Mieszkam na wsi. Na mojej ulicy od 5 lat budowany był mały domek. Nie przez ekipę, ale przez tutejszych żuli. U nas to normalne, że pracują przy budowlance. Dziś dowiedziałam się, czemu miał służyć ów domek. Otóż bezdomni koledzy żule i ich kilku znajomych żuli, mieszkających w domach, postanowiło wybudować dla siebie dom. Rzecz jasna, obok sklepu. Wprowadziło się tam 5 alkoholików. Dom jest całkiem ładny i funkcjonalny. Ale do rzeczy – panowie żule zaprosili mnie tam dziś. Nie, nie bałam się. Mieszkam w tej wsi całe moje siedemnaście lat życia i dobrze ich znam. Pracują nawet u mojego taty, więc co mi tam.
To, co tam zobaczyłam, było niesamowite. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka. Normalny dom. Z tym że jeden pokój należy całkowicie do bezdomnych zwierzaków z naszej ulicy. Dziesięć psów i dwa koty. Są tam miseczki, posłania, worki z karmą, prowizoryczne zabawki, a nawet szczotki! A wszystko to zrobili bezdomni i ich przyjaciele! Z tego co widziałam, zwierzęta traktują jak równych sobie. Wychodzą, kiedy chcą, wchodzą, kiedy im się zachce.
Jestem zszokowana. Bezdomni oddali cały pokój dla zwierząt. Skąd na to pieniądze? Nie wiem. Pewnie od tych nieco bogatszych kolegów żuli. Niby alkoholicy, bezdomni, którzy przegrali życie. Ale jednak potrafią pomóc nie tylko ludziom, ale też i mniejszym stworzeniom.
Brzmi jak bajka albo inspiracja ławeczką z „Rancza”. To samo pomyślałam, jak tam weszłam. Ale nie. Pokazałabym na Google street view, ale zdjęcia są stare :/
Pracuję w markecie. Głównie na sklepie, ale zdarza się siedzieć też na tej zafajdanej kasie. Po jakimś czasie człowiek wpada w taką rutynę słowną, że nie może się jej pozbyć w życiu codziennym. Sam, robiąc zakupy jako klient innego sklepu, trafia mi się palnąć do kasjera coś mimo woli. Przykłady?
Sprzedawca: Torebkę?
Ja: Proszę sobie sięgnąć.
Sprzedawca: (podaje kwotę, którą mam zapłacić).
Ja: Karta czy gotówka?
I mój ulubiony, najczęstszy.
Na koniec moich zakupów:
Sprzedawca: Dziękuję i do widzenia.
Ja: Dziękuję i zapraszam ponownie.
Niby nic, ale często patrzą na mnie jak na idiotę ;)
Dysponuję sportową maszyną, szybszą od 99% samochodów na naszych drogach. Przyśpiesza do 100 km/h, nim kierowca samochodu zdąży podnieść nogę ze sprzęgła. Mimo to, jego możliwości wykorzystuję jedynie na torze, nie lubię „ścigać się” na światłach. Mimo mej niechęci, co rusz zdarzają się amatorzy na te właśnie zawody. Podjeżdżają swoimi Passatami 1.9 tdi czy tego typu rydwanami. Zwykle na zaczepki nie odpowiadam, bo uważam to za idiotyzm.
Razu pewnego zatrzymałem się na światłach, przygotowując się do lewoskrętu, obok mnie stanął VW Golf III i daje sygnał, że chce się spróbować... Golfem... Z silnikiem 1.8... Popatrzyłem na młodego człowieka za kierownicą i momentalnie poczułem mieszaninę pożałowania i współczucia. Ale odezwała się we mnie żyłka trolla. Przyjąłem jego wyzwanie, wykonując przegazówkę, która każdemu fanowi motoryzacji powinna dać pojęcie, że wyścig z taką maszyną nie ma sensu. Jednak nie mojemu oponentowi. Ten był wyraźnie usatysfakcjonowany, że przyjąłem pozycję i czekamy na zielone! Aż w końcu jest! Seba w VW wkręcił swój rydwan na jakieś kosmiczne 5 tys. obrotów, zapiszczał łysymi oponami i wypalił w przód, jak staruszek na wyprzedaży w Lidlu, a ja? Wykonałem spokojnie lewoskręt :)
Chciałabym zacząć chodzić na siłownię. Jedyna rzecz, która mnie powstrzymuje, to strach przed pierdzeniem, tym bardziej że jestem dziewczyną. A za każdym razem jak ćwiczę, to pierdzę. Więc dalej sobie ćwiczę w domu.
PS Internety mówią, że każdy pierdzi. Jakoś mnie to nie przekonuje i się boję.
Swoje wyznanie kieruję do wszystkich.
Sam stary nie jestem. Zwykły dwudziestotrzyletni mężczyzna.
Mieszkam w dużym mieście, gdzie pracy jest sporo. Nie problem zahaczyć się w call center czy w budce z kebabem. Ja jednak z własnego wyboru wykonuję pracę dosyć nietypową jak na mój wiek. Pracuję w szpitalu. I tutaj kończy się „wow” (bo zwykle ludzie tak reagują, gdy tak mówię). Kończy, bo nie jestem pielęgniarzem, ratownikiem, nie wspominając o lekarzu. Jestem po prostu osobą, która dba o higienę, dezynfekcję i ogólnie pojęty porządek. Lubię tak mówić, bo brzmi to o wiele lepiej niż „pan sprzątający” czy „sprzątacz”. Mówiąc najprościej, nieobce mi w tej pracy są środki czyszczące, dezynfekujące czy po prostu zwykły mop.
Skończyłem studia, ale z własnego wyboru sprzątam szpital. Dlaczego? Bo o dziwo, bardzo lubię tę pracę. Uważam, że nie jest to takie zwykłe sprzątanie jak w domu, biurze, banku. W tej pracy bardzo dużo już widziałem. Jako osoba pracująca w szpitalu mogę poruszać się po całym budynku, widzę pracę personelu – ratowników, pielęgniarzy, sanitariuszy, lekarzy. I to mnie w tym wszystkim fascynuje. Widzę ludzi po wypadkach, pijanych bezdomnych, naćpanych kolesi, czasem też bijatyki na terenie szpitala (np. pacjent atakuje personel i policja interweniuje). I choć to praca naprawdę baaardzo ciężka, mnóstwo obowiązków i przeogromny metraż do posprzątania (praca również w nocy, wtedy cały szpital jest „mój”), to lubię do niej chodzić.
O co chodzi w tym wyznaniu? O podejście innych ludzi do mojej pracy. Szczególnie ludzi młodych. Siedzą, patrzą i czasem komentują. Widzą mnie sprzątającego, czyszczącego mocz czy krew z podłogi albo inne wydzieliny, tudzież płyny fizjologiczne i komentują typu: „o, patrz, taki młody i na mopie, ha, ha, ha, pewnie ledwo gimnazjum skończył!”, „masakra, pewnie jakiś idiota” albo wręcz uprzykrzają mi pracę poprzez celowe wylanie napoju na podłogę i mają bekę, że przy nich mopem macham, komentując moją pracę. To jest dla mnie bardzo krępujące, bo jak już wspomniałem, lubię tę pracę (w ogóle lubię nawet sprzątać), ale często przez takie zachowania ludzi nie chcę iść do tej pracy. Pomimo sympatii do tej pracy bardzo się jej wstydzę. Nie lubię mówić nowo poznanym osobom, że sprzątam w szpitalu, bo właśnie nie chcę, aby myśleli o mnie jak o niedorozwoju. To, że ktoś sprząta nie znaczy, że jest osobą niewykształconą, nic nie wie o świecie i generalnie od razu trzeba ją zaszufladkować do roli dawnego chłopa z pola.
Proszę Was, abyście szanowali wszystkich ludzi i wszystkie zawody. Szczególnie młodzi, bo oni mają najmniej szacunku (z własnych obserwacji). Tylko o to proszę. Zastanówcie się następnym razem, kiedy będziecie chcieli pośmiać się z czyjegoś zawodu. Bo każdy, podkreślam KAŻDY jest potrzebny.
Dla was chwila śmiechu, dla drugiej osoby – wstyd i smutek.
Mam 25 lat. W gimnazjum zacząłem wymyślać swój własny świat z mitologią, geografią, historią, legendami, postaciami, religiami i rasami stworzeń oraz roślin. Na początku technikum zacząłem spisywać przygody stworzonych bohaterów. Pod koniec trzeciego roku szkoły, rozpocząłem tworzenie własnego języka, który później wykorzystałem w mojej powieści. W czasie studiów napisałem cztery książki na podstawie wykreowanego przeze mnie świata. Jest tylko jeden, mały problem. Totalnie boję się cokolwiek zrobić w kierunku ukazania ludzkości moich dzieł. Strach przed niedocenieniem mojej ciężkiej pracy jest zbyt duży. Naprawdę jestem dumny z tego co stworzyłem i gdyby ktoś stwierdził, że te książki nie nadają się do wydania, świat by mi się zawalił.
Obecnie mieszkam z rodzicami i szukam pracy. Może ktoś zechciałby zatrudnić niedoszłego informatyka po filozofii?
Pracuję jako wolontariuszka w domu opieki dla starszych ludzi. Nie mogę ukryć, że spędzanie czasu wśród osób, które są bliskie końca swojego życia, jest dla mnie bardzo trudne. Czuję się bezsilna i nie wiem, co mam robić, aby im pomóc. Staram się z nimi rozmawiać, ale często nie mogą się już wypowiadać w sposób dla mnie zrozumiały. Widzę, jak cierpią i jak bardzo brakuje im bliskich.
Czasem myślę sobie, że to ja powinnam znaleźć się w ich sytuacji, a oni wolni od cierpienia. Ale wiem, że nie mogę tak myśleć i muszę być dla nich wsparciem, jak tylko mogę, bo bez względu na to, jak bardzo starzy są, zawsze są ludźmi i zasługują na szacunek i miłość.
Po 2 latach małżeństwa (a sypiamy ze sobą od 3) pierwszy raz miałam orgazm ze swoim mężem! Nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Czułam się, jakbym była na jakimś wirtualnym wypadzie w krainie szczęścia i zadowolenia. A potem zaczęłam się śmiać, bo myślałam sobie „wow, to było takie proste, a ja cały czas myślałam, że to jest trudne”. Ale teraz już wiem, że to było tylko kwestią odpowiedniego nastawienia i dobrej komunikacji z nim.
O tym, jak straciłem większość kumpli.
Poznałem ją na imprezie. Dziewczyna mojego kumpla. Piękna, mądra, dobra i... nieszczęśliwa. Wypiła nieco za dużo, kumpel się ewakuował. Zostaliśmy sami i stało się. Nie, nie poszliśmy go łóżka, ale ona rozpłakała się, wyznała mi, jak bardzo jest jej źle z Markiem. Jak ma dość, że on ciągle pije, mimo że jest wysokofunkcjonującym alkoholikiem. Jak ma dość, że musi sama o wszystkim myśleć, wszystko umieć, bo on zawsze się nią wyręcza (bo on mówi, że nie umie), jak czuje się głupia, że na początku wierzyła, że Pana Boga za nogi złapała, bo ją okłamał w wielu kwestiach, ale nie mogła od niego odejść, bo po kilku miesiącach związku on miał poważny wypadek. Wtedy nie mogła odejść, ten anioł codziennie przychodził do szpitala. Myła go, karmiła, pocieszała. A on miał się coraz lepiej. Gdy wyszedł do domu, ona nadal przyjeżdżała, pomagała mu w rehabilitacji, dawała jeść, myła. Gdy już doszedł do zdrowia, zaczął jej wypominać, że jest z nim tylko dla pieniędzy, że powinna być bardziej wdzięczna, że jej wybaczył oskarżenia o alkoholizm. I rzuciła go. Tyle wie ona.
Anonimowe jest to, że ja cały czas działałem. Gdy się kłócili, ja mu przytakiwałem, starałem się pokazać, że ona przesadza, że nie pasują do siebie. Kumpel zawsze był przede wszystkim skupiony na sobie, wykorzystałem to. Wmawiałem mu, że ma prawo korzystać z jej pieniędzy ile chce, że z nią jest problem, że nie chce tyle wydawać na imprezy.
Gdy tylko odeszła, pojawiłem się ja, dobry kumpel, udawałem, że po przyjacielsku chcę pogadać, bo pewnie jej ciężko. Tzn. chciałem, ale ukrywałem, że chcę więcej. Długo ją urabiałem, aż w końcu zaprosiłem na spotkanie, bo na randkę nie chciała się zgodzić, bo jestem kumplem byłego. Teraz jest moja. A były kumpel opowiada, że leciała tylko na hajs, że mieliśmy romans. Większość wspólnych znajomych mnie olała. Boli, ale ich prawo. Ona jest teraz szczęśliwa, ja też. I nie żałuję, że wybrałem ją, nawet za cenę części kumpli.
Kilka lat temu, kiedy jeszcze studiowałam, wyjechałam w wakacje na praktyki do Hiszpanii. Tam poznałam jego - przystojnego i bogatego szefa firmy, dla której pracowałam, starszego ode mnie o prawie dwadzieścia lat. Początkowo byłam nim tylko zauroczona i nie spodziewałam się, że w ogóle odnotował moje istnienie. Jednak któregoś razu pomagałam mu przy jednym projekcie.
Zaczęło się niewinnie, skończyło na dwóch miesiącach romansu. Kiedy wakacje dobiegły końca, on chciał żebym została. Ale miałam jeszcze rok studiów przed sobą, a nie traktowałam tego, co między nami było, poważnie. Za bardzo się różniliśmy, a do tego dowiedziałam się, że jest żonaty. Niby byli w separacji, za chwilę rozwód i tak dalej, ale nie zamierzałam się w to angażować, szczególnie że to była już jego czwarta żona.
Po powrocie dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Nie spodziewałam się tego, ale nie byłam zawiedziona, zawsze chciałam mieć dziecko. Powiadomiłam go o ciąży. Niczego nie oczekiwałam, ale uznałam, że powinien wiedzieć. Kilka dni później już u mnie był. Zaproponował, żebym się do niego przeniosła. Początkowo nie chciałam się zgodzić, przecież tu miałam życie i nie zamierzałam się z nim wiązać. Jednak zgodziłam się urodzić w Hiszpanii, ponieważ zaoferował mi miejsce w najlepszej klinice. Moja mama obawiała się tego bardziej niż ja, dlatego skontaktowała się z prawnikiem. Dowiedziała się, że jeśli urodzę tam, to mogę mieć duży problem z zabraniem dziecka z powrotem do Polski. Ponieważ to miało być jego pierwsze dziecko, obawiałam się, że będzie chciał mojego synka zatrzymać. Nie wiedziałam, do czego jest zdolny, przecież na dobrą sprawę go nie znałam. Mama pomogła mi po cichu wyjechać. A on znowu przyjechał. Powiedział, że zapisał wszystkie swoje pieniądze na synka i zobowiązał się płacić niemałe alimenty. Prosił, żebym pozwalała mu się z nim widywać. Ponieważ miał przyjeżdżać do nas, nie było problemu.
Przez trzy lata regularnie Tomka odwiedzał. Zaprzyjaźniliśmy się. Po pewnym czasie zorientowałam się, że się w nim zakochałam. Nie chciałam niczego komplikować, ale pewnych rzeczy nie da się ukryć. Tomek ma już cztery lata, jego tata przeprowadził się do Polski, a za miesiąc bierzemy ślub.
Dodaj anonimowe wyznanie