Jestem „trzeźwiejącą” bulimiczką, od roku moim przykazaniem jest jedzenie o stałych porach. Dla zobrazowania mojego wizerunku scenicznego – kiedyś ważyłam 39 kilo, dziś grubo ponad 70 (dla własnego zdrowia psychicznego nie ważę się) przy 172 cm wzrostu, no trochę mnie jest.
Ostatnio wybrałam się z przyjaciółką na zakupy, o 16 musiałam coś zjeść, więc poszłyśmy na gastro. Koleżanka rozmiar 34, kupiła frytki z colą w maku (niczego lasce nie żałuję, jedynie obrazuję), ja rozmiar 40, kupiłam jakąś sałatkę z rukolą. Siadłyśmy przy stoliku i gadałyśmy o pierdołach, jak to my. Nagle słyszę za sobą SZEPT. Szept, który pewnie słyszała starsza para dziesięć stolików dalej. „Patrz, Tomek, jaka gruba locha, w domu wpierdala non stop, ale przy ludziach sałatę żuje, motylek pierdolony”, w tle męski rechot, ludzie się oglądają, no poczułam się znakomicie. Koleżanka szepnęła, żebyśmy sobie poszły. Tak też zrobiłyśmy. Ale uprzednio wstałam, wzięłam tę chujową sałatę i postawiłam kolegom na stoliku z uprzejmym „Proszę, chłopaki, smacznego, mam nadzieję, że nigdy nie dowiecie się, czym jest bulimia”.
Mało spektakularne, ale ich miny były równie żałosne jak moja sałata.
Kiedy miałam 3 lata, moi rodzice się rozwiedli. Mimo tego obydwoje mieli za mną (i ze sobą) bardzo dobry kontakt. Znaleźli sobie innych partnerów i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ich stosunek do mojej prywatności, a raczej jak braku. Dziewczyna taty uwielbiała przeszukiwać moje rzeczy i zaglądać w każdy kąt mojego pokoju. Nie widziała nic złego w tekstach typu „Na twojej szafce leżą tampony, wiesz, że w twoim wieku nie powinnaś ich używać?” albo „Te majtki na pewno są twoje, nie za duże?”. Znała mój pokój lepiej niż ja sama. U mamy z kolei nie było problemów z rzeczami, ale co innego naruszało moją prywatność. Mianowicie mąż mamy był nudystą, czego szybko nauczył całą moją rodzinę. Mnie nikt nie zmuszał do rozbierania się, ale mimo to czułam się nieswojo, gdy wszyscy chodzili po domu nago, łącznie z moim ojczymem i dorosłym bratem. Zawsze ceniłam swoją niewinność, w wieku 23 lat nadal byłam dziewicą.
Przez to wszystko wyrobiłam sobie pewne nawyki, jak zakładanie pod sukienkę spodenek (bo jeszcze ktoś zobaczy moje majtki) albo chowanie wszystkich rzeczy, które ktoś mógłby skomentować, gdyby je zobaczył.
Rodzice, szanujcie prywatność swoich dzieci! Niby nic, ale potrafi zrobić dużą krzywdę...
Przyszła zima, jaką lubię, tj. pełna śniegu, mroźna, taka prawdziwa. Tzn. lubię, ale bardziej podziwiać ją przez okno niż stawić jej czoło. No tak, to moja największa zmora, jak pojawia się mróz, śnieg itp. Nie umiem chodzić po oblodzonym chodniku. Już tyle razy wywinęłam orła, dwa razy złamałam kość ogonową, raz zwichnęłam rękę, że teraz jak znajdę się na oblodzonej powierzchni, to wpadam w panikę. Z tego powodu idę baaaaardzo powoli, zgarbiona i bardziej szuram nogami, niż stawiam kroki. To wszystko powoduje, że trasa, którą zazwyczaj pokonuję pieszo w 5 minut, wydłuża się do 15. Czasem zdarza się, że jest bardzo ślisko i powierzchnia jest pod kątem, to potrafię stanąć i wtedy mam ochotę się rozpłakać nad własnym losem. Może mam pecha, ale nie widziałam, żeby ktoś w moim wieku tak chodził, ludzie zazwyczaj mnie wyprzedzają, a ja z zazdrością patrzę, jak pewnie pomykają. Najlepiej jak mam obok narzeczonego, bo wtedy łapię go za rękę albo pod ramię i jest mi lepiej.
Jeśli kiedyś spotkacie na ulicy taką łamagę, to być może ja. Pozdrawiam!
Jestem dziewczyną, która od wielu lat zmaga się z trądzikiem. Od kiedy zaczęły mi wychodzić pierwsze pryszcze na twarzy, czułam się coraz gorzej wśród rówieśników. Niektórzy zaczęli mnie nazywać pryszczatą albo brzydką. Nie mogłam tego znieść. Zaczęłam unikać spotkań z kolegami i koleżankami, bojąc się, że będą mnie wyśmiewać lub ignorować. Codzienna walka z trądzikiem była dla mnie bardzo ciężka. Nieustannie musiałam stosować różne kremy i maści, zastanawiając się, czy aby na pewno działają. Każde nowe pryszcze sprawiały, że czułam się jeszcze gorzej i zaczynałam wątpić w siebie. Nie wiedziałam, jak sobie z tym wszystkim poradzić. Szkoła też nie była dla mnie łatwa. Zawsze czułam się inna niż reszta rówieśników. Nie mogłam chodzić na basen, bo bałam się, że ktoś zobaczy moją skórę. Nie wiedziałam, co zrobić, by znaleźć sobie miejsce wśród innych. Czułam się samotna i niezrozumiana.
Na szczęście po kilku latach udało mi się znaleźć pomoc u dobrego dermatologa. Dzięki jego wiedzy i wsparcia, moja skóra zaczęła wyglądać lepiej. Stopniowo zaczęłam czuć się pewniej sama ze sobą. Nie bałam się już tak bardzo tego, co inni o mnie myślą. Zrozumiałam, że trądzik nie jest wstydem, a jedynie chorobą, z którą można walczyć. Dziś jestem już innym człowiekiem. Chociaż wciąż mam okresy, kiedy trądzik mnie męczy.
Sytuacja miała miejsce, kiedy byłem w 1 klasie gimnazjum.
Koniec roku szkolnego. Niemiecki się zaczyna. Ja zestresowany – miałem poprawiać ocenę.
Z początku radzę sobie dobrze, lecz później zacząłem się zapominać.
Pani zadała ostatnie pytanie:
- Powiedz, że w niedzielę idziesz do kina.
Ja uradowany, w końcu takie proste pytanie, więc zaczynam:
- Ich...
Hmmmm... Jak było iść? Zastanawiam się, ale kompletnie nie wiem. W końcu pani przychodzi mi z pomocą:
- Jeśli dwóch chłopców się lubi, to mówimy, że to są...
Nie wiem, o co pani chodzi. Ale ryzykuję. Mówię więc nieśmiało:
- Ich pe*ały ins...
Cała klasa gruchnęła śmiechem, a ja w końcu zrozumiałem o co chodzi. Ale ocena była poprawiona!
PS Chodziło o czasownik gehe (czyta się jako geje).
Około pół roku po uśpieniu mojego schorowanego, ukochanego psa w sędziwym wieku, zadzwonił do mnie mój brat i powiedział, żebym mu otworzyła, bo ma niespodziankę. Otwieram i widzę moją kochaną suczkę! Mój brat powiedział, że weterynarz jednak jej nie uśpił, tylko postanowił ją wyleczyć. Udało mu się poprawić jej zdrowie i teraz nam ją oddaje. Uwierzyłam, bo nie chciałam jej ciała i nigdy go nie widziałam. Nasuwało mi się sporo pytań, ale najpierw chciałam się nacieszyć jej powrotem. Kiara weszła jak do siebie, witając się spokojnie, jak to stary pies, i położyła się na dywanie tak jak zawsze. Była zdrowsza, nie cierpiała, odrosła jej sierść. Głaskałam ją i płakałam ze szczęścia.
Potem się obudziłam...
Był to czas Juwenaliów, czyli ciepły maj, jakieś kilka lat temu, nie więcej. Postanowiliśmy z kumpelą, że po próbie naszego zespołu udamy się razem na tramwaj i polecimy wieczorem w tango. Już podczas próby uruchomiliśmy kilka trunków, żeby powoli zacząć wbijać się w imprezowy nastrój, a że szliśmy z jeszcze dwoma koleżkami i droga na tramwaj była długa, to znowu coś poszło w palnik. Tramwaj już stał, wagony puste. Rozsiedliśmy się po królewsku na 4-osobówce i czekamy. Wtedy wchodzi ON. Łysy, niby w miarę duży, ale nie do końca napakowany, adidaski oraz wszystkie inne gadżety słowiańskiego wojownika na miejscu, choć strój w miarę wyjściowy. Buja się po wagonie z uśmiechem od ucha do ucha i w końcu siada bardzo blisko nas. My oczywiście dalej lecimy swoje, jakieś tam żarciki, beka 100%, a tu nasz kolega wyciąga jakiś koks czy tam zielsko (już nawet nie pamiętam), piwko stawia (otwarte...) na podłodze i jedzie swoje. Widać, że już troszkę pobudzony, ale bardzo pozytywnie.
Tramwaj ruszył, a między nami a naszym przeaktywnym kolegą wywiązała się jakaś rozmowa. Wszystko było fajnie, ale im dalej w las, tym ciemniej. Zwykłe uśmieszki i pojedyncze słówka zaczęły się powoli przemieniać w groźby: "ja bym was trzech rozjeb*ł", "wy mi do pięt nie dorastacie", "nie wiecie kim ja jestem". No i w tym momencie chyba alkohol wziął górę, bo z punktu widzenia kolegów troszkę szyderczo i lekceważąco zapytałem:
- Noo... A kim ty właściwie jesteś... (pajacu)?
Gościowi się chyba to nie spodobało, bo rozmowa weszła w ton rozkmin co najmniej o fizyce kwantowej:
- Ciebie tu nie ma w tym tramwaju! Rozumiesz? Ty nie istniejesz.
Myślę se - Ty, może on ma rację, może mnie nie ma. I tak siedzę i cieszę się do siebie.
Typ nie był zadowolony po raz kolejny. Wstał i powiedział:
- Co się tak cieszysz? Zepsuć ci humor?
I w tym momencie tak: koledzy z przodu - kupa w gaciach, koleżanka - zonk totalny,
ja - nieee, no będziemy się zaraz napi***alać, to jest pewne, trudno, pozycja i pamiętaj: w jaja albo rzepkę i uciekamy :D
Shit got serious. Koleś naprawdę wstał, wyjął wszystko z kieszeni, poprawił spodnie, a my nadal się gapimy jak w obrazek:
- POKAZAĆ CI COŚ, CO CI ZEPSUJE HUMOR?!
To jest to. To jest ten moment. Nie ma odwrotu - wóz albo przewóz. Koleś jest już na wyciągnięcie ręki. Martwiłem się tylko o koleżankę, bo była na wylocie, więc nie chciałem, żeby coś jej się stało. On inicjuje ruch - ja swój, kto pierwszy przejdzie do działania, ten wygra.
Niestety on był pierwszy. I może dobrze. Bo to co zrobił mnie zatkało.
Nie zwyczajnie zatkało.
Ja leżałem roz***any.
Gość zrobił... pieprzony szpagat.
My kopary do ziemi, a on:
- I CO? ZEPSUŁEM CI HUMOR?
Generalnie zabrakło mi słów. Wydusiłem tylko:
- A... a ten drugi też zrobisz?
- DRUGI, CZWARTY, PIĄTY, WSZYSTKIE!
Resztę drogi do nas gadał i nawet zaprosił na imprezę :D
Sympatyzowałem kiedyś z pewną dziewczyną. Niby nic „formalnie” sobie nie deklarowaliśmy, ale spotykaliśmy się i chyba była chemia. Kiedyś jak odwiozłem ją do rodzinnego domu w niedzielę, to ni z gruszki, ni z pietruszki zaprosiła mnie na obiad. Z jej rodzicami. A ja odmówiłem, bo... miałem dziurawą skarpetkę, a ściąganie butów w jej domu było obowiązkowe.
I tak nasze drogi się rozeszły. Nie zdradziłem jej mojej „tajemnicy”.
Założyłam sobie konto, z którego wysłałam do siebie wiadomości. Strasznie się w to wciągnęłam. Mogłam pisać o jednej sprawie z dwóch różnych stron. Spodobało mi się to wcielanie się w kogoś innego. Niestety wczoraj mój brat pożyczył ode mnie telefon i przeczytał te wiadomości. Od kiedy zapytał mnie, kim jest ta osoba, z którą piszę (i tutaj podał temat mojej ostatniej rozmowy ze sobą), unikam go kiedy tylko mogę, ponieważ nie umiem przyznać się do tego co robię, ponieważ nie umiem przyznać się do tego co robię, bo jest to dziwne i wstydliwe, ale od kiedy to robię, to jest mi trochę lżej, te rozmowy naprawdę mi pomagały, bo nigdy nie miałam nikogo, kto mógłby mnie wysłuchać i nie przekazywać tego co powiedziałam do szerszego grona.
Zawsze miałam bujne owłosienie (jestem brunetką, więc dodatkowo jest bardzo ciemne). Od 12 roku życia golę sobie wszystko, ale najgorsze są okolice bikini, bo kiedy nie ogolę się na czas, odrastają naprawdę gęste włosy, taki busz, który zapycha i tępi nawet najdroższe maszynki. Wosku nie używam, bo zeszłaby ze mnie chyba cała skóra razem z włosami. Ale w końcu odkryłam sposób jak golić się, żeby nie stępić od razu trzech maszynek.
Moja mama kupiła maszynkę elektryczną do strzyżenia dla naszego yorka, jest to specjalna maszynka dla zwierzaków, której używają psi fryzjerzy, działa na prąd. Kiedy zostaję sama w domu, pożyczam ją, żeby zgolić swój busz, a potem odkładam na miejsce.
To moja mała włochata tajemnica, o której wiem tylko ja i... wy.
Dodaj anonimowe wyznanie