Mój mąż co jakiś czas wybiera się z kumplami na piwko do miasta. Niedawno wypadła większa okazja, mianowicie wieczór kawalerski. Zapewne w związku z powyższym, mój małżonek wrócił w stanie bardziej niż zwykle wskazującym.
3 w nocy, wtoczył się do domu, hałasuje. Myślę sobie "kurczę, dzieciaki pobudzi", więc zeszłam na dół ogarnąć zwłoki, zanim narobi większych szkód.
Zaprowadziłam go do pokoju, uwaliłam na kanapie, nie zadając sobie trudu rozebrania delikwenta i już miałam wychodzić, gdy nagle mąż uniósł się z wysiłkiem na łokciu i wymamrotał:
- Sylwia, a ty mnie nie kochasz...
Zbaraniałam.
- Co ty gadasz, oczywiście, że cię kocham.
- Nie kochasz.
Nie kłóć się z pijanym, bo ci jeszcze prawdę powie...
- Dlaczego tak myślisz?
- Bo nie połykasz... - i zasnął.
Kiedy małżonek był już w stanie wyrażać się nieco jaśniej i mniej bełkotliwie, ze wstydem, nie patrząc mi w oczy, wyjaśnił, że "partnerki wszystkich jego kumpli zawsze połykają, a skoro ja tego nie robię, to znaczy, że pewnie się go brzydzę i go nie kocham"... Tak mu wmówili koledzy, a on, co najlepsze, uwierzył.
Co te chłopy mają czasem w głowach, powie mi ktoś???
Bardzo boję się psów, więc gdy pewnego dnia jechałam rowerem i zobaczyłam kątem oka psa biegnącego w moim kierunku, zaczęłam pospiesznie pedałować czując, że serce bije mi coraz szybciej. Pies zaczął ujadać i pędził za mną niczym tygrys, przyspieszyłam jeszcze bardziej o ile to było możliwe. W pewnym momencie usłyszałam chrupnięcie... Spadł mi łańcuch. To już koniec - pomyślałam, czując za sobą ''psi oddech'' i wpadłam do pobliskiego rowu. Zakryłam twarz rękami, aby się osłonić (widziałam to kiedyś na filmach), a wtedy pies, ujadając groźnie rzucił się na mnie i... zaczął lizać. Po rękach, po twarzy i gdzie tam sięgnął jego jęzor :)
Strach ma wielkie oczy :D
Kilka dni temu razem z żoną musieliśmy podjąć decyzję o uśpieniu naszego kota. Był to bardzo ciężki moment – to był nasz pierwszy kot.
Od kilku dni udaję silnego, nie pokazuję tego, że jest mi ciężko. Oboje bardzo źle to przeżywamy. Kiedy idzie spać, potrafię kilka godzin siedzieć w jednym miejscu, z przerwami na dolanie do szklanki, płacząc.
Ukrywam emocje, bo wiem, że żona ma we mnie oparcie w ciężkich chwilach. Ona wie, że jest mi ciężko, ale nie ma pojęcia, jak bardzo.
Nie mam komu tego powiedzieć w taki sposób jak tutaj, bo nie chcę o tym z nikim rozmawiać ani słuchać pocieszeń. Jestem wrakiem.
Mam orzeczenie o niepełnosprawności. Od kilku lat uczęszczam do Środowiskowego Domu Samopomocy. Szczerze uwielbiam to miejsce, mam tam wielu fajnych znajomych, ale przeraża mnie, że część rodziców niepełnosprawnych osób robi z nich niechcący jeszcze większe kaleki bezustannym wyręczaniem i pozwalaniem na wszystko.
Przykład z brzegu: chłopak lekko upośledzony, ale sprawny fizycznie, który mógłby bez kłopotu nauczyć się pewnych rzeczy. Tymczasem na skutek ciągłego wyręczania przez matkę wyrósł na totalną pierdołę i lenia z rękoma w kieszeni, którego przerastają nawet takie czynności jak nalanie wody do dzbanka czy poodkurzanie. Zawsze odpowiada „nie mogę” lub „nie umiem”. Naprawdę nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby nagle zabrakło jego matki. Chyba skończyłby w kartonie pod mostem. Najgorsze, że on w ogóle nie ma świadomości, że kiedyś będzie musiał dojrzeć, a i matka chyba nie widzi w tym problemu.
Inny przykład: chłopak, którego matka pozwoliła się totalnie zdominować i jest praktycznie sterroryzowana. Widać, że nigdy nie dostał nawet solidnego ochrzanu, bo przecież „jest chory”.
Mnie też mama dużo w życiu pomogła, ale w domu istniała też dyscyplina, podział obowiązków, nikt mnie nie zapewniał, że wszystko się samo zrobi. Za jakiś czas, już na starość, ich rodzice będą pluć sobie w brodę i zastanawiać się, gdzie popełnili błąd.
Nie mam tradycyjnej rodziny i wychowuję się w domu dziecka.
To miejsce, które powinno być schronieniem i wsparciem, niestety często staje się przestrzenią trudnych doświadczeń. Wychowawcy, zamiast zapewniać opiekę i wsparcie, niekiedy zachowują się w sposób nieodpowiedni, traktując mnie z brakiem szacunku i zrozumienia. Ich postawa przypomina mi trudne chwile, które przeżywałem z moją matką.
Pomimo tych przeciwności, dążę do znalezienia w sobie siły i odwagi, by kształtować własne życie i przyszłość.
Branża finansowa. Pracownik dostał polecenie, by sporządzić notatkę służbową, opisującą zagubienie istotnego dokumentu finansowego. Notatka miała być wysłana do centrali, w notatce pracownik miał się przyznać do zagubienia dokumentu, którego wcześniej na oczy nie widział. A ponieważ wiedział, że chodzi o to, by tamten oddział wyszedł na idealny, a ten na niekompetentny i zabałaganiony, to bardzo przyłożył się do sporządzenia tej notatki.
Część notatki brzmiała tak:
„Po otrzymaniu w dniu ... z oddziału sąsiedniego dokumentacji umów nastąpiła inwentaryzacja dokumentacji. Przekazano 37 umów (wykaz w załączeniu). Brakowało 12 aneksów i dokumentów 23 współpracowników (protokół w załączeniu). Część dokumentów finansowych przekazano między pracownikami księgowości. Niestety, nie mam dostępu do protokołu przekazania dokumentów finansowych, jest on w posiadaniu pani kierownik, która zleciła wykonanie tej notatki. Protokołu nie otrzymałem do wglądu. Do dokumentów finansowych dostęp otrzymałem tydzień temu (w dniu...), by dokonać inwentaryzacji. W wyniku obecnej inwentaryzacji stwierdziłem, że brakuje dokumentu finansowego do umowy nr ... Na polecenie pani kierownik sporządzam notatkę służbową, stwierdzającą brak ww. dokumentu. Niestety, nie jestem w stanie określić, czy dokument zaginął jeszcze w tamtym oddziale, czy w naszym, gdyż nie mam dostępu do protokołu przekazania. Mogę jedynie stwierdzić, że dokumentu w kasie pancernej, którą otwierałem z pracownikiem X i z nim sporządzałem spis znajdujących się w niej dokumentów, nie ma. A że dopiero teraz miałem okazję zajrzeć do dokumentów finansowych, które spisywałem w ciągu dwóch dni, to zgubić go nie mogłem, co sugeruje pani kierownik z sąsiedniego oddziału, obecnie p.o. zarządzającego w naszym oddziale”.
Po przeczytaniu notatki pani kierownik poszła para uszami. Kilka razy jeszcze próbowała wymusić na pracowniku zmianę notatki. A że pracownik nie zmienił zdania (przecież nie weźmie sobie na głowę, sumienie i konto skutków zagubionego finansowego dokumentu), to zapewne notatka ta z załącznikami nigdy do centrali nie dotarła.
W przyszłym roku biorę ślub, ale ostatnio zaczęły mną mocno targać wątpliwości. Wszyscy z mojego otoczenia uwielbiają mojego narzeczonego, bo chłopak rzeczywiście jest wspaniały – mądry, pracowity, pełen życia i z niebanalnym poczuciem humoru. Nawet moje najbardziej kapryśne przyjaciółki są do niego przekonane, a rodzina nawet chyba woli jego ode mnie. To mnie uważają za osobę trudną.
Sama nie wiem, na czym dokładnie mój problem polega. Nie było go teraz w Polsce dwa miesiące – delegacja. Nawet nie bardzo tęskniłam. Żyłam sobie jak chciałam, nie musiałam się martwić, że karton po butach stoi na korytarzu od tygodnia i P. na pewno się dowali, albo że się garbię, albo za długo patrzę w telefon. Robiłam sobie do jedzenia, co chciałam, nie słuchałam pretensji o to, że znowu coś jest z pomidorów albo czemu są pieczarki w jajecznicy. Chodziłam do pracy, do kina, na spacery sama, gdzie normalnie tego nie robię, bo nie mam czasu albo ochoty. Przy nim scrolluję telefon, nie jestem zainteresowana niczym, nie mam na nic energii. A sama? Chata posprzątana na błysk, wycieczki piesze, rowerowe, spotkania z koleżankami, normalnie luz. Czułam się, jakbym była na urlopie. Dla nikogo nie musiałam się non stop starać, non stop myśleć, czy przypadkiem P. nie będzie zły o coś tam.
Nigdy nie czułam się tak zrelaksowana. Na co dzień mam ataki paniki, drżą mi ręce, mam czasami trudności z oddychaniem i ciągłe uczucie niepokoju. Tłumaczyłam to sobie nerwową pracą, ale teraz myślę, że to może być przez mojego partnera. Nie zrozumcie mnie źle, jest wspierający, ale jednocześnie mocno krytyczny i złośliwy. Typ z tych, który zawsze się musi przyczepić dla zasady. Sam z tego żartuje, że nawet jak mu się coś podoba, to i tak skrytykuje, żeby ktoś na laurach nie osiadł. Zawsze też musi mieć przeciwne zdanie, choćby w głębi duszy się z tobą zgadzał. Fajnie jest sobie czasami podyskutować, tylko jak idziecie na zakupy i bierzecie makaron rurki, to on twierdzi, że rurek nie lubi, że to najgorszy makaron, odkładasz rurki, bierzesz spaghetti, a on pyta, czemu rurek nie bierzesz i po co odkładasz te produkty. Ja wiem, że to niby nic, nie jest to przemoc, ludzie mają dużo gorszych partnerów, ale męczy. Po 8 latach razem już zwłaszcza męczy. A tak to szłam sobie do sklepu, brałam co chciałam i nie musiałam się martwić, że gąbka do naczyń będzie nie taka i znowu będę musiała dyskutować 15 minut, czemu taką wzięłam, czy nie było innych i udowadniać jej wyższości nad innymi gąbkami.
Teraz jak o tym myślę, to nic dziwnego, że jedyne na co mnie stać po powrocie do domu, to bezmyślne scrollowanie telefonu. Sama nigdy nie tłumaczyłam mu tego, bo jakoś niedawno ta prawda na mnie spadła. Jak kiedyś powiedziałam, że mnie stresuje, to stwierdził, że nie mam robić z niego potwora. I nie robię, po prostu przy nim czuję takie permanentne zmęczenie.
Był taki okres, kiedy notorycznie, częściej niż zwykle, zaczepiana byłam na mieście przez żuli chcących wyżebrać jakieś drobne, byłam nimi już zmęczona i zdenerwowana. Nie chciało mi się na nich patrzeć, a co dopiero słuchać tych samych wymyślonych historii (idiotyczne, mówią "nie chodzi mi o pieniądze, proszę mnie wysłuchać", potem nawijają 10 minut o swojej tragicznej sytuacji życiowej, a na końcu proszą o pieniądze). Kiedy więc pewnego słonecznego poranka wchodząc do Biedronki zauważyłam, że kolejny tego typu osobnik zaczyna pewnym krokiem iść w moją stronę i już otwiera usta, żeby coś powiedzieć, krzyknęłam głośne "NIE!".
Osobnik przystanął, z początku ze zdziwieniem malującym się na twarzy, które po chwili ustąpiło czemuś na kształt urazy i odkrzyknął:
- Ja nie chciałem od ciebie pieniędzy!!!
- A co chciałeś?
Nie odpowiedział od razu, popatrzył gniewnie, rzekł tylko "Nie jesteśmy na ty!" i odszedł obrażony :D
Moja szwagierka zapytana, czy kuzynka przyjedzie na spotkanie rodzinne, zaczęła krzyczeć.
Przecież to oczywiste, że nie przyjdzie, bo ona jakiś miesiąc temu urodziła dziecko, a dziecka nieochrzczonego nie wolno zabierać w gości, bo to wróży nieszczęście, a poza tym to nie wiadomo jak takie dziecko wołać, bo ono przecież nie ma imienia. A jak ja sugeruję, że mogłaby przyjść, to znaczy, że życzę temu dziecku jak najgorzej i jak ja tak śmiem.
Chyba kiedyś jej powiem o mojej apostazji... Ciekawe, czy mam jej zdaniem imię.
Nigdy wcześniej nikomu o tym nie opowiedziałam. Nigdy!
Koleżanki namówiły mnie na wakacyjne nocowanie pod namiotami. W zamian za użyczenie mojego ogrodu miała mnie czekać wakacyjna miłość i inne uniesienia.
Jestem typowym nerdem. Gry, dobre seriale, książki i e-sport.
W swoim 20-letnim życiu chłopaka miałam tylko raz i to chyba przypadkowo.
Dlatego kiedy koledzy moich koleżanek pojawili się na horyzoncie, oczami wyobraźni wyobrażałam sobie namiętny romans i miłość na całe życie w jednym.
W pewnym sensie się to spełniło, ale dla moich koleżanek. Ja zostałam totalnie olana i pasowana mianem "najbrzydszej z lasek". Trzymanie za ręce, obściskiwanie się i wędrówki do pobliskiego lasku trwały w najlepsze bez mojego udziału. Dzień szybko zleciał i znalazłam się w namiocie z dwiema parami napalonych nastolatków.
Leżąc przyciśnięta do ściany, obmyślałam wymówkę jak się ich jutro pozbyć.
Szczerze wolałam pograć sobie w grę, niż znosić olewanie i ich towarzystwo.
Było zupełnie ciemno, kiedy poczułam czyjąś dłoń na moim cycku.
Na początku myślałam, że to któraś z koleżanek, ponieważ w międzyczasie zaszły jakieś zmiany w składach. Tymczasem ta obca dłoń zaczęła ściskać i masować mój biust.
Teraz chyba jest czas, żeby się przyznać, że nic w życiu mnie tak nie podnieca, jak dotykanie po cyckach (zwłaszcza sutkach).
Koleżanka czy nie, walić to! Postanowiłam dalej udawać, że śpię.
Chociaż tyle przyjemności z tej imprezy będę miała.
Dłoń okazała się zdecydowanie męska i bardzo dokładna w tym, co robiła. Wsunęła się pod moją bluzkę i sportowy biustonosz. Wtedy zupełnie odleciałam. Nigdy nie byłam jeszcze taka podniecona, jak w tamtym momencie. Specjalnie niby przez sen przysunęłam się, żeby mógł to robić dwiema dłońmi. Jakby czytał mi w myślach i przystąpił do działania. Nie mogłam wytrzymać z rozkoszy i pożądania. Czułam, że zaraz stracę nad tym kontrolę. Tylko co zrobić, jak właśnie obmacuje cię koleś, który myśli, że robi to swojej dziewczynie, a ona śpi obok??
Nagle zerwałam się na równe nogi i nakryłam ich oboje kołdrą, którą byliśmy przykryci. Rzuciłam na nią jeszcze plecaki i termosy, wszystko, co było pod ręką, żeby ich spowolnić. Dzięki Bogu, że było jeszcze ciemno. Zaraz jak wybiegłam z namiotu, zwiałam do domu, nie oglądając się za siebie. Myślałam, że dostanę zawału.
Po pewnym czasie przyszła po mnie koleżanka. Udawałam, że od początku poszłam spać do siebie. Nawet nie zauważyli, że było inaczej.
Za to cała paczka się śmiertelnie pokłóciła, bo dziewczyna tego chłopaka, który mnie macał, oskarżyła koleżankę, która z kolei była pijana i nie pamiętała, czy ktoś ją dotykał. Chłopak z kolei myślał, że jego dziewczynie po prostu urosły cycki i nie widział różnicy. Co pogorszyło tylko sprawę. To był koniec przyjaźni.
Nigdy się nie przyznałam..
Dodaj anonimowe wyznanie