#uXT31

Jako dziecko byłam bardzo nieśmiała, bałam się ludzi, rówieśnicy mnie nie lubili. Moi rodzice stwierdzili, że najlepszą terapią będzie wysłanie mnie na kolonię.

Za pierwszym razem jakoś udało mi się przełamać, rozmawiałam z dzieciakami w moim wieku, nawet chcieli się ze mną bawić. Dlatego bardzo czekałam na wyjazd na drugi obóz rok później, namówiłam też rodziców, żebym mogła wziąć ze sobą moją młodszą siostrę, bo przecież fajnie będzie.

Od razu po przyjechaniu na miejsce było w porządku, ale... Pierwszego wieczoru, kiedy cała kolonijna brać się przedstawiała, wiecie, imię, wiek, co lubimy, skąd jesteśmy, okazało się, że tylko ja i siostra pochodzimy z mniejszej miejscowości. Cała reszta dzieciaków przyjechała z dużych miast powiatowych albo wojewódzkich, a przynajmniej tak utrzymywali.

Od tej pory dzieciaki traktowały nas źle. Najgorsze były dziewczynki, wręcz ziały nienawiścią; chłopcy chcieli się tylko pośmiać, ale pamiętam, że większość z nich była tylko bierna. Nikt nie chciał z nami siedzieć, rozmawiać, grać w piłkę, pracować w warsztatach w grupie. Parę razy jakieś dziewczyny zamknęły nas na klucz w domku, żebyśmy nie poszły na kolację. Parę razy ktoś wrzucił nam ogórka do herbaty, szynkę do kakao albo w ogóle zrzucił talerz czy kubek na podłogę. Siostra najczęściej była traktowana jak nie człowiek, tylko „wiejskie zwierzątko”, które można szarpać i drażnić.
Broniłam ją, to słyszałam, że obie powinnyśmy skończyć na łańcuchu jak wiejskie kundle. Kiedy dzwoniłam do rodziców powiedzieć, że jest źle („to wasza wina, bo nie potraficie żyć z ludźmi”), dzieciaki łaziły na mną i śmiały się, że mam nie dzwonić, bo na mojej wsi nie ma telefonów ani zasięgu, a to, co mam, to zabawka albo ukradłam. Kiedy skarżyłam się do opiekunów (nic sobie z tego nie robili), dzieciaki szły tam również i opowiadały, że uciekłyśmy z półkolonii dla dzieci rolników i żeby coś z tym zrobić, bo nie należy nam się tu spanie, jedzenie ani udział w zabawach. Słyszałam o pomysłach, żeby zabierać nam co cenniejsze rzeczy, bo na pewno je ukradłyśmy.

Dopiero dwa dni przed końcem, zaczęłam się dogadywać z jakimiś chłopcami z drugiego obozu, bo okazało się, że gramy w te same gry i czytamy te same książki...
Przetrwałam, kilka lat później poszłam do liceum do dużego miasta, na studia tak samo, ale dopiero niedawno poczułam, że przestaję bać się rozmawiać z osobami pochodzącymi z dużych miast. Siostra nadal ma wielką rezerwę do takich ludzi.
Rumek Odpowiedz

Fascynujące, jak ludzie dają sobie wmówić, że geograficzne miejsce zamieszkania, no miasto, przydaje im prestiżu. Przecież obecnie większość ludzi mieszka w miastach. Co za elita, która stanowi większość? Większość to stanowi lud. Trzeba zupełnie nie mieć innych filarów własnego poczucia wartości, żeby warszawski czy lubelski adres traktować jako piedestał. W dobie internetu, gdzie w każdej dziurze są te same media.

wyzwolonaa Odpowiedz

To jest właśnie ten nieformalny klasizm wynikający z patriarchatu. Gdybyście były chłopakami to szybko daliby wam spokój. Ja spotkałam w życiu kilka takich suk, które śmiały się z mojego pochodzenia. Zemściłam się idąc do łóżka z ich chłopakami

Dragomir

Czy jest tu jakiś psychiatra?

Dodaj anonimowe wyznanie