaczęły się tam burdy z sąsiadką pijaczką, ciągłe wzywanie policji i straży miejskiej, Sebixy biegające z nożami pod oknem.
Moi rodzice mieli wtedy mały sklep. Poszła fama na dzielnicę i tak ukradli mojemu tacie prawie cały towar, w tym najwięcej warte papierosy. Nie byliśmy ubezpieczeni ani nic. Rodzice już się po tym nie podnieśli. Zaczęła się depresja, straszne długi, komornicy, walki w sądach. Musieli sprzedać mieszkanie i jedyne na co było nas stać, to wynajęcie chatki na wsi bez toalety i ciepłej wody. Rodzice znaleźli tam pracę dorywczą, ja też im pomagałam po szkole. Co nieco tam wyremontowaliśmy. Właściciel wydawał się w porządku, zwykły rolnik. Do czasu... Znowu powtórka z rozrywki. Macie się wyprowadzić. Kłótnie, walka o kaucję. Kolejna przeprowadzka.
Rodzice wynajęli mieszkanie we wsi obok, a ja wynajęłam kawalerkę wraz z moim chłopakiem w mieście. Nie mieszkałam tam długo, bo okazało się, że chłopak mnie oszukiwał, nie płacił czynszu, porobił długi. Wróciłam więc do rodziców. Po kilku latach znalazłam kogoś innego, wzięliśmy ślub i przeprowadziłam się do domu rodzinnego mojego męża. Tam dzieliliśmy piętro z jego babcią. Obok mieszkali jego rodzice. Żyło się nam dobrze, dopóki u babci nie zaczęła postępować demencja i inne choroby psychiczne. Na porządku dziennym było walenie po drzwiach i ścianach, ciągłe krzywki, agresywne wyzwiska z jej strony.
Rodzina mojego męża nic sobie z tego nie robi, żadnego lekarza, żadnych leków. Tylko przynoszą jej jedzenie i tyle, a my się męczymy. Do tego jeszcze muszę po niej wycierać codziennie toaletę i ścierać kał ze ściany. Gdy powiedziałam o tym teściowej, nic sobie z tego nie zrobiła. Tak się męczymy z babcią 2 lata. Doszliśmy do wniosku, że na jesień uciekamy do Niemiec do pracy i tam zamieszkamy. Co będzie dalej?
Jestem lekarzem, moja specjalizacja jest nieistotna. Wiem, że to co napiszę będzie dla niektórych okrutne, ale myślę, że znajdą się też tacy, którzy podzielą moje zdanie.
Mam przyjemność pracować z lekarzami, którzy na swoim koncie mają setki operacji i zabiegów, jeżdżą na zagraniczne szkolenia, a nasze prace naukowe publikowane są na całym świecie. Nieważne, o jaką specjalizację chodzi, zawsze znajdzie się tak zwany „mistrz”, którego wkład w polską medycynę jest większy niż smog w Krakowie.
Zauważyłam pewną smutną rzecz: przychodzą do nas rodzice z dziećmi, które chorują na przeróżne choroby. Oferujemy im najlepsze metody leczenia, poświęcamy swój wolny czas na to, by zbierać się w grupach i szukać jeszcze lepszych rozwiązań. W zeszłym tygodniu od rodziców jednego z pacjentów usłyszałam, że jestem beznadziejnym lekarzem, a moje metody leczenia są jeszcze gorsze. Dlaczego?
Państwo X przyszli na kolejną wizytę, by omówić leczenie syna, stwierdzili, że chcą go wypisać, dlatego że uzbierali dzięki zbiórce online 300 tys. złotych i mają zamiar zabrać swoje dziecko do Stanów, bo przeczytali w internecie o „innowacyjnej metodzie leczenia”.
Dlaczego jestem beznadziejnym lekarzem?
Dlatego, że powiedziałam, że jeden z lekarzy w naszym szpitalu miał okazję przeprowadzać wspólny zabieg z owym lekarzem z Nowego Jorku, a po powrocie wszystkiego nauczył resztę personelu. Od tamtej pory minęło 7 lat i wszyscy przeprowadzamy ten sam zabieg bezproblemowo.
Nie bądźmy głupi, analizujmy zbiórki, większość z nich to tylko wymysł rodziców, którzy myślą, że amerykańskie jest lepsze, a polskie jest be.
Mam 32 lata i mam zagwozdkę. Nigdy nie miałem czasu na małżeństwo, bo byłem zbyt zajętym człowiekiem na poważne związki i może też zbyt niepokornym, aby dostosowywać się do kogoś. Ale czas leci, człowiek się zmienia i mądrzeje, więc myśli o tym, co w życiu jest ważne – o związaniu się z kimś, kogo kochasz, założeniu rodziny. I nagle wszyscy znajomi, którzy są w małżeństwie od lat, próbują minie do tego zniechęcić. Głównie mężczyźni, ale także niektóre kobiety. Koledzy jak jeden mąż twierdzą, że małżeństwo to straszliwa rzecz, że mi zazdroszczą, że jestem wolny, że żony są straszne i są z nimi tylko dla dzieci itp. itd.
Czy ja mam takich durnych kumpli, czy każdy trzydziestolatek po 10 latach małżeństwa tak sądzi? Bo trochę mnie zniechęcili, prawdę mówiąc.
Na stronie internetowej chińskiej restauracji z mojego miasta znajdują się dwa numery, pod które dzwoniąc można zamówić jedzenie. Naszła mnie ochota na sajgonki, więc zadzwoniłam pod pierwszy, nikt nie odebrał. Zadzwoniłam pod drugi, odebrał miły pan. Przywitałam się i zaczęłam składać zamówienie, jednak pan mi przerwał. Okazało się, że restauracja przez przypadek umieściła jego numer na swojej stronie i od kilku lat odbiera on telefony od głodnych potencjalnych klientów. Skargi nie przynosiły skutków, a on się przyzwyczaił. Zrobiło mi się strasznie głupio i zaczęłam przepraszać, on za to zaczął się tylko śmiać i opowiedział mi, że kiedy ma naprawdę świetny humor, to przyjmuje te zamówienia (co z tego, że mieszka kilkaset kilometrów od mojego miasta) i dzielnie odgrywa swoją telefoniczną rolę. Przeprasza za dostawców, obiecuje rabaty za długi czas oczekiwania, usprawiedliwia kierowców, którzy nie dowieźli jedzenia.
Pierwszy raz spotkałam się z sytuacją, gdzie to ludzie dzwonią do „telefonicznego trolla”. Trochę szkoda tej knajpki, której renoma spada, ale cóż... mogli zmienić numer ;)
Ostatnia klasa liceum, chwila przed maturami. Razem z koleżankami wpadłyśmy na pomysł, żeby zeswatać koleżankę z klasy Kaśkę z kolegą z klasy równoległej Kubą. Nigdy ze sobą nie gadali, kojarzyli się tylko ze szkolnego korytarza, a my z Kubą chodziłyśmy na kółko matematyczne.
Zagadałyśmy więc do Kasi, że ten kolega (wskazałyśmy na niego palcem) nazywa się Kuba, chodzimy razem na kółko matematyczne i na ostatnim kółku wypytywał o nią, mówił, że mu się podoba, ale jest z natury wstydliwy i nie wie jak zagadać. Oczywiście zgodnie z prawdą zachwalałyśmy go, że jest fajny, miły, pomocny itp. Na kolejnej przerwie poszłyśmy do Kuby i jemu też naopowiadałyśmy, jak to Kasia o niego wypytywała, że to fajna dziewczyna itp. (ich zdziwione miny słuchające naszych bajek – bezcenne).
Koniec lekcji, wychodzimy ze szkoły, a tam Kasia i Kuba razem wychodzą z placu szkolnego. Takiego obrotu sprawy się nie spodziewałyśmy, szczeny nam opadły, bo to miały być żarty, a oni uśmiechnięci, zajęci rozmową wyszli razem ze szkoły.
Następnego dnia postanowiłyśmy, że nie będziemy już mieszać, niech radzą sobie sami. I poradzili sobie. Częściej spędzali przerwy razem, na portalu społecznościowym Kasia wstawiła ich wspólne zdjęcie z kina, a za tydzień chodzili za rączki i dawali sobie buziaki... No i zostali parą. Ludzie, którzy nie zamienili ze sobą słowa przez całe liceum, za dwa miesiące napisaliby matury i poszliby dalej w świat i być może nigdy więcej się nie spotkali, bo chcieli iść na studia do innych miast, zostali parą. Na studia wybrali się do tego samego miasta i dziś są 3 lata po ślubie.
Oczywiście po jakimś czasie Kasia opowiedziała nam, jak wyglądała ich pierwsza rozmowa. To ona podeszła do Kuby i powiedziała, że dziewczyny mówiły, że pytał o nią, a Kuba powiedział, że słyszał, że to ona pytała o niego. Szybko się zorientowali, że padli ofiarą żartów i chcieli zażartować z nas wychodząc razem ze szkoły, żebyśmy myślały, że niby nasz plan się udał. Potem ustawka z kinem, wspólnie spędzanymi przerwami, ale nie przewidzieli, że będzie im się tak fajnie rozmawiać, że się w sobie zakochają.
Nie wiem, czy to przeczytacie Kasiu i Kubo, ale sorki i jednocześnie nie ma za co 😉
Moja babcia, odkąd pamiętam, nigdy nie przekroczyła progu kościoła. Była bardzo wierząca, codziennie się modliła, obchodziła wszystkie święta, ale księdza po kolędzie nigdy nie przyjęła... Kiedy byłam młodsza zastanawiałam się, czy jakiś ksiądz jej czasem nie uwiódł albo nie daj Bóg zgwałcił. Z czasem zebrałam się na odwagę i spytałam babcię wprost o co chodzi.
Babcia się otworzyła po kilku kieliszkach domowej „chabróweczki”...
Jako młoda mężatka, matka mojej mamy poszła do spowiedzi w swej parafii. Od słowa do słowa ksiądz zapytał ją, jak długo jest po ślubie i ile ma dzieci. Kiedy odpowiedziała, że jedno i więcej mieć nie zamierza, bo jej sytuacja materialna na to nie pozwala, ksiądz się wręcz na nią wydarł. Krzyczał, że to marnotrawstwo ludzkiego ciała, które jest stworzone do rodzenia. Że babcia jest jak piec zbudowany do pieczenia chleba, w którym upiekł się tylko jeden bochenek i że to obraza dla twórcy tego pieca.
Moja babcia zawsze była wrażliwą osobą, nic więc dziwnego, że uciekła od konfesjonału z płaczem. Od tamtej pory nikt jej w kościele nie widział...
Nawet nie wiecie, jaka jestem z niej dumna!
Zastanawiam się, dlaczego w życiu jest tak, że wyrachowane, zimne, cwane baby mają fajnych mężów, którzy latają za nimi jakby były ósmym cudem świata, a te prawdziwe, normalne, ciepłe kobiety mają za mężów nieudaczników.
Kilka przykładów z życia. Koleżanka ze studiów, zainteresowana bardziej tym jak się ustawić w życiu niż tym, jaką osobą być dla innych, poznała fajnego faceta. Mężczyzna na poziomie, z kasą, z poczuciem humoru, inteligentny. Zrobiła go jak chciała, ożenił się z nią. Jak już się ustawiła, zaczęła mieć coraz większe wymagania różnego rodzaju, zaczęła nim poniewierać. Im bardziej traktowała go jak wycieraczkę, tym bardziej za nią latał. Mają pomoc domową, bo ona nie sprząta, nie gotuje, zainteresowań nie ma, pracy też już szuka zbyt długi czas, bo nie ma dla niej odpowiedniego zajęcia. I trwa to do tej pory, więc widocznie relacja im odpowiada.
Podobnie jest u mojej teściowej. Męża ma pod kapciem do tego stopnia, że ten nie jest w stanie podjąć najmniejszej decyzji bez niej, nawet dotyczącej kupna pieczywa, nie wspominając o poważnych sprawach. Pantofel pierwsza klasa. W towarzystwie zawsze wychwala żonę i jej dokonania kulinarne (ona w ogóle nie gotuje), jak również inne wyimaginowane zalety.
Podobnych przykładów mam jeszcze kilka z otoczenia. Facet fajny, miły i przystojny z dobrą pracą versus jego antypatyczna wyniosła kobieta, wampir z wymaganiami, bez wyższych uczuć, nastawiona na branie, nie ma mowy o kiwnięciu palcem w domu. Urodę pomijam, to kwestia gustu, bardziej chodzi o sposób bycia w związku. A raczej NIE bycia partnerką, żoną, przyjaciółką. Bez serca.
O co chodzi w tym, bo po prostu nie rozumiem. Czy w tym świecie jest miejsce dla kobiet prawdziwych, z krwi i kości, współczesnych westalek? Ciepłych i po prostu dobrych? Dbających o dom, potrafiących sprzątać, gotować, łączyć to z pracą i opieką nad dziećmi i własnym rozwojem? Czy to już nie jest dziś wartością?
Dawno temu, gdy mieszkałem jeszcze w Trójmieście, mój kumpel spotykał się z pewnym dziewczęciem. Rozumkiem ono może nie grzeszyło, ale trzeba przyznać, że miała wszystko na miejscu - długie nogi, ładny biust, no i przerośnięte ego. Laska marzyła o tym, aby zostać modelką, ciągle poprawiała sobie makijaż, z zachwytem zerkała w każdą szybę, w której mogła dostrzec swoje odbicie i zachowywała się jak rozkapryszona księżniczka Niedopchnęcja.
To była pierwsza miłość mojego przyjaciela, więc mimo wszystko chłopak bardzo się zaangażował. Biedny, nawet nie zdawał sobie sprawy, że dziewczyna intensywnie zdradzała go z różnymi facetami, którzy w jej opinii mogli jej się kiedyś "przydać". Możecie sobie wyobrazić, jak ciężko wiadomość tę przeżył mój kolega. Aby nieco złagodzić mu ból męskiej dumy, postanowiłem zrobić mu niespodziankę.
Mój starszy brat jest fotografem. I to takim ekstremalnym, co to jeździ po świecie i pakuje się w prawdziwe tarapaty, aby tylko zrobić upragnioną fotkę. Pogadałem z nim. Chciałem, aby pomógł mi w realizacji mojego głupiego pomysłu. Tak jak się tego spodziewałem - braciszek aż pisnął z radości. Zgodził się.
Eksdziewczyna mojego zrozpaczonego kumpla właśnie wracała z pracy, gdy na jednym ze skwerków, które mijała, podszedł do niej gość w garniturze (mój braciszek). Powiedział, że jest fotografem z czołowej agencji mody w Warszawie i bardzo by chciał zwerbować ją do pracy. Dał jej wizytówkę i poprosił o kontakt.
Zgodnie z naszymi oczekiwaniami, dziewczę zadzwoniło po niecałej godzinie. Przez telefon rozmawiałem z nią ja - udając zastępcę właściciela agencji. Powiedziałem, że potrzebujemy nowych twarzy i że cieszę się, że zadzwoniła. Zaproponowałem, że nasz fotograf, który w Trójmieście akurat spędza urlop, zrobi jej próbną sesję zdjęciową gdzieś na plaży i zobaczymy co z tego wyjdzie.
Dalej poszło już z górki. Mój brat podjechał pod jej blok. Wziął ze sobą kumpla i moją ówczesną dziewczynę. Kolega miał udawać oświetleniowca, natomiast moja dziewczyna - makijażystkę.
Pojechali na plażę oddaloną dobre kilkanaście kilometrów od miasta. Nasza modelka została umalowana, uczesana i zrobiona na bóstwo. Po pierwszej serii zdjęć, mój brat poprosił ją, aby zdjęła bikini i położyła się brzuchem na piasku przy samej wodzie. Zgodziła się od razu. "Zamknij oczy i uśmiechnij się tajemniczo" - poprosił fotograf.
Kiedy dziewczyna podniosła powieki zorientowała się, że na plaży nie ma nikogo poza nią.
Z tego co wiem, to część drogi przeszła na golasa po piasku. Kiedy doczłapała do jakiejś wioski, to rozbawiła grupę lokalnych rybaków. Jeden z nich zlitował się nad golasem i podrzucił ją do miasta.
Kumpel do dziś ma zrobione z ukrycia fotki swojej nagiej eks biegającej w panice po dzikiej plaży. Faktycznie - humor mu się wtedy poprawił.
Mam 31 lat i ostatnio stwierdziłem, że nie umiem się bawić.
Ostatnio patrzyłem na uśmiechniętych ludzi na obozie w lesie, w moim wieku, starszych i młodszych – uśmiechnięci, szczęśliwi, a mi się płakać chciało jak na to patrzyłem. Takie same reakcje mam, kiedy patrzę na ludzi bawiących się na weselu, bo nie umiem tańczyć i źle się czuję tańcząc, co dodatkowo mnie wyklucza z zabawy.
Dodaj anonimowe wyznanie